Zarówno zwolennicy jak i przeciwnicy płacenia podatków przez Kościół powołują się na fragment ewangelii św. Mateusza w którym czytamy, że Jezus zapytany w sposób podstępny przez faryzeuszy czy należy płacić Rzymowi podatki odpowiada: „Oddajcie tedy, co jest cesarskiego, cesarzowi, a co jest bożego Bogu.” Wydawałoby się, że słowa Zbawiciela stanowią jasne wyjaśnienie zasady oddzielności kościoła i państwa. Kościół bowiem od samego początku swojego istnienia głosi, że reprezentuje Boga na ziemi. A więc nie musi płacić ,,cesarzowi co cesarskie”.
W XX wieku największymi postulatorami opodatkowania wspólnot wyznaniowych byli komuniści i naziści.
Jednym ze sztandarowych haseł propagandy hitlerowskiej było wyrażenie ,,Kirchenkampf” - oznaczające kompleksową walkę narodowych socjalistów ze wspólnotami chrześcijańskimi. Jej kierownictwa podjął się zajadły antyklerykał, osobisty sekretarz Führera, reichsleiter Martin Bormann.
Współcześnie obserwuje się powrót do retoryki antyklerykalnej w wydaniu bormannowskim. Z braku innych propozycji programowych populiści zbijają kapitał polityczny na zaciekłym, często bezmyślnym szykanowaniu instytucji religijnych.
Do takich formacji politycznych należy w ostatnich miesiącach Ruch Palikota, którego koncepcja opodatkowania Kościoła jest przykładem głoszenia haseł nieprzemyślanych. Należy pamiętać, że ten pomysł odnosi się tylko i wyłącznie do Kościoła Rzymsko-Katolickiego. Wskazuje to, że poprawni politycznie reprezentanci Ruchu Palikota, nie chcąc narazić się innym mniejszościom wyznaniowym, świadomie dyskryminują większość praktykujących katolików w Polsce.
Politycy pokroju J. Palikota zdają się zapominać, że kościoły są instytucjami niedochodowymi. A więc ex definitione nie mają w tym wypadku zastosowania przepisy dotyczące podatku dochodowego. Zresztą to też nie jest do końca prawda. Jeżeli w ramach parafii działa osoba prawna, to podlega ona wszystkim przepisom podatkowym jak każdy obywatel RP.
Lewicowi populiści uważają, że Kościół powinien przede wszystkim płacić podatek od nieruchomości. To prawda, że związki wyznaniowe w Polsce są zwolnione z opłat na fundusze lokalne i z podatków od nieruchomości. Dotyczy to jednak wyłącznie tej części nieruchomości, która nie jest objęta działalnością gospodarczą. Każdy, nawet najmniejszy sklepik parafialny, czy gospodarstwo rolne oznacza, że parafia płaci normalny podatek od nieruchomości.
Jestem generalnie przeciwnikiem rozbudowanego aparatu fiskalnego państwa. Uważam, że wysokie podatki, cła i akcyzy stanowią główny czynnik hamujący narodowy wzrost gospodarczy. Koncepcję opodatkowania Kościoła od ,,usług” liturgicznych i nieruchomości uważam za szkodliwy przejaw politykierstwa, którego realizacja byłaby farsą.
Jak bowiem można kontrolować datki na tacę i ofiary złożone do puszek w świątyniach? Czy w prezbiteriach powinny być zainstalowane kasy fiskalne i monitoring urzędów skarbowych? Czy za każda ,,usługa” liturgiczna, taka jak chrzciny, pogrzeb czy droga krzyżowa powinna mieć oficjalną taryfę cenową? Czy wierni mają płacić 22% VAT także od błogosławieństwa? Czy księgowość parafii powinna ewidencjonować ilość wydanych hostii podczas komunii? A może przy drzwiach do świątyni powinna być kasa z biletami wstępu, jak to ma miejsce w niektórych kościołach stolicy Czech?
Uważam za głęboko niemoralne opodatkowywanie dobrowolnej ofiary wiernych, która pochodzi ze środków, od których raz już został zapłacony podatek dochodowy.
