Rozbawił mnie dzisiaj redaktor Seweryn Blumsztajn, czołowy ideolog ,,Gazety Wyborczej", który nawiązując do słów posła PO Jacka Tomczaka, twierdzącego, że tylko małzeństwo gwarantuje stabilny związek dwojga ludzi, napisał na łamach swojej gazety: ,,Legalizacja prawna związków homoseksualnych i przyznanie im praw to już europejski standard i nasi konserwatyści muszą sie z tym pogodzić".
A ja jako konserwatysta wyrzucam te ,,standardy europejskie" do czarnej dziury w centrum naszej galaktyki panie Blumsztajn! Mało tego, nie mam ochoty być nazywany Europejczykiem skoro muszę przyjmować standardy tej zachodnioeuropejskiej bandy, która nosi na dłoniach krew swoich bliskich oraz ludów Afryki, Azji, Ameryki Północnej i Południowej. Nie znoszę neofitów i przechrztów, Azjatów udających Europejczyków i kaznodziei nowego ładu wymyślonego przez darmozjadów z brukselskiego kibucu. Nie znoszę moralności Kalego i hunwejbinów ,,europejskiej" rewolucji kulturalnej.
Nie pan ani pana środowisko polityczne będzie ustalało co mam przyjąć za normę moralną mojego życiowego postępowania. Wszelka poprawność polityczna mnie mierzi, wszelkie przykładanie do mnie szablonu standardowego ,,Europejczyka" mnie wkurza, a już cholera mnie bierze, kiedy o mojej ocenie świata mają decydować takie osobniki jak Blumsztajn, Lis, Szczuka, Środa czy Nowicka. Kiedyś w liceum ekonomicznym miałem nauczyciela Regulskeigo, starego komucha, który z nikomu niepotrzebnego przedmiotu ,,techniki obliczeniowe" (na świecie były już pecety) stawiał pały na półrocze uczniom, którzy nie chodzili na pochody 1-majowe.
Teraz kiedy przychodzi pierwszy maja wspominam tego łajdaka i zastanawiam się dlaczego takie menty mają wyznaczać mi w życiu normu postępowania.
I chociaż w przeciwieństwie do wielu wycierajcych sobie gębę ,,europejskością" jestem pod względem etnicznym w stu procentach Europejczykiem, to nie zamierzam na ślepo, jak zamroczony baran iść na postronku tej zachodnioeurpejskiej hołoty, która jeszcze pół wieku temu dokonywała rzezi w swoich miastach i koloniach.
I niech mi nikt nie wmawia ze nalezę do ciemnogrodu wrogiego integracji europejskiej. Jestem wielkim zwolennikiem jedności i otwartych granic, ale nie wspólnoty w stylu sowieckim, którego lepiszczem ideologicznym są wieczni intryganci.
Jestem Polakiem, czyli jak zapewne uważa pan Blumsztajn i jego klony - polskim kołtunem, ciemnym katolem i potomkiem tej obrzydliwej, skłuconej ale przynajmniej czystej moralnie polskiej szlachty. Moi przodkowie nie należeli do inkwizycji ani do innych ,,europejskich" ruchów religijnych, które w imię głoszonych przez siebie wartości paliły ludzi i ksiązki na stosach.
Nie nalezę tez do grupy bezpaństwowej watachy, która gdzie się pojawia tam zawsze narzuca siła swoją kosmopolityczną moralność i porządek polityczny oparty na braku wartości narodowych.
O jakich to standardach europejskich wobec homoseksualistów człowieku piszecie w waszej wiecznie pouczającej gazecie? O tym co pisałem w swoich poprzednich postach na tym blogu, a co dla redaktora GW było pisaniną za niskich lotów, żeby ją przeczytać?
Powtórzę więc jeszcze raz - Europa była niemal do ,,wczoraj" kazamatem homoseksualistów i jezeli ktoś dzisiaj bredzi o europejskich standardach w obronie praw gejów ten jest zwyczajnie niedouczonym prostakiem.
Powtórzę zatem po raz kolejny, choć pisałem to na tym blogu i w tygodniku Najwyzszy CZAS.
Prawa antygejowskie na terytorium Polski obowiązywały jedynie w okresie zaborów (od 1795 roku) i były siłą narzucone przez okupantów. Jedynie dla formalności Sejm zniósł je w 1932 roku, chociaż nigdy po odzyskaniu niepodległości nie miały one zastosowania.
Tymczasem homoseksualizm w Niemczech był formalnie uznany za ciężkie przestępstwo w Niemczech od 1817 do 1973 roku. Niektóre badania wskazują, że w latach 1932-1945, każdego roku na śmierć skazywano średnio 8-10 tysięcy homoseksualistów. We Francji homoseksualizm i transwestytyzm były traktowane jako przestępstwa od 1791 do 1982 roku.
Brytyjczycy określali sodomię wyjątkowo ostrym określeniem angielskim -,,buggery”. Termin ten oznaczał szczególny rodzaj zboczenia łączącego definicje homoseksualizmu i zoofilii (bestiality). Stosunki seksualne w ramach jednej płci zostały uznane przez Parlament w 1533 roku jako ,,szczególnie ohydne przestępstwo” . Król Henryk VIII podpisał ustawę o nazwie An Acte for the punysshement of the vice of Buggerie . Było to pierwsze prawo antysodomiczne w Europie i Ameryce Północnej. Od 1534 roku ustawa ta przyznawała prawo sądzenia homoseksualistów trybunałom Kościoła Anglikańskiego.
Ustawa króla Henryka VIII przestała obowiązywać dopiero w 1861 roku, kiedy parlament uchwalił Ustawę O Wykroczeniach przeciw Osobie (Offences against the Person Act of 1861).
Do 1993 roku prawo brytyjskie nie rozróżniało homoseksualizmu od zoofilii. Znamienne, że przestępstwo określane jako ,,buggery” między dwojgiem dorosłych ludzi zostało zniesione zaledwie 18 lat temu. Natomiast jeszcze w 2011 roku prokuratura brytyjska postawiła pewnemu mężczyźnie zarzut w ramach paragrafu 61 wspomnianej ustawy z 1861 roku o skłonność do ,,buggery”, po tym jak jego żona zmarła w wyniku ataku alergii odzwierzęcej po zbliżeniu intymnym ze swoim psem.
Jeżeli zatem pan Blumsztajn uczy nas standardów europejskich to niech zacznie od siebie, poniewaz to co rzekomo odróznia mieszkańca starego kontynentu od Amerykanów, Afrykanów i Azjatów to świetna znajomość historii i szeroka wiedza humanistyczna.
p.lepkowski@op.pl
