Z Maksymilianem Rigamontim, laureatem Grand Press Photo, o sztuce fotografowania rozmawia Błażej Torański.
Maksymilian Rigamonti, rocznik 1974. Fotoreporter, freelancer. Laureat Grand Press Photo 2012. Pracował dla „Dziennika” i „Życia Warszawy”. Aktualnie współ¬pra¬cuje z tygo¬dni¬kami „Newsweek”, „Wprost” i mie¬sięcz¬ni¬kiem „Sukces”. W 2010 otrzy¬mał II nagrodą w kon¬kur¬sie BZWBK w kate¬go¬rii Fotoreportaż Wydarzenia.
Jodi Bieber z RPA, była fotograf „New York Timesa”, która przewodziła jury Grand Press Photo 2012, powiedziała o Pana nagrodzonym zdjęciu, ukazującym szczątki żołnierza leżące w masowym grobie: „fotoreporter myślał, gdy je robił”. O czym Pan myślał?
W Bykowni pod Kijowem myślałem o losie tych zamordowanych, leżących w dołach ludzi. Przeżywałem to, ale trauma osadzała się jakby na powierzchni obiektywu. My, fotografowie, widzimy świat z drugiej strony obiektywu. Mamy poczucie, jakby aparat nas chronił. Szkło filtruje to, co widzimy. Zyskujemy złudzenie anonimowości, odseparowania od wydarzeń.
Mimo wszystko: czy można normalnie pracować, dotykając Katynia, narodowego dramatu?
Praca dziennikarza i fotografa w takim miejscu wymagała wielkiego dystansu do tego, co widziałem, dotykałem, czułem nosem. Próbowałem zrozumieć dramat i cierpienie ludzi, którzy zostali zamordowani ponad 70 lat temu. Byli mniej więcej w moim wieku, trzydziesto-, czterdziestolatkowie. Czas biegnie szybko i stojąc nad grobem skonstatowałem, że te 70 lat, to w gruncie rzeczy bardzo krótki okres. Realizując ten dziennikarski temat zyskałem nową świadomość narodową. Nie boję się użyć tych słów, choć patriotyzm przestał być modny. Wszyscy sobie nim gęby wycierają. Ale ja chciałem zobaczyć Katyń na własne oczy, dotknąć go, poczuć. Mam nadzieję, że mi się to udało, zwłaszcza fotograficznie.
Niewątpliwie. Jodi Bieber oceniła to zdjęcie jako symboliczne, subtelne, delikatne i estetyczne. Czy taka jest Pana poetyka?
Te słowa Bieber to miód na moje serce. Cieszę się, że tak postrzega to zdjęcie. Lubię wracać do fotografii, zarówno swoich, jak innych, oglądać je jakby na nowo, odkrywać je. Na przykład na tym moim konkursowym zdjęciu nie od razu zauważyłem białą, niemal Chrystusową płachtę…
Pana najsłynniejsza seria zdjęć powstała w Afganistanie. To nie był reportaż wojenny, jakich wiele, ale intymny dziennik, zapis codziennego życia polskich żołnierzy. Śmiech i beztroska mieszają się ze strachem i brutalnością. Pokazał Pan wojnę od zaplecza.
Zauważyłem, że fotografowie, którzy jeżdżą do Afganistanu za szybko poddają się obrazom, nasuwającym się na pierwszy rzut oka. Fotografują więc śmigłowce, karabiny, czołgi, jakby – odniosłem takie wrażenie - zapominając o ludziach. A przecież stacjonujący tam polscy żołnierze, to ludzie z krwi i kości, często proste chłopy. Chciałem ich pokazać tak, jak żyją. Zyskałem ich zaufanie, które przerodziło się w przyjaźń. Jestem im za to cholernie wdzięczny.
W Afganistanie był Pan dwukrotnie: wiosną 2009 i latem 2010 roku. Co Pana tam najbardziej zaskoczyło?
Pierwszy raz jechałem w nieznane. Ta wojna nie wygląda, jak ta znana nam z filmów. Na co dzień czuje się ją jedynie przez spojrzenia ludzi. Tam nie ma frontu, regularnych ostrzałów. Ostrzały rakiet przeżyłem dopiero za drugim razem.
Świstały Panu wokół głowy kule?
Nie kule, ale małe rakiety wystrzeliwane przez afgańskich rebeliantów w kierunku polskich baz. Rury kanalizacyjne, jakie można dostać w naszej Castoramie, afgańscy rebelianci ustawiają na metalowych, zespawanych trójnogach. Linię lotu rakiety wyznacza kamień, raz mniejszy, raz większy. Od tego zależy, czy rakieta leci płasko czy zatacza półkole. Jest to prymitywne, ale skuteczne.
Czułem adrenalinę.
Całkiem niedawno, w lutym, podczas ostrzału w syryjskim Hims zginął laureat World Press Photo Remi Ochlik. Nie bał się Pan?
W Afganistanie byłem dwa miesiące i stale żyłem w napięciu, strachu. Adrenalina utrzymywała się wysoko, nie schodziła, zwłaszcza gdy rakiety padały kilkadziesiąt metrów ode mnie, raniły znajomych żołnierzy. Nic mi się nie stało, ale sama świadomość zagrożenia, napięcie, w moim przypadku były kreatywne, uruchamiały neutrony mózgowe. Głowa szalała. O wiele trudniej było mi wrócić do normalnej rzeczywistości, tej z rodziną, kredytami, obowiązkami. Łatwiej mnie te ostatnie wyprowadzały z równowagi niż przysłowiowe świszczące kule.
Na czym polega sztuka fotografowania w takich warunkach?
O tym decyduje doświadczenie i szkolenie. Wiedziałem, że nie mogę stać na linii potencjalnego strzału żołnierza idącego za mną. I lepiej, żebym stąpał po twardym, a nie miękkim podłożu, np. po śladzie koła. Musiałem szybko myśleć i analizować, oczy mieć wokół głowy. Ważna była też kreatywność fotograficzna i duża doza szczęścia. Nie interesowało mnie jednak zwykłe relacjonowanie zdarzeń. Aby mieć satysfakcję, muszę poczuć klimat miejsca lub wydarzenia. Fotografia jest wynikiem tego, co mi przeszło przez głowę. Wolę się wtopić w temat, zanalizować go, poczytać, a jak się już zdecyduję na robienie zdjęć chciałbym, aby były one odrobinę odbiciem mojej duszy.
