Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami autorów i nie powinny być utożsamiane z SDP
Redakcja
ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA - AVIS O EMERYTURACH W POLSCE I W WIELKIEJ BRYTANII
Oto prezydent Bronisław Komorowski, przy okazji „debaty” nad podniesieniem wieku emerytalnego, po raz dziesiąty powtórzył: „Chętnie wysłucham sugestii nauczycieli/ służby zdrowia/ związkowców, ale mam już swoją opinię na ten temat i jej nie zmienię”. Jeśli tak rzeczywiście jest, to po co, u Boga Ojca, stwarza pozory dyskusji społecznej, otwartości i przestrzegania demokratycznych procedur?
Dla kogoś, kto obserwował podobne debaty w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, taka postawa jest pokazem arogancji władzy, posuniętej tak daleko, że zbliża się niebezpiecznie do standardów Zimbabwe czy Kazachstanu. Albo też luki w edukacji demokratycznej, np. że prezydent, to jedynie urzędnik państwowy, wybierany w wyborach powszechnych na pięć lat kadencji lub - najpierw publiczna debata, potem ostateczna decyzja władz. Nieporozumień na temat obowiązków prezydenta jest w Polsce wiele, choć w gruncie rzeczy sprawa jest prosta: wsłuchiwać się w potrzeby obywateli i moderować sytuację zgodnie z ich oczekiwaniami. Więc kiedy słyszę podobne oświadczenia prezydenta, po prostu odbiera mi mowę! I cóż z tego, że należymy do NATO i Wspólnoty Europejskiej, jeśli na tym najważniejszym szczeblu relacji władza – obywatele, nic się od 1989, a właściwie od 1945 roku, nie zmieniło. Jakby na to nie patrzeć, widzisz „Rewizor” Gogola i „Dwanaście krzeseł” Ilfa i Pietrowa.
Widać ich wszędzie: uprzejmi, rozgadani, piekielnie aktywni. Pracują charytatywnie w domach parafialnych, schroniskach dla zwierząt i w lumpeksach, piją herbatę w tea roomach, robią zakupy w tańszych sklepach jak ASDA, rezerwują wycieczki w niedrogich biurach podróży jak Thompson albo i w drogich jak SAGA. Zapisują się na kursy salsy, malowania akwarelami lub języków obcych, niektórzy uzupełniają edukację na Uniwersytecie Trzeciego Wieku. A zważywszy, że przechodzą na emeryturę – i będzie tak do 2026 roku – w wieku 60 i 65 lat, że żyją długo, 77 – 82 lata, a na południu Anglii o 15 dłużej, pozostaje im 20 – 25 lat wolnych od obowiązków rodzinnych i zawodowych. A ponieważ zdrowie zwykle dopisuje, bo system nerwowy nie obciążony kłopotami tak mocno jak polski, że państwowa służba zdrowia, National Health Service, w porównaniu z polską bardzo dobra, bo zabezpieczenie finansowe, mają się nienajgorzej. Oczywiście różnie to ostatecznie bywa, ale państwo generalnie nie godzi się na biedę obywateli. Wprawdzie State Pension, emerytura państwowa niska, bo około 2000 zł, ale system dodatkowych wpłat, Private Pension, działa już od paru pokoleń, a tym, których na to nie było stać państwo zapewnia tak wiele dodatkowych benefitów, że osiedlonym tu Polakom w głowie się kręci ze szczęścia.
Wracając do statystyk: po pierwsze, w Wielkiej Brytanii płaci się na tutejszy ZUS relatywnie niższe składki niż w Polsce. Po drugie, system emerytalny na Wyspach zbudowany jest w taki sposób, żeby po przejściu na emeryturę móc żyć mniej więcej według standardów, do których Anglik przywykł pracując zawodowo. Taka jest w każdym razie intencja państwa. I chociaż emerytura państwowa nie jest wysoka - choć daj Boże wielu polskim emerytom dwa tysiące złotych – ci, których nie było stać na Private Pension, mogą liczyć na całą masę dodatkowych zasiłków. A więc jest Pension Credit (wyrównanie do emerytury), Housing Benefit (zasiłek mieszkaniowy), zwolnienie z council tax (lokalny podatek od nieruchomości), częściowe lub całkowite pokrycie rachunków za prąd i gaz, od 60 roku życia emeryt dostaje darmowy bilet na komunikację miejską, dzięki czemu ta grupa wiekowa jest bardzo mobilna, i wiele innych ulg. Sprzyjający dla Brytyjczyków powyżej 65 roku życia jest także system podatkowy. Przychody wolne od podatków przy limicie dochodów do 22.900 funtów rocznie, wynoszą 9.940 funtów czyli około 47.500 zł. W limicie do 35 tys. funtów rocznie wszyscy obywatele płacą 20% podatku, do 150 tys. – 40%, a powyżej 150 tys. rocznie – podatek wynosi dziś jeszcze 50%. A jeśli się zdarzy, że emeryt ma jakieś oszczędności w banku, do pewnej wysokości rocznych przychodów nie jest opodatkowany. Dla osoby w grupie wiekowej od 65 do 74 lat tę granicę stanowi kwota 10.500, a powyżej – 10.660 funtów. Jeśli spojrzymy na Polskę, gdzie wciąż straszy podatek Belki, którego ciężar czują nawet najskromniejsi i najstarsi ciułacze, widać różnicę. Ciekawe, że to minister Belka, podobno bywalec światowych bankowych salonów, firmuje swoim nazwiskiem ten postkomunistyczny relikt.
Kiedy w kwietniu tego roku brytyjski minister finansów George Osborne ogłosił jedynie zamrożenie progu podatkowego, od którego emeryci muszą płacić podatki, nazwane „grannie tax”, „podatkiem babci”, labourzystowska opozycja i wszystkie bez wyjątku brytyjskie media, podniosły krzyk. U nas rząd Tuska od niemal 5 lat majstruje przy OFE, przy ZUS, robi z emeryturami oraz emerytami, co mu się podoba, a establishmentowe media nie pisną słowa na najbardziej niemądre, krótkowzroczne i krzywdzące posunięcia. Ciągle traktuje się nasze składki na ZUS jako ukryty podatek, a nie gromadzony przez obywateli kapitał na przyszłe emerytury. I tu warto zadać sobie pytanie: dlaczego polskie władze, wiedząc przecież o 72-letniej przerwie „w dostawie standardów” do Polski, nie korzystają z gotowych rozwiązań, które już się na świecie sprawdziły? Być może dla tego samego, co pozwala prezydentowi Komorowskiemu powtarzać w nieskończoność: „Mogę wysłuchać sugestii nauczycieli/ lekarzy/ związkowców/ dziennikarzy, ale i tak wszystko jest już przesądzone”?
Elżbieta Królikowska-Avis
8 czerwca 2012
Jacek Wegner
Polska na wstecznym biegu
W poprzedniej kadencji Sejmu nasz premier, słynący z antypaństwowych i antynarodowych bon motów, poszczycił się nie lada osiągnięciem – że obywatele Rzeczypospolitej Polskiej mają ciepłą wodę w kranach. Niedługo potem przyznał w napadzie euforii, że Polska jest w budowie, zatem ze swym gabinetem dopiero buduje, tworzy, konstruuje, składa, sklepia, kleci, grodzi Polskę. Ta budowa mu się jednak rozłazi, jakby premier pracował z włączonym wstecznym biegiem: już nie ma dziedziny, gdzie by coś nie zgrzytało. Ostatnio nawet z Unią Europejską wyszło kulawo, nie wiadomo bowiem, czy minister spraw zagranicznych poigrał sobie w Berlinie z naszą suwerennością, czy nie narażając jej na szwank, jednie chciał ułatwić Niemcom utrzymanie bez uszczerbku ich rynków zbytu.
Ambicje i zachłanność władzy nasz premier ma tak wielkie, jak, nie przymierzając, prawdziwi, historyczni twórcy Polski. Dzieje powinny więc na trwałe zapisać jego imię. To wszelako zależy, czy zostawi po sobie potomka tak znamienitego jak syn Mieszka, który umocniłby znaczenie Polski w Unii Europejskiej, dokończyłby wreszcie budowy, wyłączył bieg wsteczny i rozpoczął rozbudowę.
Nie musi to być wcale dziedzic z krwi i kości, najważniejsze, żeby był duchowym spadkobiercą wielkiego budowniczego. Może Radosław Sikorski? Dla Niemców zwiastun dobrej nadziei. Nie włada jeszcze krajem samodzielnie, dopiero uczy się budownictwa, a przecież niełatwo stworzyć państwo demokratyczne, które nie musi się liczyć z wolą obywateli.
Najpierw Sikorski - nawiasem mówiąc razem z ówczesnym marszałkiem Sejmu, dziś prezydentem, i wspólnie z Donaldem, swym duchowym ojcem, jakby Blumem z „Ulissesa” Joyce`a, mistrzem budownictwa - dorzynał watahę. Dorżnęli. A z niedobitkami żaden kłopot: ustawiczne ich publiczne opluwanie przy pomocy dzielnych wojów z „Gazety Wyborczej” et consortes, nielękających się żadnej insynuacji, kłamstwa, kalumnii, obłudy sprawia, że co najmniej połowa populacji, na której dokonuje się eksperymentów budowlanych, popiera owe przedsięwzięcia.
Ale, jak wiadomo, dojrzewanie świadomości obywatelskiej uzależnione jest od liczby stresów, jakie da się znieść. Dyskomfort życia w państwie dopiero budowanym nie przekracza jeszcze tzw. punktu krytycznego. Aczkolwiek zbliża się do niego szybko...
Obywatele III RP mają szczególną, zgoła obsesyjną wrażliwość niepodległościową. Chociaż czasami nie bardzo wiedzą, na czym owa suwerenność ma polegać. I nie dziwota. Przez 45 lat, do roku 1989, była skorelowana z ustrojem politycznym. Pamiętamy wyznanie Wojciecha Jaruzelskiego, herosa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, który wprowadziwszy stan wojenny, studził gorące głowy swych rodaków, niepoprawnych miatieżników, że będzie „bronić socjalizmu jak niepodległości”.
A jednak nie - socjalizm jest über alles. Oczywiście inny, nie sowiecki, nie polskoludowy, a europejski. Z Niemiec mieniących się prekursorami Unii Europejskiej i jej głównym zwornikiem przyjeżdżają do budującej się Polski gromady socjalistów (już nie narodowych…), by rozprawiać się z faszystami polskimi. Toteż minister spraw zagranicznych III RP pojechał od Berlina i zaproponował Europie dominację, na razie gospodarczą, Niemiec.
Tysiąc dwanaście lat temu nie Chrobry przybył do cesarza niemieckiego, a cesarz Oton III, mandatariusz papiestwa, które jednoczyło Europę zachodnią, przyjechał do Gniezna, by zaproponować młodemu władcy Polski w rozbudowie współpracę we wskrzeszeniu cesarstwa rzymskiego. Książe piastowski otrzymał od cesarza, alias papiestwa, symbole swej przyszłej władzy królewskiej.
Teraz inne czasy, żadni pośrednicy nie są potrzebni ani żadne symbole. Wystarczyło słowne, płynną angielszczyzną i okraszone mimiką aktorską, wyartykułowanie chęci poparcia wielkiej polityki wielkich Niemiec z silną armią młodych pretorianów socjalistycznych (już nie narodowych…), którzy mogą w każdej chwili przyjechać do każdego kraju unijnego – i nie tylko - uczyć moresu wszelkich aberrantów prawicowych, wykazywać, że socjalizm jest ważniejszy od odrębności narodowo-państwowej. Przecież niepodległe narody i państwa, wytwarzają w konsekwencji swej niepodległości patriotyzm. Czyli toksynę dzielącą i konfliktując Europę zjednoczoną pod batutą Niemiec. Precz więc z flagami, hymnami narodowymi, orłami. Jeśli już, to jeden orzeł czarny i jedna flaga z 27 (na razie…) gwiazdkami. Środowisko młodych polskich lewaków, skupione wokół „Krytyki Politycznej”, już wyraża tę nową aksjologię in statu nascendi, publikując w Internecie piosenkę ze słowami „Dymać orła”.
Bo jedynie socjalizm integruje Unię Europejską. Płynie szeroką strugą, jak ciepła woda z kranów, do Polski budowanej przez Donalda Tuska i Radosława Sikorskiego, orędownika niemieckich interesów gospodarczych w Europie i apologety potęgi ekonomicznej Niemiec. W takiej konstelacji budowa Polski zostanie szybko zakończona, a Orzeł Biały „wydymany” przez polskich i niemieckich internacjonalistów, wyrzucony na śmietnik. I nareszcie będzie dobrze w Europie bez toksyn patriotycznych i faszyzmu, a najlepiej nam, Polakom, w dopiero budowanej Polsce, mknącej wstecz dziejów na tylnym biegu, jak pociągi dużych prędkości, które nieprędko w Polsce zobaczymy, bo nie ma dla nich torów. Będą w nowym rządzie, gdy gwałtownie rozpocznie się rozbudowa.
2 marca 2012
Jacek Wegner
Dwa narody
Mamy jedno państwo, ale dwa narody. Nie w znaczeniu, powiedziałbym trochę nielogicznie, wielonarodowościowym, niczym w I Rzeczypospolitej, a jeden naród rozdwojony, rozdarty na dwie części. Nie jest to wszelako pascalowska „wielość w jedności”, gdyż Pascal uznawał tę dialektykę za energię kultury chrześcijańskiej i podwalinę organizacji każdego społeczeństwa tej kultury. Natomiast u nas wprost przeciwnie...
Maria Dąbrowska napisała po przewrocie majowym że „starły się dwa narody moralne. Jeden naród twórczości i doskonalenia się i drugi naród – naród kłamstwa i konwenansu”. To więc znaczy, że determinantami podziału nie są wcale uwarunkowania etniczne czy tym bardziej genetyczne. Dąbrowska moralność narodową tłumaczy prostymi pojęciami, z których wynikają nader złożone rzeczywistości.
Owa dwudzielność narodowa w jednym państwie, czy raczej, znów posłużę się paradoksem, w jednym narodzie, to przejaw regresu, który sprawia, iż nasze państwo stacza się po równi pochyłej dobra obywatelskiego. „Dwa narody” nie łączą się bowiem ze sobą; zresztą od ponad trzystu lat są w stanie ustawicznego antagonizmu, zwalczania się, wypychania z państwa, deformowania go.
Raz „zwycięża” w tej skonfliktowanej dychotomii „jeden” naród, raz „drugi”. Raz łagodnie dochodzi do dominacji „jednego”, kiedy indziej gwałtownie, a nawet krwawo, „drugiego”. Gdybyśmy na przykład przezwyciężyli „drugi naród” inaczej – radykalniej niż przy „okrągłym stole” - Rzeczpospolita byłaby dziś na pewno piękniejsza, sprawniejsza, bardziej obywatelska. Jeżeli chcemy mieć państwo godne naszych aspiracji i tradycji wynikających z polskiego doświadczenia historyczno-moralnego, żeby spełniały się pragnienia duszy polskiej - to „pierwszy” musi być nadrzędny wobec „drugiego”.
Co więc jest w „narodzie kłamstwa i konwenansów”? Cynizm, bezgraniczna niewiedza i nienawiść do „tych drugich” kierujących się w życiu publicznym i osobistym tradycyjnymi wartościami moralnymi, dla których drogowskazami są Dekalog i imponderabilia narodowe. Tymczasem dziś doszło do do tego, że młoda elita, młodzi humaniści po wyższych studiach, nie rozumieją imponderabiliów, nigdy nawet nie zetknęli się z tym pojęciem. Niepokoi ten niski poziom wykształcenia humanistycznego, a oskarża on rządzących naszym krajem, przecież dysponując prawie nieograniczonym zasobem środków i możliwości edukacyjno-propagandowych formują na własną miarę świadomość narodową i polityczną Polaków. Paweł Jasienica powiedział gdzieś, że w polityce działa tak samo jak w fizyce prawo ciążenia – przykład zawsze płynie z góry, nigdy odwrotnie. Społeczeństwo może się przeto uczyć od dzisiaj rządzących z „drugiego” narodu cynizmu, krętactwa, rezygnacji z poczucia godności narodowej.
Serwilizm rządu polskiego wobec dwóch potężnych sąsiadów zaczyna w ostatnich miesiącach przypominać podporządkowanie się Polski pojałtańskiej Związkowi Sowieckiemu. Nasza dzisiejsza władza bardziej dba o interesy gospodarcze Niemiec niż o korzyści Trzeciej Rzeczypospolitej. Co gorsza, nie umie, nie chce radykalnie przeciwstawić się matactwom rosyjskim w sprawie smoleńskiej, a to już może stanowić zapowiedź utraty suwerenności, w najlepszym razie jej nadwątlenia.
Taka polityka rządu wywołuje reakcje zgodne z czwartym prawem Newtona, a więc jeszcze bardziej antagonizuje „dwa narody”, zmusza ten „pierwszy” do protestu, przybierania postawy walki obronnej o zachowanie w życiu publicznym tych wszystkich wartości, idei, dążeń, oczekiwań, pragnień etc., które mieszczą się właśnie w pojęciu imponderabiliów. Andrzej Nowak powiedział niedawno, że stwarza to sytuację „wewnętrznej wojny domowej”. Dodałbym: walki ostrej, z każdym, miesiącem przybierającej na sile, acz na szczęście bezkrwawej. Wedle Nowaka nie jesteśmy podzieleni, jak w każdej demokratycznej wspólnocie, lecz jakbyśmy „należeli do różnych, z natury wrogich sobie gatunków”. Nie, nie gatunków – a „dwóch narodów” w jednym „organizmie narodowym” i w jednym państwie.
Tymczasem chwalców polityki rządowej są legiony. I to nie jedynie wśród rozczytujących się w „Gazecie Wyborczej” oraz podobnych pismach, ale także w prawdziwej elicie, która sięga po inne jeszcze, uczciwsze i ambitniejsze wydawnictwa. To zjawisko spostrzegł szczególnie wyraziście po ostatnich wyborach prezydenckich Zdzisław Krasnodębski; napisał był bowiem na łamach dziennika „Rzeczpospolita”: „Wybrany prezydent zatroszczył się o to, by zaprzyjaźnione z nim osoby znalazły się w KRRiT, a następnie dał sygnał do ataku (...). Wbrew powszechnym opiniom po tej stronie polskiej sceny politycznej, zwłaszcza wśród ludzi wykształconych – publicystów, dziennikarzy, socjologów, politologów - znacznie więcej jest ludzi zaślepionych. To fanatyzm pozwala wyborcom PO wierzyć w czcze obietnice i w to, że Polska jest zieloną wyspą dzięki działaniom rządu (...). To fanatyzm pozwala wierzyć, że PO odnosi sukcesy w polityce zagranicznej”.
No tak, ale jakie są źródła owego fanatyzmu „ludzi wykształconych – publicystów, dziennikarzy, socjologów, politologów”, których nazwiska można wskazać całe naręcza? Prawdę mówiąc, nie umiem konkretnie odpowiedzieć. Wiem zaś, że podobnie zaślepiona była część elit II Rzeczypospolitej. Kazimiera Iłłakowiczówna napisała we wspomnieniach o współczesnych sobie Polakach z jej sfer intelektualnych i społecznych, iż „byli godni pożałowania (…) nie wiedzieli, że okłamani i okłamujący łazili pod cieniem nieprawdy, cali w plotkach, jak w obrzydliwych pasożytach”. Dramatyczny był to tedy - i jest - przejaw „dwunarodowości” jednego narodu. Jeśli to prawda, że człowiek inteligentny chętniej ulega cynizmowi, zwłaszcza gdy ta postawa ułatwia mu budowanie własnego prestiżu i zdobywanie bogactwa, niż dąży do rozwoju swej duchowości, bo owo dążenie wymaga wielu wysiłków i wyrzeczeń – to łatwo można by wytłumaczyć ten fanatyzm części owej elity z „drugiego narodu”, o jakiej mówi Krasnodębski…
Przywódca Platformy Obywatelskiej i zarazem premier rządu Rzeczypospolitej P o l s k i e j przyznał, jak powszechnie wiadomo, w roku 1987 na łamach miesięcznika „Znak” (nr 11-12), że „polskość to nienormalność (...) Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu (...) Piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski”. Partia ta powstała po pozornym rozpadzie Unii Wolności-Unii Demokratycznej, którą stworzyli przedstawiciele elity o cynicznym stosunku do wartości narodowych i chrześcijańskich, przyzwyczajeni, ba - wprawieni od dziesiątków lat do współpracy z PPR/PZPR, depozytariuszką interesów sowieckich w Polsce. Te postawy symbolizowałby może najjaskrawiej Tadeusz Mazowiecki, wykwintny, i najinteligentniejszy z inteligentnych oportunistów politycznych drugiej połowy minionego stulecia. Fanatyzm, o jakim mówi Krasnodębski, jest, jeśli można tak rzec, fanatyzmem wyrachowanym - après nous le déluge, jak dawniej głosili cynicy francuscy. Po nas potop!
W III Rzeczypospolitej znaczna część elity tworząca z szerokimi a nieświadomymi stanu rzeczy kręgami społeczeństwa „drugi” naród jest więc duchowo niedorozwinięta. I właściwie trudno się dziwić, gdyż dzisiejsza Polska została w powiciu moralnie okaleczona. Pomijam już to, że jej pierwszym prezydentem był – na nieszczęście aż przez prawie półtora roku (od 19 lipca 1989 r. do 22 grudnia 1990 r.) – Wojciech Jaruzelski. Ale „narodziny polskiej demokracji dokonały się w okolicznościach wybitnie niedemokratycznych. Wolę społeczeństwa respektowano, o ile nie godziła w interesy biznesowe i ideowe „”elit”” uzurpujących sobie – rzadko kiedy otwarcie - prawo do wyłącznego decydowania o losie państwa”- napisał Jacek Kloczkowski („III RP – państwo nieprzemyślane” W: „Rzeczpospolita 1989-2009. Zwykłe państwo Polaków?”).
Takie są właśnie źródła deprawacji: kiedy elita frymarczy narodem i państwem. Wtedy ci z niej, którzy się na to nie godzą, konsolidują się w „inny naród”. I powstaje konflikt nieprzezwyciężalny. Albowiem elita z „drugiego narodu”, żeby bronić swych przywilejów i zysków, aby nie dopuszczać do rozbrzmiewania w przestrzeni publicznej prawdy o sobie, ima się wszelkich metod postponowania „pierwszego narodu” i ogłupiania szerokich mas społeczeństwa: od szerzenia nienawiści, kłamstwa, insynuacji, inwektyw, obłudy, pozerstwa, histerii, na konwenansach kończąc, gdyż dzięki nim zawsze najłatwiej ukrywać złe intencje, a imponować rodakom snobującym się na światowców. I przestrzega tej strategii z fanatyczną konsekwencją. „Na początku lat 90. – wywodzi dalej Kloczkowski - mogliśmy usprawiedliwiać liczne niedomagania spuścizną komunizmu, słabą znajomością wolnorynkowych mechanizmów, katastrofalną sytuacją budżetową, kosztami transformacji. Po dwudziestu latach wiele mankamentów nie da się wytłumaczyć inaczej niż skrajną indolencją, krótkowzrocznością i brakiem politycznej woli zmian”. Czyli – pozwalam sobie dopowiedzieć i powtórzyć – cynizmem bronionym z fanatyczną żarliwością.
Więc konsekwentnie w „rozdwojonym narodzie” powstaje dychotomiczny system rozpowszechniania myśli, informacji, opinii. Już mamy, od co najmniej trzech lat, tzw. drugi obieg - jak w Polsce ludowej. Z tą wszelako różnicą, że w PRL za tamten karano srogo, a teraz ten „drugi” jest albo zabijany milczeniem, albo zagłuszany histerycznymi wrzaskami, albo brutalnie dyskryminowany, np. ostatnia decyzja KRRiT nieprzyznająca koncesji TV „Trwam”.
Co tedy począć? Wedle Zdzisława Krasnodębskiego rządzący „drugi naród” potrzebuje „konfliktów, by ukryć swą nieudolność, swoją winę i lęk”. Jak długo będzie mógł zaspokajać owo instrumentalne „zapotrzebowanie” na konflikty? „Historia Polski pokazuje – konkluduje Krasnodębski - że w najtrudniejszych momentach słabi okazywali się wyjątkowo silni i ostatecznie zwyciężali”.
Oby stało się to jak najszybciej, oby prędko zwyciężył „pierwszy naród”, naród imponderabiliów, zanim „drugi” nie zniszczy tego, co od wieków jest najcenniejsze w duszy polskiej. Może nie zdąży, wszak „pierwszy naród” coraz powszechniej i odważniej wypowiada się w „drugim obiegu”; rozszerzają się kręgi młodych Polaków rozczarowanych ustrojem Polski, a i starsi, czy najstarsi, zaczynają odzyskiwać trzeźwe widzenie. Zdaje mi się, że nad władzą platformeską z „drugiego narodu” zawisła klęska…
Jacek Wegner
25 lutego 2012
Elżbieta Królikowska – Avis
KONSERWATYZM czyli POWRÓT DO NORMY
Podobnie jak „demokracja” jest u nas jeszcze pojęciem pustym lub skompromitowanym, patrz: „demokracja socjalistyczna”, tak termin „konserwatyzm” wyłania się dopiero z mgławicy niewiedzy, kontrowersji i nieporozumień. Od kilku lat, kiedy zaczęła się polaryzować polska scena medialna, a zwłaszcza ostatnio, gdy grupa konserwatystów znalazła się w SDP, zaczyna się u nas mówić i pisać o „wrażliwości konserwatywnej i zadawać pytania, na które Zachód dawno już sobie odpowiedział. Np. co to jest konserwatyzm i jaki pakiet wartości do debaty publicznej wnosi, czy dziennikarz konserwatywny, który chce pozostać niezależny ma prawo do głoszenia swoich poglądów, a nawet czy dla konserwatystów jest miejsce w debacie publicznej na tych samych co postkomuniści i liberałowie warunkach (Stefan Bratkowski czy Bartosz Ławski twierdzą, że nie, co jest już wnioskiem horrendalnym). Otóż na początek trzeba powiedzieć, że poprzednia sytuacja nie była ani zdrowa, ani normalna. Była jedynie konsekwencją zaszłości historycznych - przerwania obiegu informacji i przepływu idei między Zachodem i Wschodem - który zaczął się w 1945 roku, i w istocie trwa do dziś. Czyli najpierw 45 lat komunistycznego monopolu z zerową szansą na manifestację jakichkolwiek innych przekonań, a potem wyłączność praw liberalnej lewicy z kręgów „Gazety Wyborczej”. I dopiero teraz, 22 lata po odzyskaniu niepodległości polska scena medialna zaczyna się normalizować. Media konserwatywne już mamy, choć tymczasem niszowe, konserwatyści w debacie medialnej już się pojawili, teraz trwa etap ich legitymizacji oraz zażarta walka, aby do tej legitymizacji nie dopuścić. Wystarczy przypomnieć serial pt. Walny Zjazd SDP czy telewizyjny coverage mediów komercyjnych wydarzeń z Dnia Niepodległości i trwające do dziś na ten temat kontrowersje.
W istocie konserwatyzm od początku, kiedy się narodził i stawał się bazą programową partii politycznych, nie miał u nas wielkich szans. Pierwszy rozbiór Polski nastąpił przecież w 1772 roku i do 1918, czyli roku odzyskania niepodległości Polska nie uczestniczyła w europejskim obiegu intelektualnym, filozoficznych, ani politycznym. A Polacy byli tak pochłonięci walkami o odzyskania niepodległości państwa, obroną tradycji, języka, religii, wreszcie fizycznym przetrwaniem narodu, że uczestnictwo w europejskim obiegu idei, to był luksus, na który nie mogli sobie pozwolić. A przecież właśnie wtedy, na przełomie XVIII i XIX wieku, to wszystko się zaczęło! Najkrótsza encyklopedyczna definicja konserwatyzmu brzmi: to „orientacja, która bazuje na hasłach obrony porządku społeczno-gospodarczego oraz zachowaniu i umocnieniu tradycyjnych wartości jak naród, religia, rodzina, państwo”, z akcentem na autorytet, hierarchię i kontynuację. A więc konserwatyzm, to system filozoficzny, a następnie baza programowa partii konserwatywnych, proponująca inne niż liberalne spojrzenie na państwo, społeczeństwo, prawo, religię, jednostkę ludzką i jej udział w życiu zbiorowości. Inny stosunek do rzeczywistości, realizm w przeciwieństwie do skłonności do utopii, szacunek dla faktów, zamiast naginania ich do swoich teorii, rzetelny stosunek do prawdy bez jej relatywizacji, prawa z poszanowaniem skutków naszych działań, i przejmowanie na siebie odpowiedzialności za własne życie. To tak w największym skrócie.
Narodził się na przełomie XVIII i XIX wieku, jako próba wyhamowania racjonalistycznej myśli oświeceniowej oraz reakcja na krwawe wydarzenia rewolucji francuskiej. Po raz pierwszy terminu tego użył w 1820 roku, jak się powszechnie twierdzi, francuski pisarz i wydawca pisma „Konserwatysta”, Francois Rene de Chateaubriand. Jednak jako zorganizowany system filozoficzno-ideologiczny konserwatyzm został sformułowany, a jakże, w Wielkiej Brytanii. To przecież tutaj, nad Tamizą, Edmund Burke, filozof i publicysta, nazwany ojcem chrzestnym konserwatyzmu ewolucyjnego, w swoim dziele „Rozważania o Rewolucji we Francji” sformułował jego podstawy: ”Rewolucja – pisał m.in. - to niedozwolone zerwanie ciągłości historycznej. Naród jest dziełem wielu generacji i żadna z nich nie ma prawa podejmować decyzji w imieniu pozostałych”. Konserwatyzm do dziś drogę rozwoju państwa, społeczeństwa upatruje w zmianach stopniowych, w ewolucji. Ciekawe, że już wtedy, kiedy twierdził, że francuskie wizje polityczne są „zbyt abstrakcyjne, wykalkulowane i pełne pogardy dla człowieka, i dlatego są skazane na niepowodzenie”, Burke zarysował podstawową dychotomię między dzisiejszym konserwatyzmem a liberalizmem. Czy nie podobne argumenty podnoszą dziś polscy konserwatyści, zarzucając środowisku „Gazety Wyborczej” kult elit, oczywiście liberalno-lewicowych, pogardę dla społeczeństwa (słynne Geremkowe „ten naród nie dorósł do demokracji”), manipulowanie umysłami młodych, zapędy autorytarne jak permanentne próby wypchnięcia konserwatystów z nomen – omen agory czyli miejsca gdzie toczą się dyskusje publiczne. Inna aktualna do dziś konstatacja Burke’a: ”Bo to, co dla jednego społeczeństwa może być słuszne – pisał niemal 200 lat temu – może nie pasować do innego”. Tłumacząc tę myśl na język dzisiejszych politycznych realiów: żaden kraj jak Rosja, ani struktura instytucjonalna jak Unia Europejska, nie ma prawa narzucać innym swoich wzorców. Konserwatyści do dziś pozostali przeciwnikami rozwiązań „ jedynie słusznych”. Burke twierdził także, że społeczeństwu nie można narzucać rozwiązań zasadniczo zmieniających struktury instytucjonalne i zasady współżycia społecznego, bo oznacza to destrukcję i chaos, a „dążenie do naprawy zła kończy się zwykle złem jeszcze większym, bowiem gwałtowne zmiany niszczą naturalne więzi, co z kolei rodzi przemoc”. Wystarczy spojrzeć na kolejne wersje rewolucji spod znaku sierpa i młota, radziecką, kubańską, „chińską kulturalną”, „czerwonych khmerów”, żeby się przekonać jak prorocze były i te słowa konserwatysty Edmunda Burke’a. Wszystkie powyższe sugestie znaleźć można w postaci modelowej w interesującym dziele Edmunda Burke’a „Rozważania o Rewolucji we Francji” z początków XIX-wieku.
O żywotności tez teoretyka tej początkowej fazy konserwatyzmu niechaj świadczy inny jeszcze wątek. Konserwatyści od początku nie podzielali entuzjazmu Oświecenia co do możliwości wyeliminowania złych cech natury ludzkiej. Twierdzili, że człowiek częściej niż rozumem kieruje się instynktem i emocjami, dlatego potrzebna jest ciągłość struktur państwowych, „które ucieleśniają mądrość i doświadczenie kolejnych generacji”. Stąd specjalne znaczenie wiedzy o przeszłości, historii, kodeksy moralne, całe systemy religijne, pilnowanie jak oka w głowie autorytetu państwa, szkoły, wymiaru sprawiedliwości i rodziny. Konserwatyści, i owszem, akceptują przeobrażenia, ale takie które są wynikiem naturalnego procesu gromadzenia i przewartościowywania doświadczeń. Co dzieje się, gdy ta „ciągłość między przeszłością i teraźniejszością” jest naruszona, niech świadczy dramatyczny apel do narodu Davida Camerona w czasie bandyckich zamieszek na ulicach brytyjskich miast w sierpniu tego roku, kiedy stwierdził: ”Wychowaliśmy pokolenie, które przestało odróżniać dobro od zła, ponieważ nikt je tego nie nauczył”. To rezultat 13-letnich rządów Labour Party, ideologizacji i upolitycznienia wszystkich sektorów państwa, rozszalałego welfare state oraz całej tej poprawności politycznej, z jej relatywizmem moralnym i permisywizmem, niszczącymi naturalne relacje społeczne, w istocie jeszcze jednym instrumentem uprawiania polityki przez liberalną lewicę. Przypomnę, że półtora roku temu konserwatysta David Cameron swoim hasłem „zreperować zniszczone przez 13 lat rządów Labour Party społeczeństwo”, po latach w opozycji, wygrał trudne wybory parlamentarne. A dziś powtarzane przez niego wciąż słowa – klucze „gra fair play” i „trzeba sobie zasłużyć”, to tylko bardziej nowoczesna i mniej kaznodziejska wersja „społeczeństwa odpowiedzialnego” premier Margaret Thatcher. Znowu ciągłość i kontynuacja. Cameron – podobnie jak Thatcher – broni „British way of life”, a oboje są w prostej linii spadkobiercami dwóch przynajmniej idei premiera Williama Gladstone’a, „polityki moralnej” oraz jego eurosceptycyzmu. W Wielkiej Brytanii konserwatyzm - jako system filozoficzny, ideologiczny, partyjny - ma swoją ideową oraz instytucjonalną ciągłość, u nas – nie. Stąd niewiedza i całe zamieszanie.
Właśnie, ciągłość instytucjonalna. Conservative Party powstała w 1834 roku jako kontynuacja programowa torysów, sprawujących w Wielkiej Brytanii władzę już w latach 30. XVIII-wieku. Pierwsza deklaracja została ogłoszona w dwa lata później, eksponowała wolny rynek i tradycyjne wartości konserwatywne, a późniejsze reformy premiera Disraelego otworzyły ją na szersze grono wyborców. Na początku XX wieku na skutek pojawienia się Partii Pracy (1900) notowało się słaby nurt interwencjonizmu państwowego, ale w istocie w1979 roku, kiedy fotel premiera objęła premier Margaret Thatcher, baza programowa była już stała. Nowoczesny liberalizm gospodarczy połączony z konserwatywnym systemem wartości. Conservative values (inicjatywa, odpowiedzialność, rodzina) i free market, czyli liberalizm ekonomiczny i silna niechęć do państwa opiekuńczego oraz sceptycyzm w stosunku do Unii Europejskiej. Jak do dziś twierdzą laburzyści - ”skrzętne gospodarowanie groszem córki sklepikarza z Grantham” - którą premier Thatcher przecież była. W jej speechach w parlamencie, powtarzały się takie motywy: ”Ludzie nie są równi, choć socjaliści twierdzą, że jest inaczej. I mają prawo być różni - choć dla nas każda jednostka ludzka jest równie ważna. Ludzie mają prawo do swobody pracy, do wydawania co zarobią, do posiadania własności prywatnej i postrzegania państwa jako sługi, a nie pana. Wolność gospodarcza, to esencja całej wolności, a od wolności gospodarczej zależą wszystkie inne”. Oczywiście, brytyjski konserwatyzm jako system podlegał i wciąż podlega przemianom. Wystarczy porównać thatcheryzm z cameronizmem, aby zorientować się o co chodzi. Nie bez powodu David Cameron wciąż powtarza:” jestem fanem premier Margaret Thatcher, ale nie przepadam za thatcheryzmem”.
A teraz, jakie były przyczyny, które zadecydowały o ostatnich modyfikacjach brytyjskiego konserwatyzmu? Rzecz w tym, że po przewartościowaniach moralnych i społeczno – obyczajowych ostatnich 30-40 lat, zmianie tzw. bazy społecznej, narodzinach różnych ruchów obywatelskich, antywojennych, feministycznych, obrony praw człowieka, zwierząt, ochrony środowiska naturalnego, konserwatyzm uległ, bo nie mógł się tej gigantycznej fali oprzeć - pewnym przemianom. Po wtóre - Cameron oraz współczesny brytyjski konserwatyzm, stał się ofiarą „skoku na program” konserwatystów, jakiego dokonał chwilę przedtem laburzysta Tony Blair. Kiedy tradycyjny elektorat Partii Pracy zaczął się kurczyć, aby zdobyć część klasy średniej, Blair sięgnął do samego jadra etosu konserwatystów, po odpowiedzialność jednostki, autorytet państwa i rodzinę. Transfer udał się tak dobrze, że został powtórzony przez Davida Camerona, tyle że w drugą stronę. Premier Cameron, zdając sobie sprawę z przemian świadomości społecznej ostatnich lat, otworzył się na pewne aspekty państwa opiekuńczego, np. przyjął do wiadomości istnienie „nieuprzywilejowanych”, konieczność egzekwowania przez państwo idei „sprawiedliwości społecznej”, bardzo się przejął prawami człowieka, a w dziedzinie działań przeciw ocieplenia klimatu konkurował nawet z Tony Blairem. Jednak rdzeń programowy partii pozostał ten sam i jego działania na rzecz przywracania autorytetu rodzinie, państwu, szkole i nauczycielom, wymiarowi sprawiedliwości, a więc „stawiania państwa z powrotem na nogi”, pozostają równie ważnym segmentem programowym jak za czasów pani Thatcher. Przedsiębiorczość, odpowiedzialność, rodzina, ochrona brytyjskiego stylu życia i eurosceptycyzm, który ostatnio spędza Brukseli sen z oczu, znalazły się w manifeście wyborczym Camerona już w maju 2010 roku i dziś stanowią drogowskazy dla wielu ustaw głosowanych w Westminsterze. Krytyka nadmiernej ideologizacji kraju za czasów Labour Party poszła w Wielkiej Brytanii tak daleko, że słyszy się sygnały odwrotu od formuły państwa opiekuńczego, być może nawet liberalnego? Np. odbył się już spis i weryfikacja beneficjentów opieki socjalnej, a teraz minister pracy Iain Duncan Smith pracuje nad projektem pozbawiania zasiłków tych, którzy w przyszłości będą uczestniczyć w chuligańskich zamieszkach ulicznych.
Niestety, niewiele z tych informacji dociera do polskiego czytelnika, otrzymujemy jedynie wiadomości agencyjne dotyczące jednego zdarzenia, w dodatku całkowicie wyrwane z kontekstu. W Wielkiej Brytanii konserwatyzm istnieje, zmienia życie Brytyjczyków - konserwatyzm w Polsce jest zjawiskiem tak mało znanym, dookoła nagromadziła sie taka masa nieporozumień, że nawet tak zwyczajny fakt jak pojawienie się w SDP grupy konserwatystów wywołało w kręgach zbliżonych do „Gazety Wyborczej” głośny krzyk sprzeciwu.
Rzecz w tym, że w zachodnich demokracjach przez niemal dwa wieki ucierania się nowoczesnych, cywilizowanych form funkcjonowania państwa, konserwatyści – myśl, partie, prasa - zawsze były obecne. Jako norma. W Izbie Gmin i Lordów, w przestrzeni publicznej oraz mediach. Na Wyspach Brytyjskich i konserwatyści i labourzyści czyli liberalna lewica, mają swoje gazety, tygodniki czy stacje radiowe i telewizyjne. I tak czytelnicy konserwatywni od 1788 roku sięgają po „Timesa”, dziennik niezwykle opiniotwórczy , nieoficjalny organ partii konserwatywnej z chyba najlepiej rozwiniętą siecią korespondentów na świecie (442 tys. egzemplarzy dziennie) . Albo po „ The Daily Telegraph” założony w 1855 roku (635 tys.), czytywany przez inteligencję i klasę średnią. Są tabloidy „Daily Mail” z niedzielnym wydaniem „Mail On Sunday” (2.1 mln) oraz “The Sun” (3 mln), podobnie jak „Times” własność Ruperta Murdocha, którego nie bez przyczyny nazywa się „producentem premierów”. Jest „Evening Standard”, dziś bezpłatny londyński dziennik (700 tys.), finansowany przez rosyjskiego oligarchę Aleksandra Lebiediewa. Mamy „Financial Times” (354 tys.) dziennik adresowany do kół biznesowych, dość chwiejny politycznie, w tej chwili wyraźnie sprzyjający rządowi Davida Camerona. No i tygodnik polityczno – literacki „Spectator”. Liberalna lewica ma swojego „Guardiana” (400 tys.), pismo niedzielne „Observer” (290 tys.), dziennik „Independent” (168 tys.), który występuje w zgodnym chórze z „Guardianem”, ledwie zipie, ale utrzymuje się na rynku, postkomunistyczny „Morning Star” (13 – 14 tys.). Korporacja BBC, zwana Firmą, która niegdyś uchodziła za wzór dziennikarskiej rzetelności i obiektywizmu, od przynajmniej 20 lat cierpi na chorobę zwaną liberalizmem. I jeśli chcę wiedzieć, co się zdarzyło na świecie, przełączam na BBC World News lub Sky News, w najgorszym przypadku komercyjny kanał ITV. Wymieniając wszystkie te tytuły, zmierzam do jednej konkluzji: że scena medialna w Wielkiej Brytanii jest od przynajmniej paru dziesiątków lat spluralizowana, i to w proporcjach mniej więcej 50:50. Szczęśliwcy!
Tak więc na pytanie czym jest obecność publicystów konserwatywnych w debacie publicznej, komentujących zdarzenia w parlamencie i w studiach, odpowiedz brzmi, to europejska norma. I protesty Stefana Bratkowskiego oraz jego kolegów, to próby powrotu do komunistycznej, a potem liberalnej – że nazwę to elegancko - „światopoglądowej monokultury”. Na kolejne pytanie, czy dziennikarz niezależny może mięć poglądy, odpowiedź brzmi, nie tylko może, ale powinien. I to nie tylko dziennikarz liberalny, jak się to u nas daje do zrozumienia, ale i konserwatywny. Jest człowiekiem, obywatelem, uprawia zawód publicznego zaufania, co znaczy jest sygnatariuszem pewnych wartości, konserwatywnych czy liberalnych, i w imię swoich czytelników uczestniczy w publicznej debacie. Bo cywilizowana scena medialna jest zwykle – podobnie jak parlament - emanacją wszystkich ważniejszych sił światopoglądowych w kraju. I, jeśli funkcjonuje prawidłowo, to naprawdę jeden z najważniejszych ośrodków kontroli władzy. Już w 1763 roku podczas pierwszej batalii o wolność słowa, John Wilkes, właściciel pisma „North Briton” napisał ”Wolność słowa jest wyznacznikiem wolności obywateli”, i myśl ta do dziś nie straciła swojej aktualności. Wraz z powrotem konserwatystów na polską scenę polityczną, do parlamentu, do krwioobiegu medialnego, do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, po prostu powracamy do europejskich standardów demokracji. Czyli do normalności. I jeśli pan Stefan Bratkowski i inni koledzy traktują poważnie naszą obecność w Europie, członkostwo w Unii Europejskiej, nie może się obyć bez konserwatystów w Sejmie i Senacie, w mediach, także prywatnych, bez pluralizmu w SDP. Albo Londyn, albo Mińsk.
Elżbieta Królikowska-Avis, Londyn, grudzień 2011.
