Nie wiem kim jest pan Marek Palczewski. Nie znam tego pana, nie mam pojęcia o jego publicystyce i w życiu nie czytałem jego tekstu. Nie wiem czy w ogóle mam do czynienia z dziennikarzem? Nie miałem też pojęcia, że prowadził on wywiad z Makarenką na stronie SDP, ani że pełni tu rolę jakiegoś redaktora naczelnego? I w zasadzie jest mi to szczerze obojętne, nawet gdyby człowiek ten przyjechał pod mój dom na ruskim czołgu i próbował strzelać odłamkowymi w okna mojej sypialni. Nadal nie wzbudzałby większego zainteresowania w moim życiu. Niestety kilka dni temu, w swoim krótkim tekściku na blogu, skupiłem się na wypowiedzi dziennkarza GW V. Makarenki. Pojęcia nie miałem, że pytania zadawał kompletnie mi obcy i szczerze obojętny pan Palczewski. Zresztą pytania te powtarzały się jak melodyjka ze starej pozytywki i były żenująco nieprofesjonalne. Jan Nowak Jeziorański, dobry znajomy mój i mojej żony, u którego w domu w Annadale pod Waszyngtonem bywaliśmy, zawsze powtarzał, że dziennikarz powinien być przygotowany na wywiad jak brzytwa i nigdy nie powinien natarczywymi pytaniami forsować u swojego rozmówcy własnego poglądu na jakąś sprawę. Bogu dzięki to jemu a nie panu Palczewskiemu przypadło recenzować moje teksty i audycje dla mediów polonijnych. Na blogu SDP postanowiłem pisać zachęcony przez e-mail przysłany przez osobę z tego stowarzyszenia. Zresztą ani mi się śni tłumaczyć. Blog założyć można wszędzie i w sumie nie ma to większego znaczenia. Pod każdym moim tekstem jest mój adres e-mailowy i wystarczy poprosić mnie o zakończenie pisania . Misją jednak wszelkich stowarzyszeń dziennikarskich jest prawo udostępnienia opinii kolegom po fachu. Jeżeli pan Palczewski jest jakimś naczelnym w SDP to ma nadzwyczajny talent do zniechęcania blogerów do publikowania swoich opinii. To bardzo charakterystyczne dla ludzi bojących się preżnej konkurencji. A co do meritum sprawy. Czy dziennikarzem może się nazywać ktoś kto od 11 lat każdego tygodnia i co drugi dzień ma drukowane artykuły w kilku pismach krajowych i zagranicznych, czy amator korzystający z faktu, że kiedyś gdzieś , coś i przypadkiem otarł się o jakąś formę pracy dla redakcji? Dlaczego się o to pytam? Ponieważ, nikt jeszcze nie stworzył formalnej definicji dziennikarstwa. Jako absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych ja także jej nie znam. Mam więc prawo w dowolny sposób ją interpretować. I nie podoba mi się, kiedy jakiś amator po kacapsku dyktuje mi co wolno pisać, a co nie. Mogę głosić swoje poglądy choćby i w Hyde Parku, ale wara komu do nich! Tak samo będę bronił obsesyjnie prawa każdego dziennikarza czy blogera do wolności słowa. Bowiem jak napisał François-Marie Arouet de Voltaire: ,, Nie zgadzam się z tobą, ale zawsze bronił będę twego prawa do posiadania własnego zdania". A jak dziennikarstwo interpretują dwa stowarzyszenia dziennikarskie działające w Polsce? Żeby być uznanym za dziennikarza wystarczy kilka publikacji lub dwa lata stażu w redakcji. W dodatku liczą się wszystkie publikacje, a więc i te, które ukazały się zarówno w Washington Post i The New York Times jak i w kwartalniku hodowców świń spod Nowej Wsi czy w gazetce ściennej upadłego PGR-u spod Grójca. W związku z tym moja opinia jest w pełni uprawomocniona: między dziennikarzem i blogerem różnica jest jedynie w nazwie. A powołuję się chociażby na statutowy sposób myślenia obu stowarzyszeń. I po co te histerycznie złośliwe próby podgryzienia mi portek przez rozżalonego pana Palczewskiego. W zasadzie jest mi całkowicie obojętne kogo sobie Marek Palczewski uważa za blogera, a kogo za dziennikarza. Właściwie gdybym wiedział, ze zadaję temu biednemu człowiekowi tyle cierpienia swoim wpisem, to napisałby tekst o czymś bardziej pożytecznym jak polityka międzynarodowa czy fizyka kwantowa. Ta dyskusja okazała się równie głupia jak zastanawianie się nad wyższością Bożego Narodzenia od Wielkanocy. Szkoda, bo kiedy pisałem ostatnio do kilku gazet teksty o amerykańskich siłach zbrojnych w Zatoce Perskiej, o sytuacji instytucji katolickich w USA, amerykańskiej reformie zdrowia czy programie ekonomicznym Mitta Romneya tak elokwentny Marek Palczewski milczał jak grób. Napisanie tych tekstów wymagało dużej pracy. Gdyby w tej dziedzinie ktoś chciał porównać swoją wiedzę do mojej to bardzo proszę, chętnie się popróbujemy. Ale przedszkolne przekomarzanki i zagadnienia tak złożone jak ,,co różni blogera od blokersa?" pozostawiam amatorom chlubnie nazywającym się dziennikarzami. Faktycznie, pluję sobie w brodę, że zająłem się czymś równie głupim jak ta kompletnie bezowocna dyskusja i komentarz do tak dziadowsko przeprowadzonego wywiadu. W jednym jednak przyznaję rację nieznanemu panu Markowi Palczewskiemu. Na przykładzie jego wyjątkowo niegrzecznej wypowiedzi wyciągam tylko jeden wniosek: rzeczywiście, blogerowi wolno wszystko! Dziennikarz niestety nie może odpowiedzieć na każdy chamski atak blogera, tak jak powinien to zrobić każdy zdrowy mężczyzna. Obowiązuje go jednak jakaś kultura! Zresztą czy każdemu warto odpowiadać? Wspomniany Voltaire podsumował to znakomicie mówiąc: ,,tylko szarlatani są pewni swojej sprawy". I dlatego trzeba szybko o nich zapomnieć!
p.lepkowski@op.pl
