Z Maciejem Orłosiem, prezenterem „Teleexpressu”, zdobywcą Superwiktora 2012 o nagrodach, rankingach i korzyściach z bycia gwiazdą rozmawia Kajus Augustyniak.


Maciej Orłoś, zdobywca Superwiktora 2012. Ur. w 1960 r. w Warszawie. Syn Kazimierza Orłosia, wnuk Seweryny Orłosiowej z Mackiewiczów, siostry Józefa i Stanisława „Cata” Mackiewicza.  Absolwent wydziału aktorskiego PWST im. Aleksandra Zelwerowicza. W latach 80. działał w opozycji, za co został w 2008 r. został odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Występował w teatrach warszawskich: Ateneum im. Stefana Jaracza i Popularnym, a także w licznych filmach i serialach. Najbardziej znany jako prezenter telewizyjny, przede wszystkim „Teleexpressu”, który prowadzi od 1991 r. Autor kilku książek dla dzieci (najnowsza w druku).
 

 


Superwiktor to chyba najważniejsza nagroda w pracy telewizyjnej…

Tak.

Jak Pan się czuje jako jej zdobywca?

Superwiktor to jest taki Wiktor, którego się dostaje tylko raz. Taki jest regulamin. Ale nie ogranicza to możliwości zdobywania innych Wiktorów w różnych kategoriach. Tak, tak są rekordziści. Na przykład Grażyna Torbicka odebrała właśnie swojego dziewiątego Wiktora, a Superwiktora już dostała dawno.

Czyli ta nagroda niczego nie kończy, nie zamyka Przed Panem niczego?

Na szczęście nie. To by było dziwne uczucie. Superwiktor niczego nie zamyka, warto się dalej starać. Oczywiście mówię pół żartem pół serio, bo przecież nie o nagrody w tym chodzi.

A oprawa medialna?

Od pewnego czasu Wiktory mają trochę trudniejszy los. Nie ma transmisji w telewizji. Stacje to rejestrują i potem puszczają, w niedzielę zrobiła to Jedynka. Jeszcze pięć, sześć lat temu Wiktory były transmitowane na żywo, głównie w telewizji publicznej. Zresztą miałem okazję kilka razy prowadzić te uroczystości. Odbywały się w teatrach: Narodowym, Polskim i to był inny wymiar. To było wydarzenie telewizyjne, w którym wszyscy chcieli się pokazać, trwało dłużej, były występy. Ta sobotnia uroczystość, mimo, że na Zamku Królewskim z udziałem premiera miała bardziej kameralny charakter, bo nie było transmisji, nie było żadnych występów, zresztą na Zamku nie ma do tego za bardzo warunków, i w związku z tym cała uroczystość trwała dosyć krótko, około godziny.

Z czego to wynika?

Kiedy w 1985 roku Józef Węgrzyn wymyślił Wiktory, rynek telewizyjny w Polsce był zupełnie inny, bo była jedna telewizja i wszystko było dosyć oczywiste. Potem w nowych czasach siłą rozpędu jeszcze to się kręciło, a Telewizja Polska hołubiła Wiktory, ale w którymś momencie okazało się, że ten rynek jest podzielony i mamy konkurencję. Dziennikarze  TVN i Polsatu też zaczęli dostawać nagrody. A stacje telewizyjne, którym zresztą nie można się w gruncie rzeczy dziwić zaczęły inaczej podchodzić do tej nagrody. No fajnie, dostajemy nagrody, filmujemy, pokazujemy, ale nie chcemy przy okazji robić reklamy konkurencji.

Ale gdyby wszystkie stacje to pokazywały, skutek byłby ten sam, a Wiktory miałyby się lepiej.

Były takie pomysły, że tak powiem „ekumeniczne”. Że wszyscy wspólnie, że integracja środowiska, szlachetna rywalizacja, bo przecież wszyscy działamy w tej samej branży, ale to nie do końca wypaliło. Pamiętam, że kilka lat temu miałem współprowadzić uroczystość wręczenia Wiktorów w gmachu Telewizji Polskiej z Szymonem Majewskim z TVN i Krzysztofem Ibiszem z Polsatu. To nawet było już ogłoszone, jednak w ostatniej chwili ktoś zmienił tę decyzję, okazało się, że te granice trudno przekroczyć.

Dosłownie kilka dni wcześniej wyciekł do mediów ranking dotyczący rozpoznawalności prezenterów w polskich mediach. Znalazł się Pan w ścisłej czołówce. Czy to coś dla Pana znaczy, poza satysfakcją?

Poza satysfakcją? Powiem szczerze, że na satysfakcji to się chyba kończy. Na uczuciu, że praca jest doceniana, że to ileś tam lat na antenie robi swoje. Przyjemne jest i to, że moi współpracownicy z Teleexpressu, dziennikarze, reporterzy mogą poczuć, że ktoś z ich grona jest wysoko w tym rankingu. Zresztą to się powtarza. Ten ranking opublikowany przez Wirtualne Media powstał na podstawie badań zrobionych przez Telewizję Polską. Te badania obejmują zresztą wiele innych wskaźników dotyczących twarzy programów informacyjnych. Przyzwyczaiłem się już do tego drugiego miejsca, żyję z poczuciem, że jestem srebrnym medalistą. I nie narzekam, tym bardziej, że jest jeszcze się o co bić. Gorzej byłoby, gdyby nie było gdzie się wspinać i byłby taki stan totalnego triumfu. A tak – to jest jeszcze jakieś wyzwanie.

A Pan jest rekordzistą w prowadzeniu programów informacyjnych w wolnej Polsce?

Na pewno jestem rekordzistą Polski w prowadzeniu tego samego telewizyjnego programu informacyjnego, jeśli chodzi o liczbę lat - mam za sobą dwadzieścia jeden lat w Teleexpressie. Mówię to pół serio, ale ma to dla mnie pewną wartość, myślę, że widzowie to doceniają - to że jest pewna ciągłość, której w codziennym życiu jest tak mało. Że włączają telewizor o tej samej godzinie i widzą tę samą twarz. Czas robi swoje, to działa na moją korzyść.

Politycy to doceniają?

Pamiętam, że raz kiedyś, z okazji pięćdziesięciolecia TVP  były przyznawane nagrody dla ludzi telewizji przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, ale ja absolutnie nie znalazłem się w tej nagrodzonej grupie, nie byłem zaproszony.

Orłosiowie i Mackiewiczowie to rodziny literackie. Pan też pisze, ale skoncentrował się na czymś innym…

Tak się życie ułożyło. Najpierw zainteresowałem się teatrem, poszedłem do szkoły teatralnej, a potem przekwalifikowałem się „na telewizję”. Mamy w historii literatury przykłady kontynuowania twórczości literackiej w rodzinie, choćby ojciec i syn Dumas, ale przecież to nie jest jakaś ogólna zasada. Nie wzrastałem w poczuciu, że muszę być kontynuatorem jakiejś rodzinnej tradycji literackiej, to się tak po prostu nie da. Albo się poczuje rzeczywistą potrzebę pisania albo nie. Siłą woli nie da się tego zrobić.

To widać. Nawet na Pańskim blogu ostatni wpis jest z kwietnia ubiegłego roku.

Tak, to prawda, ale teraz wydaję książkę, za niecały miesiąc ukaże się mój kolejny tom opowiadań dla dzieci, pisany w stylistyce „Mikołajka”, w pierwszej osobie, chłopiec jedenaście lat, dziewczynka osiem. Próbowałem tam zawrzeć z przymrużeniem oka, z humorem to, co dotyczy dzieci i rodziców we współczesnym świecie i w polskich realiach.

Na swojej stronie internetowej twierdzi Pan za Woody Allenem, że sukces w osiemdziesięciu procentach polega na pojawianiu się tam, gdzie trzeba. To się sprawdza?

No (śmiech). To też jest z przymrużeniem oka. Coś w tym jest, ale oczywiście nie dotyczy to wszystkich obszarów życia. To akurat odnosiło się do strony www i do bloga, bo do niedawna trzeba było pisać bloga. To się jednak zmienia. Jeszcze niedawno mówiło się tak o Facebooku, dwa lata temu obowiązywała zasada, że jak cię nie ma na Facebooku, to znaczy, że nie ma cię w ogóle. Jednak żadna rzeczywistość wirtualna nie zastąpi bezpośrednich kontaktów, a żaden blog nie zastąpi porządnie wydanej książki. Na pewno ta zasada – dotycząca bywania tam gdzie trzeba - dotyczy tak zwanych celebrytów…

Czy Pan jest celebrytą?

Nie czuję się celebrytą i nie chcę się tak czuć, mimo że zapewne dałoby się mnie do tego worka celebrytów wrzucić, ale on jest dosyć pojemny, obszerny. Mało kto do niego nie pasuje. Myślę, że niektórzy wrzuciliby do niego czołowych polityków, łącznie z prezydentem i premierem, a może nawet hierarchów Kościoła, tylko dlatego, że są osobami publicznymi i czasami gdzieś udzielają wywiadów lub pojawiają się na jakichś uroczystościach. Mnie się to nie podoba. Nie lubię też tego słowa. Zawsze przechodzą mnie ciarki, gdy słyszę słowo „celebryta”, a gdy jeszcze ktoś użyje tego wobec mnie, to... Jestem przywiązany do tradycyjnych polskich określeń typu: „znana osoba”, „znana twarz”. „Celebryta” źle mi się kojarzy. Wolę nawet określenie „gwiazda”.

Wobec tego, czy czuje się Pan gwiazdą?

I tak, i nie. Czuję się gwiazdą właśnie wtedy, gdy na przykład oglądam wyniki jakichś badań, rankingów telewizyjnych. I tam niektóre osoby są klasyfikowane jako „gwiazdy” inne jako „wybitne osobowości”. I skoro widzę siebie sklasyfikowanego jako „gwiazda”, to sobie myślę „kurczę, rzeczywiście, nawet z badań wynika, że jestem gwiazdą, to znaczy, że jestem gwiazdą”. Z drugiej strony, trzeba mieć jednak do tego dystans.

A co oznacza to bycie „znaną twarzą” na co dzień?

Do tego trzeba się przyzwyczaić, nie ma innego wyjścia. A poza tym, ta świadomość jest częścią mojego życia, oswoiłem się z tym, wrosło to we mnie. Na co dzień się nad tym nie zastanawiam, bo po co? Ma to swoje plusy, ma minusy, ale tak jest ze wszystkim, prawda? To nie jest dla mnie szczególny temat, chociaż idzie za tym rodzaj uzależnienia. Gdyby ktoś nagle machnął czarodziejską różdżką i przestałbym być osobą znaną, to myślę, że byłoby to bardzo dziwne.

Czy to się w jakiś sposób przekłada na pozycję zawodową?

Ludzie mają słabość do osób znanych, choć nie zawsze dotyczy to szefów. Czasem ona przejawia się w ten sposób, że pozwalają im na więcej, dają im fory, są bardziej łaskawi, bardziej pobłażliwi. Zamiast zrobić awanturę, uśmiechną się i powiedzą niewiele albo nic nie powiedzą, ale mam świadomość, że są tego granice. Nie mogę się zachowywać nieetycznie, łamać zasad etyki dziennikarskiej.

Około dwudziestu filmów, siedem seriali, kilka książek, konferansjerka, szkolenia, wykłady, działalność charytatywna… Skąd Pan bierze czas na to wszystko?

Po pierwsze, to się rozkłada w czasie. Jak ktoś żyje ponad pięćdziesiąt lat, to znaczy, że ma za sobą kilkadziesiąt lat działalności. A po drugie, staram się być osobą aktywną. To nie zawsze jest łatwe, czasami mi sił brakuje, ale nie jest to niemożliwe.
 

 

Zdjęcia z XIV Balu Charytatywnego

Na zdjęciach Maciej Orłoś i Joanna Twardowska-Orłoś

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl