Publicystka Gazety Wyborczej raczyła dzisiaj wyjawić w programie Radia TOK FM swój głęboko skrywany niepokój jaki odczuwa po ostatnim głosowaniu sejmowym nad projektem rezolucji polskiego parlamentu do władz Federacji Rosyjskiej o zwrot tego co jest nasze, czyli resztek samolotu polskiego prezydenta i zwierzchnika sił zbrojnych.

Pani Dominika przejętym głosem wyjawiła słuchaczom Radia TOK FM dawno skrywany sekret: ,, Długo to lekceważyłam, ale jestem przerażona tym, że Jarosław Kaczyński postanowił przekonać Polaków do teorii zamachów. Boję się, że staje się coraz bardziej przekonujący”.

Dziennikarka nie próbowała przeanalizować dlaczego rzekoma teoria prezesa Kaczyńskiego jest wśród Polaków uznawana za wiarygodną.  

Zastanawiam się jakby to było, gdyby pod Smoleńskiem, na tym przesadnie klepisku nazywanym ,,lotniskiem”, roztrzaskał się amerykański samolt Air Force One z prezydentem na pokładzie. 

We wszystkich siłach powietrznych świata, samolot na pokładzie, którego znajduje się głowa państwa i zwierzchnik sił zbrojnych jest samolotem numer jeden floty powietrznej tego kraju. Tym samym taki statek powietrzny jest chwilową rezydencją głowy państwa taką samą jak pałac czy inna siedziba przywódcy.

Air Force jest nazywany często latającym Białym Domem, natomiast statek na pokładzie którego przebywa brytyjski monarcha jest tymczasową siedzibą brytyjskiego suwerena, nad którą powiewa sztandar Windsorów.

Dla mnie jako obywatela Rzeczypospolitej Polskiej jest niepojęte jakim prawem obce państwo,  z którym utrzymujemy pokojowe stosunki i którego roli w całej tej historii nie zamierzam oceniać, ośmiela się odmawiać wydania pierwszego statku Sił Powietrznych RP???

Każdy samolot, statek czy nawet samochód, na którego pokładzie znajduje się urzędujący prezydent, monarcha czy  inaczej tytułowana głowa państwa staje się automatycznie nie tylko pojazdem oznakowanym kryptonimem ,,numer jeden” ale jest ruchomą siedzibą najwyższego przedstawiciela narodu.

Czy moglibyśmy sobie pozwolić na rozebranie z różnych przyczyn dochodzeniowych Belwederu, Wawelu czy Zamku Królewskiego i przekazanie go innemu państwu, które traktowałoby ten obiekt jako swoją własność?

Samolot numer jeden Rzeczypospolitej Polskiej to nie meteoryt, który spada z nieba i jest własnością baby i dziada na którego stodole upadł.

To własność Rzeczypospolitej – a więc, pani Domoniko Wielowieyska, własność suwerena – narodu polskiego!

A co do pani głębokich obaw o teorie spiskowe. Droga pani, czy próbowała pani kiedykolwiek zakwestionować wydarzenia 11 września 2001 roku, które doprowadziły do dwóch wojen i setek tysięcy ofiar?

Nie, tego pani nie zrobiła. W tym przypadku kupiła pani całą papkę propagandową o zamachu kilku Arabów, którzy za pomocą plastykowych noży sterroryzowali załogi i pasazerów 3 samolotów i bez zadnych umięjętności  precyzyjnie naprowadzili dwie potęzne maszyny na wieże WTC. W tym wypadku pani Wielowieyska okazała 100% zaufania do wersji oficjalnej, chociaż od początku trącała ona lipą jak stąd do Władywostoku.

11 września 2001 roku byłem w Nowym Jorku. Pamiętam ten chaos, pamiętam smutek i własne niekurywane łzy. Ale już wtedy coś mi nie pasowało w całej tej historii rozgrwającej się ledwie kilka kilometrów ode mnie. Niektóre stacje lokalne podawały informacje o możliwym ataku rosyjskim, inne o samolocie lecącym wprost na Biały Dom. Na kilka minut przed godziną 10.00 zwróciłem uwagę, jak komentatorzy mówią coś o serii eksplozji, których to dźwięk dochodził z południowej wieży. Dziennikarka stacji ABC krzyczała, że słyszała potężną eksplozję. Kamery wyraźnie pokazywaly małe obłoczki dymu, wybuchające wzdłuż pięter. Kilka sekund później, ku zdumieniu wszystkich widzów na całym świecie, jedna z najpotężniejszych konstrukcji stalowych jakie kiedykolwiek zbudowano, zawaliła się do środka tak jak wysadzane widowiskowo stare hotele w Las Vegas. 36 minut później identyczne obłoczki dymu i suchy dźwięk detonacyjny były wstępem do identycznej implozji północnej wieży WTC.

 

 

Mało kto jednak pamięta, że tego dnia zawalił się jeszcze inny olbrzymi wieżowiec. Około godz. 17.25 runął budynek WTC nr 3. Żaden samolot w niego nie uderzył. Co prawda waląca się wieża południowa WTC uszkodziła jedno z jego skrzydeł, ale nie tak, by budynek się zapadł. Dlaczego więc WTC 3 zawalił się jak domek z kart? Niektóre źródła rządowe podają, że WTC 3 został wysadzony w sposób kontrolowany, ponieważ w każdej chwili mógł się zawalić. I wszystko wydawałoby się O.K., tylko czy nie zastanawia fakt, że akcja kontrolowanej detonacji WTC 3 została przeprowadzona precyzyjnie w ciągu zaledwie siedmiu godzin w dymach i zgliszczach dwóch największych wieżowców Manhattanu? Jakim sposobem profesjonalna firma zajmująca się kontrolowanym wysadzaniem olbrzymich budynków była w stanie przygotować operację w ciągu zaledwie siedmiu godzin, skoro podobne w innych miastach, w nieporównywalnie lepszych warunkach są szykowane tygodniami? I dlaczego w czasie akcji ratunkowej, kiedy można było jeszcze ratować ocalałych ludzi wśród ruin WTC 1 i 2, zdecydowano się na zawalenie terenu dodatkową warstwą gruzu i pyłu?

To panią Dominikę Wielowieyską nie niepokoi. Przeraza ją natomiast próba dociekań o 10 kwietnia 2010 roku. 11 Września w środowisku pani Domioniki jest symbolem ,,terroryzmu fundamentalistycznego", ale juz 10 kwietnia jedynie  ,,polskiego kołtuna".

O godzinie 8.46.40 samolot linii lotniczych American Airlines, lot nr 11, o numerach rejestracyjnych N334AA, pilotowany rzekomo przez Mohammeda Attę Al-Sayeda, lecący z prędkością prawie 900 km/h, wypełniony 10 tys. galonów paliwa wbił się między 94 a 98 piętro północnej wieży WTC. Egipski porywacz wykonał arcymistrzowskie sprowadzenie samolotu godne najlepszych pilotów świata! O godzinie 8.37 samolot zaczął obniżać poziom o 3 tys. stóp na minutę, z poziomu 29 tys. stóp, żeby po sześciu minutach znaleźć się nad Manhattanem i bezbłędnie, wręcz jakby z systemem samonaprowadzającym uderzyć z chirurgiczną precyzją w wieżę WTC.

Jakze ciekawe jest, ze „Komisja 9/11" ustaliła, że samolot w momencie uderzenia wyparował! Czy to możliwe? - zapyta każdy logicznie myślący sceptyk. No, ale kto wie, może tam tego dnia panowały jakieś inne prawa fizyki, ponieważ samolot, owszem, wyparował, ale uratował się papierowy paszport Satama Al-Suqamiego - jednego z porywaczy.

 

 Zresztą zmienione prawa fizyki panowały 11 września w wielu miejscach. Podobnie jak 10 kwietnia w strefie powietrznej koło Smolenska. O godzinie 9.01 drugi potężny samolot Boeing 767-222, należący do amerykańskich linii lotniczych United Airlines, lot nr 175, pilotowany przez kiepskiego pilota awionetek, lecąc z prędkością prawie 1000 km/h, wypełniony 10 tys galonów paliwa, wbił się pomiędzy 78 a 84 piętro drugiej, południowej wieży WTC. Pilotujący samolot Al-Shehhi przelatując na wysokości 28.500 stóp nad New Jersey zaczął gwałtownie obniżać pułap lotu w tempie 10 tys. stóp na minutę. Mistrzowsko sprowadził maszynę w dół nad Dolnym Manhattanem i z precyzją pocisku Stinger trafił w cel. Ale nie sam fakt mistrzowskiego naprowadzenia samolotu na cel przez dyletanta budzi zrozumiale zastrzeżenia. Na wysokości około 10 tys. metrów kilka osób dodzwoniło się z telefonów komórkowych do swoich bliskich przebywających w różnych regionach Ameryki. Zadziwiające, ponieważ dopiero kilka lat później wprowadzono do samolotów technologię umożliwiającą takie połączenia. Kto miał okazję latać samolotem na przełomie lat, ten wie doskonale, że połączenie z telefonu komórkowego z pokładu samolotu na tak dużej wysokości było niemożliwe. Także dwóm osobom na pokładzie samolotu amerykańskich linii lotniczych American Airlines - lot nr 77 - udało się dodzwonić do bliskich. Jedną z nich była stewardesa Renee May, która zadzwoniła do swej matki, Nancy, mieszkającej w Las Vegas. Czyżby wieloletnia pracownica linii American Airlines nie wiedziała, że takie połączenie jest normalnie niemożliwe? Ale tego dnia nie działały prawa fizyki, to już wiemy!

 Jak mawiał Q - jedna z postaci kultowego serialu Star Trek - po co komu te prawa fizyki? Są takie niewygodne, lepiej wyrzućmy je za okno!

 

Prawdziwym arcymistrzostwem wykazał się niejaki Hani Saleh Hanjour, który za kwotę 4800 dolarów wziął lekcje pilotażu na CRM Flight Cockpit Resource Management w Scottsdale. Oceniony został bardzo nisko jako pilot niewielkich samolotów. Ale 11 września 2001 r. dokonał rzeczy zapierającej dech w piersiach mistrzów świata w pilotażu. Boeing 757-223 wbił się w budynek Departamentu Obrony z prędkością prawie 1000 km/h, kosząc po drodze okoliczne latarnie uliczne. W momencie wybuchu samolot wyparował. Jak to możliwe - zapyta przytomny czytelnik? Ano możliwe, skoro dobry rząd tak twierdzi, a my, sojusznicy, wierzymy w imperium dobra. Latarnie nie były nawet powyginane. Zwyczajnie poprzewracane a w niskim budynku Pentagonu została sobie dziura. Czy ktoś widział, jak samolot wpada w jeden z najbardziej strzeżonych budynków świata? Tak, jakiś dziadzio i dziarski żołnierz. - Jedyny dowód, kaseta z nagrania ochrony pobliskiego hotelu - został zarekwirowany i zaginął w magazynach Departamentu Sprawiedliwości.

 

 

Czwarty tego dnia samolot, należący do amerykańskich linii lotniczych United Airlines, lot nr 93, porwany został rzekomo przez czterech drobnych Arabów uzbrojonych w plastikowe noże. Kto próbował kroić podłe posiłki na pokładzie naszych samolotów, ten wie, że nożem tym można najwyżej zamieszać kawę, byle nie robić tego za długo, by się nie rozpuścił. Niemniej jeden Libańczyk i trzech Saudyjczyków zastraszyło tymi „nożami" i wiadomością o bombie znajdującej się na pokładzie 37 osób, w tym siedmiu członków załogi z krzepkim kapitanem Jasonem M. Dahlem oraz jego asystentem Leroyem Homerem juniorem.

 

 

I w tym przypadku prawa fizyki przestały działać. Ponad 10 osób dodzwoniło się do bliskich z telefonów komórkowych, mimo że nawet „Komisja 9/11” uznała to za niemożliwe. Z niewiadomych przyczyn samolot uderzył w ziemię pod kątem 40 stopni z prędkością 906 km/h. Maszyna runęła na niezamieszkały teren w miejscowości Stonycreek w Pensylwanii, niedaleko Shanksville. Pierwsze relacje lokalnej telewizji pokazywały krater o szerokości 35 met. i głębokości około 3,5 metra. Ale ku zdumieniu lokalnej policji i straży pożarnej na miejscu prócz krateru i popalonych gałęzi drzew, niczego nie było. Świadkowie mówili o braku szczątków samolotu i pasażerów. Podobno ten samolot też wyparował. Ale już godzinę później, kiedy pojawiły się służby federalne, na miejscu odnaleziono „nagle" nowiuteńką, białą, w jednym rozmiarze bieliznę męską oraz biale skarpetki. Jakby ktoś rozpakował kilka paczek z majtkami i porozrzucał chaotycznie po okolicy. No i znowu, chcemy czy nie chcemy, mamy dylemat. Jak to się stało, że samolot z pasażerami odparowuje w wyniku nadzwyczaj wysokiej temperatury, a skarpetki i majtki nawet nie zakopcone od dymu wiszą sobie po drzewach jak bombki na choince? Może więc warto budować samoloty z papieru i bawełny, skoro te materiały wytrzymują tak wysokie temperatury?

     Nigdy nie zapomnę żenującego popisu głupoty, jaki zafundowała polskiemu społeczeństwu tzw. dziennikarska elita intelektualna naszego narodu . Z ukrytych pobudek masochistycznych zafundowałem sobie w roku 2000 antenę satelitarną, żeby pooglądać polskie stacje telewizyjne w USA: TVP Polonię, TVN 24 i Polsat 2. Nie zapomnę chyba nigdy, jak 11 września Grażyna Torbicka (ta pani, co teraz tłumaczy nam treść ramot emitowanych przez TVP) przeprowadzała „na gorąco" wywiad z wiceszefem MSZ Radkiem Sikorskim na temat zamachów na WTC i Pentagon. – Co możemy zrobić, żeby zahamować radykalizm palestyński? Jak możemy się uchronić przed Palestyńczykami? – pytała się diva TVP geniusza polskiej dyplomacji. Pan Radek powinien był zaproponować pani Torbickiej powrót do szkoły, ale tak nie uczynił, tylko sam wciągnął się w rozmowę, która była dowodem absolutnego braku jakiejkolwiek wiedzy o sprawach międzynarodowych. On i ona naprawdę byli przekonani, że ataków na WTC i Pentagon dokonali Palestyńczycy!

Dzisiaj ta intelektualnie mizerna elitka atakuje Jarosława Kaczyńskiego na wszystkie możliwe sposoby czyniąc z niego kabotyna i mitomana, próbującego przepchnąć tezę o zamachu na życie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ci sami ludzie, tacy jak pani Wielowieyska bez mrugnięcia okiem uwierzyli w oficjalną wersję wydarzeń 11 września 2001 roku, którego skutkiem była inwazja na Irak i Afganistan. Nie przypominam sobie krzyku i niepokojów pp. dziennikarzy, kiedy to sekretarz satnu USA Collin Powell kłamał na sesji Rady Bezpieczeństwa pokazując sfałszowane zdjecia instalacji broni biologicznej Saddama Husajna.

Kazdy zamach czy katastrofa nie wyjaśniona do końca budzi całe spektrum spekulacji podejrzeń. Sposó w jaki myślę o 11 września nie wynika z tego, że jestem koneserem teorii spiskowych, ale strasznie nie lubię kiedy ktoś pokazuje mi ptasie guano i nazywa je białą czekoladą. Mój niepokój budzi fakt, że prasa nurtu głównego, której polską kwintesencją jest gazeta Wyborcza, dokonuje zrećznych manipulacji, niektóre fakty przyjmując jako dogmaty objawione, a niektóre według politycznej koniunktury za ,,nieprawdopodobne".

Nikt z tej ga  nie odczuwał głebokiego niepokoju, kiedy prezydent RP Aleksander Kwaśniewski i jego partyjny kumpel Leszek Miller wysyłali nasze wojska przeciw siłom zbrojnym państwa z którym utrzymywaliśmy pokojowe stosunki dyplomatyczne.

I to jest dopiero przerazające i obrzydliwe. I to u normalnego obywatela moze budzić głęboki niepokój!

p.lepkowski@op.pl

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl