Wszystko to sprawia wrażenie, jakby istniało jakieś biuro prasy, którego wersji wydarzeń trzeba się podporządkować – mówi w wywiadzie dla portalu wPolityce.pl Marcin Wolski. Dziennikarz i satyryk komentuje incydent z udziałem Ewy Stankiewicz i Stefana Niesiołowskiego.
Wolski ma wrażenie, że wróciły czasy PRL. „Wówczas, gdy ZOMO kogoś spałowało, to zaraz ogłaszano, że pobił się sam, albo zaatakował sam jeden dwudziestu zbrojnych chłopa” – tłumaczy w serwisie wPolityce.pl. Przypomina też słowa minister Julii Pitery, która stwierdziła kiedyś, że widząc Jarosława Kaczyńskiego, traci się kontrolę nad sobą. Ta wypowiedź – zdaniem Wolskiego – pozwala na usprawiedliwienie każdej przemocy. „W tej konkretnej sytuacji w roli Kaczyńskiego wystąpiła Ewa Stankiewicz, i (…) czegokolwiek by Niesiołowski nie uczynił, jest usprawiedliwiony niczym d’Artagnan mordujący kardynała Richelieu” – metaforyzuje publicysta.
Sytuacja ze Stankiewicz i Niesiołowskim to w ocenie Wolskiego „głupia przemoc, dużo gorsza niż Urban”. W całej sprawie na pierwszy plan należy wysuwać fakt, że dziennikarka „Gazety Polskiej” była na służbie. „Ona była w tym momencie funkcjonariuszem zaufania publicznego i została tak brutalnie potraktowana” – argumentuje Wolski. Ja tylko czekam, kiedy salon zacznie dywagować na temat słowa >>won<<, zastanawiając się, cóż właściwie ono znaczy” – dodaje.
Opr. OG
