Sprawa więzień CIA wymaga białej księgi

Uważam, że dziennikarze nie powinni godzić się na to, że sprawa więzień CIA wciąż pozostaje w „strefie mroku”. Nie wykluczam, że rząd Millera zgadzając się na amerykańskie tajne więzienia w Polsce mógł kierować się racją stanu i racją czasu, jaką była walka z niezbadaną i nieobliczalną wówczas siłą Al Kaidy.

Ale znając polskie realia, przykład tamtej operacji może być w przyszłości wykorzystywany jako usprawiedliwienie dla nielegalnych działań (i utajniania prawdy o nich przed opinią publiczną i mediami), dla których racja stanu będzie tylko przykrywką.

„Zajmowanie się tą sprawą jest idiotyzmem” - napisał niedawno o „więzieniach CIA” Igor Janke na łamach „Rzeczpospolitej” w  artykule zatytułowanym  „Europa traci instynkt samozachowawczy”. Mój kolega reprezentuje powszechny w środowiskach konserwatywnych pogląd, że kierując się racją stanu jako priorytetem powinniśmy pogodzić się z faktem, że kwestia domniemanych więzień CIA powinna na lata pozostać w sferze „top secret”. Problem w tym, że już jest na to za późno, a szczątkowe informacje, przecieki, cała „kiejkutowa” mitologia, zaczynają być bardziej szkodliwe niż częściowe ujawnienie faktów.
Miedzy innymi dlatego uważam, że jakiś rodzaj raportu, białej księgi w sprawie ewentualnego istnienia więzień CIA w Polsce, jest dziś potrzebny. Takiego raportu, który będzie ujawniał prawdę na tyle, na ile można ją ujawnić, czyli nie naruszał interesów państwa, nie ujawniał tożsamości ludzi naszego wywiadu, ale pozwalał na wyciągnięcie faktów, a także  ocenę ewentualnych decyzji podjętych przez stronę polską. Raport taki musiałby pokusić się o ocenę, czy w przypadku tamtej tajnej operacji złamano polskie prawo i prawa człowieka, ale też czy naruszenie to nie było zasadne, lub choć częściowo usprawiedliwione z perspektywy wyższego interesu. Musiałby brać pod uwagę wyjątkowość sytuacji, o czym dziś zbyt często się zapomina.

Gra więzieniami

W  dyskusji na ten temat pada często argument: „pewne działania powinny pozostać w sferze mroku. Weźmy MI 6 - jeśli w ogóle, to ujawnia swoje działania po ponad pół wieku.” Zgoda. Problem w tym, że sprawa więzień CIA już przestała  być tajna, i jako mit może wyrządzać nam większe szkody, niż wyrządziłaby nam je prawda.   
O „polskich więzieniach” regularnie pisze zachodnia i amerykańska prasa. Postawieniu zarzutów Zbigniewowi Siemiątkowskiemu obszerny reportaż poświęcił „New York Times”. Znając szczelność naszej prokuratury i naszej polityki nie wierzę, że szczegóły dotyczące więzień, także te, które powinny być tajne, nimi pozostaną. Odpowiednio dozowane będą one elementem gry politycznej, tak jak ostatnio były elementem uderzenia w Leszka Millera. Warto tu zwrócić uwagę na różnicę w wypowiedziach na ten temat kolejnych premierów. Leszek Miller od dekady twardo zaprzecza. Kazimierz Marcinkiewicz zarządził jakąś niby to kontrolę w tej sprawie i urwał dyskusję tłumacząc, że nic ona nie wykazała. Jarosław Kaczyński, polityk na ogół lubiący sugestie i insynuacje, w tym przypadku bardzo dyskretnie stwierdził, że w tej sprawie „nie widział oficjalnego dokumentu”.
Ale Donald Tusk stwierdził już dwa lata temu, uwaga, że „racja stanu nie pozwala mu o tym mówić”. Za tą pozorną dyskrecją i „racją stanu” kryje się de facto duża niedyskrecja: przyznanie, że sporo jest w tej sprawie na rzeczy. Nie jest to dobry prognostyk na przyszłość. Skąd mamy mieć gwarancje, że sprawa więzień nie zostanie następnym razem użyta w wyborach, czy po to, by przykrywać wpadki rządu albo wzmacniać Palikota kosztem Millera? Takie wycieki są jak puzzle. Z jednego, odpowiednio dobranego kawałka, możemy wywnioskować zupełnie inny obraz niż jest w całości.

Polska to nie Gujana

Paradoks polega na tym, że choć w tej sprawie wiemy dużo mniej niż choćby w sprawie katastrofy smoleńskiej, to poglądy są wyrobione. Dla dzisiejszych obrońców Millera sprawa jest jasna: USA i sojusznicy działali w stanie wyższej konieczności. Racja stanu, bezpieczeństwo rodzin, konieczność zapobiegnięcia nieprzewidywalnym hekatombom, były ważniejsze od regulacji prawnych. Wedle tej interpretacji, nawet jeśli naruszenia były, to było to działanie w stanie wyższej konieczności - trochę jak w głośnym serialu „24 godziny”, gdzie brutalny strzał w kolano przesłuchiwanego terrorysty ratuje życie setek osób.
Choć stan naszej wiedzy jest szczątkowy, to druga strona nie ma co do tego wątpliwości, że  naruszenia były. Dla „Gazety Wyborczej” i pozostałej lewicowej prasy, czy wspieranego przez tę prasę Janusza Palikota, to element identyfikacji - modnej dziś na lewicy drugiej fali sprzeciwu przeciwko „imperializmowi amerykańskiemu”. Strona ta nie ma raczej dużych wątpliwości, że ofiarą operacji przerzutu jeńców padały postronne osoby, a wszystko to połączone było z okrutnym traktowaniem, torturami. W myśl tej wizji - opartej bardziej na ideologicznych projekcjach niż rzeczywistych przesłankach - Polska dla USA była czymś w rodzaju Gujany dla Francji. Kolonią karną.
W świadomości masowej, nie tylko polskiej, ta druga wizja zdecydowanie przeważa. Wpisuje się w antyamerykańską modę, gra na stereotypach zachodniego świata gnębiącego „innych”, odpowiada ideologicznie współczesnej lewicy. Jej dobrą ilustracją jest film Jerzego Skolimowskiego, w którym afgański partyzant hasa po polskich górach pomiędzy półdziką ludnością tubylczą, a US Army toczy z nim regularną wojnę.

Więzienia jak teczki       

Zniekształcenie polega na tym, że dziś nikt z wypowiadających się szerzej na temat więzień nie ma żadnej głębszej wiedzy, a ci, którzy ją mają, milczą. A koło pytania czy dochodziło w Polsce do tortur, nie powinno się po prostu przejść.
Jeszcze jednego mocnego argumentu za tym by - w granicach rozsądku i odpowiedzialności - ujawnić kwestię „Kiejkut” dostarczyli sami Amerykanie w ostatnich latach. To wycofanie się z pierwotnej koncepcji tarczy rakietowej, reorientacja polityki zagranicznej, zapowiedzi dalszych ustępstw wobec Rosji ze strony Obamy. Czy dziś, także po reorientacji polskiej polityki zagranicznej na Niemcy, na innej płaszczyźnie nie wchodzimy do tej samej rzeki zapominając, że sojusze, traktaty i zapewnienia o przyjaźni, są trwałe tylko tak długo, jak długo odpowiadają rozkładowi sił i interesów? Być może większa jawność w sprawie Kiejkut mogłaby tu mieć sporą wartość edukacyjną. Oczywiście zakładając, że w ogóle potrafimy wyciągać wnioski ze swojej przeszłości.         
Póki co, przez jakiś czas skazani będziemy zapewne na grę tematem „tajnych więzień”, dozowanie informacji, wrzutki i plotki. Błąd przeciwników częściowego ujawnienia prawdy przypomina w tym wszystkim dawny błąd tych spośród przeciwników lustracji, którzy szczerze protestowali z przyczyn ideologicznych. Jak się okazało nieujawnianie zawartości teczek powodowało, że budziły one dużo więcej emocji i wyrządziło więcej szkody, niż byłoby to, gdyby lustrację przeprowadzono od razu.    
 
Wiktor Świetlik
17 kwietnia 2012 r.
 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl