Albo zarobi się w pysk, albo złamie się komuś nogę, albo rzuci się na kamerę – niełatwo być w III RP dziennikarzem – stwierdza w „Gazecie Polskiej” Dawid Wildstein.
Zdaniem Wildsteina, pornopolityka, czyli ten typ polityki, który uprawiany jest obecnie w Polsce – zbiór obrzydliwych, szokujących i prymitywnie podniecających zachowań, odbija się znacząco na dziennikarzach, zwłaszcza prawicowych. „Każdy właściwie bardziej znany i niewygodny dziennikarz z prawej strony spotkał się z nagonką ze strony władzy” – przekonuje publicysta. I podaje przykłady: wyrzucenie z pracy, obrzucenie oszczerstwami, stosowanie przemocy fizycznej – jak w przypadku głośnego ostatnio incydentu z udziałem Ewy Stankiewicz i posła Stefana Niesiołowskiego. W tym ostatnim przypadku przekroczono – w ocenie Wildsteina – pewną granicę. Zachowanie parlamentarzysty spotkało się bowiem nie tylko z publiczną pobłażliwością czy bagatelizacją, ale wręcz z poparciem. Czyim? „Gazety Wyborczej”.
Wildstein pisze, że jeśli przyjąć za normę demokracji masowej rolę dziennikarzy jako pośredników między sferą publiczną a obywatelem, zachowanie posła Niesiołowskiego jest niezbitym dowodem na zaprzeczenie temu twierdzeniu. W Polsce mamy do czynienia obecnie z gwałtem dokonywanym na jej mieszkańcach, z postępującą demoralizacją i rosnącą obojętnością na sprawy publiczne. „Z tego będziemy wychodzić latami” – czytamy w „GP”.
Więcej w tekście Dawida Wildsteina „Ad hitlerum” na str. 11 najnowszego wydania tygodnika „Gazeta Polska”.
Opr. OG
