Kim dzisiaj jest publicysta? – pyta na łamach najnowszego „Uważam Rze” Robert Mazurek. Jeśli publicystą jest ten, kto samodzielnie wykłada swoje racje, to patrząc na „te zapasy w szambie, które zastępują nam debatę publiczną” – prawdziwych publicystów dziś nie ma – przekonuje redaktor „URze”.
Interakcja powinna być dwustronna: publicysta przedstawia swoje racje – odbiorcy są tymi racjami zainteresowani. Dzisiejszy poziom debaty publicznej każde jednak wątpić w tak rozumiany zawód publicysty. Jako przykład opatrznego rozumienia tej profesji, Mazurek podaje przykład z autopsji. Przywołuje reakcje, z jakimi spotkała się jego ostatnia deklaracja o niepojawianiu się na przyszłorocznych obchodach rocznicy katastrofy smoleńskiej. „Ogromna większość komentatorów – czy to zawodowych, czy blogerów – za nic miała moje racje. Ich interesowała (…) moja skromna osoba” – uważa publicysta „URze”. W całej sprawie dostrzega albo intencje „przeciągnięcia” go na drugą stronę, albo dociekania o podstępnym działaniu. „Nieważne, co mówisz, ważne po czyjej jesteś stronie” – komentuje to Mazurek. Jego zdaniem toczy się dzisiaj w polskiej przestrzeni publicznej cywilizacyjna wojna, w której nie ma miejsca na kompromisy. Lansowany jest dychotomiczny podział świata na dobrych i złych, na „nas” i na „was”. Konstruują go politycy, a dziennikarze z niezwykłą łatwością dają się na mówić na kupno takiej wizji rzeczywistości. Co więcej – podzielają ją i powielają. „W ten sposób zamiast szlachetnej zasady poszukiwania prawdy triumfuje nakaz zastanawiania się, komu ta prawda służy” – przekonuje redaktor „Uważam Rze”.
Czy to jeszcze dziennikarstwo czy już propaganda? – pyta Mazurek. Może lepiej zostać politykiem, skoro czuje się w obowiązku wyjaśniania ludziom, jakie intencje ma władza, a jakie opozycja? – docieka publicysta. Trudne do rozwiązania dylematy Mazurek konkluduje powtórnym stwierdzeniem o swoistej wojnie toczącej się na froncie polskiej opinii publicznej. „Logika tej batalii jest dla publicysty bezlitosna. Jeśli nie strzelasz do wroga i nie dobijasz rannych to znaczy, że jesteś dezerterem, obiektywnie pomagającym przeciwnikowi, więc my cię obrażać nie będziemy, ale funkcjonalnie, to przecież zdrada. Tu trzeba okazać pełne zaangażowanie i nie czas żałować róż, gdy płoną lasy (…) albo bijesz ty, albo sam jesteś bity. Tak nakręca się spirala agresji, na którą sami później narzekamy” – pisze w najnowszym „Uważam Rze” Robert Mazurek.
Więcej w tekście Roberta Mazurka „Maszeruj albo giń” na str. 66-68 najnowszego wydania tygodnika „Uważam Rze”.
Opr. OG
