Konferencja „Kto się boi dziennikarstwa śledczego, czyli o zastoju i przyszłości dziennikarstwa śledczego w Polsce” – 31 maja 2012 roku w siedzibie Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie
Organizatorzy: SWPS i CMWP SDP
Na temat prawnych, finansowych, politycznych i kulturowych przyczyn kryzysu dziennikarstwa śledczego w Polsce dziennikarze i medioznawczy rozmawiali 31 maja w siedzibie Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Dyskusja panelowa pod hasłem „Kto się boi dziennikarstwa śledczego, czyli o zastoju i przyszłości dziennikarstwa śledczego w Polsce” zorganizowana została przez katedrę Dziennikarstwa SWPS oraz Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Udział w niej wzięli: red. Cezary Gmyz („Rzeczpospolita”), red. Jerzy Jachowicz („Uważam Rze”), prof. dr hab. Maciej Mrozowski (SWPS), red. Tomasz Patora (TVN Uwaga), prof. dr hab. Jacek Sobczak (SWPS) oraz red. Andrzej Stankiewicz (publicysta, b. dziennikarz śledczy). Dyskusję prowadzili dr Marek Palczewski (SWPS, portal SDP) i Wiktor Świetlik (dyr. CMWP SDP).
Poniżej przedstawiamy fragmenty dyskusji panelowej.
Wiktor Świetlik: „Nie jest to pierwsza konferencja na temat kondycji dziennikarstwa śledczego w Polsce, którą organizuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Duża cześć z osób tutaj obecnych uczestniczyła w naszych konferencjach jako paneliści, ale też jako osoby, które borykały się z rozmaitego rodzaju problemami, które dotknęły dziennikarstwa śledczego. Generalnie rzecz biorąc, dziennikarstwo śledcze podupadło bardziej niż jakikolwiek inny gatunek dziennikarski w Polsce – podobne problemy ma może jeszcze reportaż. Co bardzo charakterystyczne, z dziennikarstwa odpłynęło wielu bardzo znanych i dobrych dziennikarzy śledczych. W ostatnim czasie mieliśmy za to rozkwit agencji PR-owskich, firm lobbystycznych, które zakładali byli dziennikarze śledczy, obsługując osoby, o których wcześniej pisali. Ostatecznie, któż nie będzie tak dobrze pracował dla mnie, jak mój były, groźny przeciwnik? Trudno się dziwić tym osobom – kryzys ekonomiczny w gazetach spowodował, że pewne media wycofały się z dziennikarstwa śledczego. Aktualnie, teksty śledcze są robione bardzo szybko, często opierają się wyłącznie na <wrzutkach>. Redakcji, po pierwsze, nie stać na ludzi, którzy będą przez długi czas zbierali materiał. Do tego ci najzdolniejsi ludzie muszą być godziwie opłacani, a to przestało funkcjonować. Po drugie - redakcje najzwyczajniej w świecie boją się procesów i konsekwencji finansowych związanych z tego rodzaju publikacjami.”
Marek Palczewski: „Stawiam taką tezę, że mamy w tej chwili do czynienia z zanikiem dziennikarstwa śledczego i to będę chciał wykazać na kilku planszach, a potem oddam głos panelistom. Wszyscy oczywiście znamy definicję dziennikarstwa śledczego, ale chciałbym tutaj przypomnieć, że jest to głównie praca własna dziennikarzy. Ja, obserwując dzisiaj tendencje dziennikarstwa śledczego stwierdzam, że właściwie tej pracy własnej jest coraz mniej, a coraz więcej jest takich <wrzutek>, o których mówił Wiktor. Coraz więcej jest dziennikarstwa kwitowego, które przecież nie jest uznawane za klasyczne dziennikarstwo śledcze. Tutaj jest wykaz, ile prac napływało do konkursu SDP-u w kategorii <Watergate>. Od 2002 do 2008 nastąpił rozwój, mieliśmy nawet do czynienia z erupcją, wykwitem dziennikarstwa śledczego, a największe jego sukcesy w Polsce przypisuję na lata 2004-2006. Najwięcej zgłoszeń napłynęło w roku 2006, i była to zdecydowana poprawa w stosunku do roku 2003, po czym mamy gwałtowny spadek. W latach 2007-2010 ten stan utrzymuje się na tym samym mniej więcej poziomie. Są to widoczne oznaki pewnego jednak załamania tego dziennikarstwa w Polsce.
Dalej przypominam parę słynnych afer z lat 90., np. artykuł obecnego na sali Jerzego Jachowicza o Adamie Hemplu, który jest wzorcowym materiałem śledczym, często przedstawianym studentom. Nie są to wszystkie najważniejsze afery z tego okresu, ale chciałbym zaznaczyć, że wielu z tych dziennikarzy, których nazwiska znajdują się na planszy już nie pracuje w dziennikarstwie śledczym. Kolejna plansza przypomina najważniejsze wydarzenia od 2002 roku – <łowcy skór>, mafia paliwowa. Dużo reportaży Superwizjera TVN czy materiały obecnego tu Andrzeja Stankiewicza. Wydaje mi się, że właśnie w tym okresie 2004-2006 to dziennikarstwo śledcze w Polsce było najlepiej rozwinięte jakościowo. Ono zaczyna niestety troszeczkę podupadać po 2008. Stawiam takie pytania: czy jest jeszcze dziennikarstwo śledcze, czy są jeszcze dziennikarze śledczy, czy najlepsze lata mamy już za sobą, gdzie się podziały afery z tamtych lat i jak reanimować dziennikarstwo śledcze? A teraz ponownie oddaję głos Wiktorowi Świetlikowi.”
Wiktor Świetlik: „O ekonomicznej przyczynie kryzysu, która jest oczywista dla samych dziennikarzy, ale już mniej oczywista dla osób spoza świata dziennikarskiego, już mówiłem. Drugą przyczyną, z naszych obserwacji, jest sytuacja prawna w jakiej się znajdujemy. Dziennikarze są ścigani z paragrafu 212, który jest jednak bardzo poważnym ograniczeniem i w bardzo poważny sposób odstrasza dziennikarzy […]. Ofiarą paragrafu 212 jest obecny tu Jerzy Jachowicz, który nadal nie uzyskał ułaskawienia od Prezydenta RP, pomimo, że takie ułaskawienie było zapowiadane. To również wskazuje na podejście do tematu - ani Ministerstwo Sprawiedliwości, ani Sejm RP nie podjęły żadnych działań zmierzających do likwidacji artykułu 212, pomimo że właściwie wszystkie istotne siły polityczne przed wyborami to zapowiadały. Cezary Gmyz miał z kolei do czynienia z innymi uciążliwościami, czyli z podsłuchami i operowaniem służb w otoczeniu dziennikarzy.
Cezary Gmyz: „Tym, po co teraz służbom jest łatwiej sięgać, niż po podsłuchy, na które potrzebna jest zgoda sądu, są tzw. środki kontroli operacyjnej. Chodzi tu o możliwość pobrania bilingów czy sięgania po tzw. locki z BTS-ów, pozwalające ustalić pozycję danej osoby w konkretnym czasie. Są to rzeczy, które rzeczywiście są dużym zagrożeniem dla komfortu pracy dziennikarza. Natomiast rzeczą najistotniejszą jest tu bezpieczeństwo informatorów, które poprzez te działania służb może być zagrożone. Do tego dochodzi paragraf 212, o którym mówił Wiktor, oraz paragraf mówiący o ochronie dóbr osobistych, które są potencjalnym zagrożeniem dla redakcji. Dla przykładu - suma roszczeń wobec redakcji, za same tylko moje teksty, wynosi w tej chwili 1 200 000 złotych. Są to pieniądze, które redakcja musi realnie zabezpieczyć, gdyby wszystko poszło źle i gdyby takie odszkodowanie sąd rzeczywiście zasądził. To powoduje, że redakcje zastanawiają się nad sensem robienia takich materiałów dziennikarskich, a do tego dochodzą jeszcze koszta obsługi prawniczej.
Tutaj padła tak teza, troszeczkę, moim zdaniem na wyrost, że dziennikarstwo śledcze umiera – ono oczywiście jest słabsze niż było kilka lat temu, ale ogólnie kondycja mediów jest słabsza. Jednak jest spora liczba dziennikarzy, którzy nadal to dziennikarstwo śledcze uprawiają. Mówi się, że <wrzutka> jest gorszym rodzajem materiału – ja bym jednak tego nie deprecjonował. Otrzymanie w odpowiednim czasie odpowiednich kwitów też wymaga lat pracy, lat nawiązywania kontaktów. Przykładem tego dziennikarstwa <wrzutkowego> była afera hazardowa, gdzie użyto dokumenty podłożone przez służby specjalne. Często tego rodzaju dziennikarstwo pozwalało wykryć rzeczy, które są rzeczami co najmniej negatywnymi. Prawdę mówiąc, to dziennikarze stosunkowo rzadko trafiają sami na coś, bez pomocy informatorów czy przecieków ze służb. Istotną sprawą jest też odpowiednie filtrowanie otrzymanych informacji. Za swoją osobistą porażkę uważam sprawę mafii paliwowej. W redakcji <Wprost>, gdzie jeszcze wówczas pracowałem, zjawił się informator – to był prokurator Czyżewski. Zaczął opowiadać o mafii paliwowej i wzięto go po prostu za wariata. Dopiero po trzech latach okazało się, że wszystkie te rzeczy, które wydawały nam się objawami szaleństwa okazały się prawdą. Często, niestety, zdarza się tak, że dziennikarze nie potrafią odróżnić rzeczywistego wariata od prawdziwego informatora.”
Jerzy Jachowicz: „Zgodzę się tutaj z moim przedmówcą, że otrzymanie, nawet w miarę pełnej informacji, tzw. <wrzutki>, jest często wynikiem kilku miesięcy pracy dziennikarza. Ja pamiętam taką historię, gdzie napisałem wspólnie z kolegą z <Gazety Wyborczej> bardzo duży tekst o rzeczy, która właściwie nigdy nie ujrzała światła dziennego w mediach. Chodziło o niszczenie stenogramów z posiedzeń biura politycznego KC PZPR za lata ‘81-’89. Przestępstwa tego dokonało dwóch ludzi – gen. Jaruzelski i gen. Kiszczak. Florian Siwicki, ówczesny szef MON-u, pełnił rolę wykonawczą – użyto samochodów wojskowych i żołnierzy do wywożenia i niszczenia dokumentów. Ja wiedziałem o tym, że Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowuje w tej sprawie akt oskarżenia i że dotarł on do Trybunału Stanu w Sejmie, ale nie można było tego dokumentu nawet obejrzeć. Był tam wtedy młody dyrektor administracyjny i ja nachodziłem go blisko trzy miesiące, aż wreszcie on się złamał i powiedział, że da mi na 15 minut taki mały gabinecik, wraz z aktami sprawy, i tam mogę je przeczytać. To było ok. 500-600 stron maszynopisu i stwierdziłem, że w 15 minut w żaden sposób nie dam rady tego przeczytać, a już pierwsze strony wskazywały na naprawdę świetną historię. Zwinąłem więc te materiały i zacząłem je kserować na terenie Sejmu. Kiedy została mi gdzieś jedna trzecia urzędnik znalazł mnie i próbował wyrwać mi te kartki. W końcu jednak udało mi się odbić całe akta i ten materiał napisaliśmy. Już był na ścianie, na rozkładówce, kiedy przyjechał naczelny i stwierdził, że materiał jest tak niedoskonały, brakuje w nim tylu rzeczy, że on nie wyraża zgody na jego opublikowanie. W tej sprawie widać, że również <wrzutki> w dziennikarstwie śledczym są bardzo istotne.
Jest jeszcze sprawa mojego uniewinnienia przez pana Prezydenta. Ja go rozumiem – bo jeśli on z jednej strony kładzie na szali wniosek o moje uniewinnienie, jako człowieka, który z różnych powodów na nie zasługuje, a z drugiej – materiały jemu poświęcone, a przeze mnie napisane, no to te materiały są tak ciężkie, że ta szala opada na dół i ułaskawienie przegrywa. A wracając do pytania – dla mnie pierwszym i najbardziej bolesnym momentem, kiedy zrozumiałem, że w gazecie, w której pracowałem, nie ma już właściwie miejsca na dobre teksty śledcze, była sprawa Rywina. […] Zmierzch, upadek, regres dziennikarstwa śledczego głównie wynika z postawy kierownictwa poszczególnych redakcji. To zaczęło psuć się od góry. Większość redakcji, większość dużych mediów, a przede wszystkim - duże telewizję, począwszy od publicznej, a skończywszy na dwóch znanych Państwu telewizjach prywatnych, są tak sprzężone, towarzysko i politycznie, z władzą, że oni pierwsi stawiają blokadę przeciwko podejmowaniu jakichś spraw, które mogą być zagrożeniem dla władzy. Popatrzmy na panoramę naszych centralnych mediów – z władzą nie współgrają jedynie media niszowe i jedyna <Rzeczpospolita>, która próbuje z tym wałczyć . Ja i wielu innych dziennikarzy chętnie podejmowałoby, nawet na własne ryzyko, materiały śledcze, gdyby nie blokada ze strony kierownictwa. A wszystko zaczęło psuć się od <Gazety Wyborczej>, a później przeniosło się i do Polsatu, i do TVN-u.”
Tomasz Patora: „Ja się o tyle nie zgadzam z zarzutem Jurka, że przyczyn upadku dziennikarstwa śledczego, nie tylko z resztą w Polsce, upatruję zupełnie gdzie indziej. Wydaje mi się, że taką praprzyczyną jest ta sama przyczyna, która dotyka i dziennikarzy śledczych, i pozostałych dziennikarzy, również na świecie, czyli kryzys źródeł finansowania mediów. Media nigdy nie były tak słabe, jak są dzisiaj. Oba źródła finansowania – zarówno źródło reklamowe, jak i sprzedażowe, wysychają. Prasa ledwo zipie. Naturalną wydaje mi się pokusa redakcji, żeby próbować ratować to, co się da, traktując medium jako produkt. Tylko, że niestety, od traktowania mediów jako produktu jest już krok do upadku dziennikarstwa śledczego, a tak naprawdę i dziennikarstwa w ogóle. A jeżeli definiować dziennikarstwo śledcze jako to, które wyciąga na wierzch sprawy mające pozostać w ukryciu, to jego upadek oznacza upadek dziennikarstwa rozumianego jako IV władza. Jesteśmy na równi pochyłej. Gdybyśmy dzisiaj mieli badać sprawę <łowców skór> to artykuł zapewne by nie powstał. Żadna z redakcji prasowych nie byłaby w stanie zapewnić nam (co ważne - w ciemno) dziewięciu miesięcy pracy nad tym tematem, bo mniej więcej tyle czasu to wtedy zajęło.
Myśmy kiedyś, z moim współpracownikiem z czasów <Gazety Wyborczej>, liczyli, jaką mamy skuteczność – ile z tematów, którymi po wstępnej dokumentacji zdecydowaliśmy się zająć, jesteśmy w stanie potem, w sposób bezpieczny prawnie, opublikować. Wychodziło nam 30%. To jest słabo, biorąc pod uwagę, że za te pozostało 70% redakcja też w jakimś sensie nam płaci. Krótko mówiąc, ja się nie dziwię redakcji, że jej na to nie stać, a z drugiej strony - zdaję sobie sprawę, że to jest tak naprawdę prosta droga do końca tego zawodu. Ja się trochę czuję tak, jak zdun kilkadziesiąt lat temu. Jestem jednym z epigonów bawiących się w ten, niewdzięczny skądinąd, chwilami paskudny, ale jakże potrzebny zawód. Problem polega na tym, że pociechą dla zduna mogło być to, że na jego miejsce wchodzą piecyki gazowe i elektryczne i będzie czym ogrzać. Natomiast jeżeli chodzi o dziennikarstwo śledcze to nie widzę następców, mogących posiadać narzędzia, którymi można by było skutecznie, w ramach demokracji, kontrolować poczynania trzech pozostałych władz […]”
Andrzej Stankiewicz: „Wbrew pozorom, my nie reprezentujemy własnego interesu. Tu naprawdę chodzi o to, że szary obywatel, bez względu na to jakie władza daje mu pozory instrumentów, nie jest w stanie ustalić niektórych rzeczy. Proszę spróbować w praktyce zrealizować ustawę o dostępie do informacji – guzik państwo dostaną. Dlatego my, korzystając z naszych źródeł, naszych informacji, czasami działając na granicy prawa, czasami działając na granicy etyki, naprawdę staramy się robić tak, żeby reprezentować interesy obywateli, a nie nasz własny. Czy ja mam w tej chwili tematy śledcze? Ależ oczywiście, że mam. Ale tu nie trzeba być geniuszem – Szanowni Państwo, kilka tygodni temu został zatrzymany wiceprezes Orlenu za korupcję. Gdzie widzą Państwo teksty w gazetach na ten temat? Czy jakikolwiek dziennikarz poszedł tropem, komu ten facet dawał w łapę i za co? To jest największa spółka skarbu państwa w tym kraju. Niedawno zatrzymano gości za korupcję w koncesjach za gaz łupkowy. Widzieli państwo jakikolwiek tekst, żeby jakiś dziennikarz zainteresował się, kto komu dawał kasę? Gaz łupkowy to ma być podobno polska przyszłość. Informatyzacja MSWiA – gość, który przez lata brał ogromne łapówki w tej sprawie, zostaje świadkiem koronnym i sypie swoich kolegów. Policjant, który wziął kilka dużych baniek łapówki. Są tematy i one leżą na ulicy, ale nie ma właściwie poważnych tekstów, są tylko próby pisania tekstów.
Po pierwsze Internet – Internet nas okrada. Jeżeli cokolwiek napiszemy w gazecie rano, to do 8:00 rano mniej więcej jesteśmy właścicielami tej informacji. Kiedy o 8:00 rano politycy zaczynają się schodzić po rozgłośniach radiowych, zaczynają komentować to, co napisaliśmy, to już w kolejnych serwisach o 9:00, we wszystkich serwisach internetowych nasz materiał traktowany jest jako objawienie. Przestaje się opłacać redakcji inwestować w dziennikarstwo newsowe i śledcze, dlatego że jest bardzo szybko okradana z tych informacji. Informacja pierwotna jest zabierana, obudowywana tzw. backgroundem, czyli komentarzami polityków i my przestajemy bardzo szybko być właścicielami tych informacji, więc nasza redakcja nie zarabia na tym promocyjnie - bo nie chce zarabiać finansowo. Portale okradają nas w tym sensie, że nie honorują prawa do cytatu, one po prostu zabierają nasze teksty i przedrukowują je de facto w całości. A powinno być tak, że omawiają w dwóch zdaniach o czym my piszemy i przekierowują na nasze strony internetowe. Proszę mi wierzyć – to jest bardzo poważny problem. Duży portal internetowy, który zarabia ogromne pieniądze na tym, że nie ma redakcji newsowej, tylko ma specjalistów do spraw contentu, którzy zabierają ze stron poszczególnych redakcji treści, złożył mi ostatnio propozycję współpracy. Przedstawili mi umowę, z której wynika, że ja odpowiadam absolutnie za wszystko, co napiszę, także za obsługę prawną, jeżeli ktoś prześle sprostowanie, oczywiście za wszystkie kary, za wszystkie ugody sądowe itd. Ten, kto ma podpisaną taką umowę w portalu internetowym, nie napisze nigdy żadnego tekstu śledczego […]
Druga rzecz – procesy przed sądami. One są rzeczywiście dość dotkliwe, ale ja jestem w stanie zrozumieć, że czasem te procesy przegrywamy. Natomiast ja nie zgadzam się na pewne zagrania nie fair mojego państwa wobec mnie. Zdecydowałem się na odejście z dziennikarstwa śledczego, kiedy okazało się, że w sądzie apelacyjnym w Warszawie sądził mnie sędzia Jan Szachułowicz, który był szwagrem faceta, z którym miałem pięć procesów po moich tekstach ze Szwajcarii. Czy miałem szanse wygrać te sprawę przed sądem apelacyjnym? Jeżeli moje państwo nie daje mi możliwości uczciwego procesu, to ja nie będę pisał tekstów śledczych dla tego państwa.”
prof. Jacek Sobczak: „Chcę powiedzieć, że od jakiegoś czasu spoglądam na dziennikarstwo śledcze, podobnie jak na dziennikarstwo w ogóle, z pewną rezerwą. Moim zdaniem mamy tu do czynienia z taką zabawą ze stałymi elementami gry - te wszystkie argumenty słyszałem już 15 lat temu. Ja, podobnie jak panowie, jestem fachowcem, tylko może trochę z innej dziedziny. Otóż my pracujemy dla społeczeństwa. Ludzie nie postrzegają dziennikarza śledczego jako osoby niezależnej, nie związanej z żadnym układem politycznym, żadnym układem gospodarczym, żadna organizacją. To powoduje daleko idące skutki w zakresie świadomości społecznej i, w ostatecznym rozrachunku, godzi to w samą koncepcję wolności prasy. Świadectwem tego rodzaju niebezpiecznych tendencji jest pomawianie części dziennikarzy śledczych, że są tubą służb specjalnych, że posługują się informacjami z tzw. <przecieków>. Panowie nazywacie to <wrzutkami> - to są przede wszystkim przecieki. Ja ogromnie szanuję bardzo ważny reportaż, który dotyczył <skór>, chylę czoła przed pracą Pana Redaktora i jego kolegów. Ale poza tego rodzaju prawdziwym dziennikarzem, mieliśmy do czynienia z tekstami śledczymi, które ukazywały się trzy razy w tygodniu. Wiecie Państwo dobrze, że to jest niemożliwe, żeby w tym tempie pracować. Tego rodzaju teksty mogą powstać tylko na skutek zamówienia – i wtedy mamy do czynienia z dziennikarstwem kelnerskim – albo na skutek przecieków – i wtedy mamy do czynienia z dziennikarstwem przeciekowym. Myślę, że właśnie pójście na taką łatwiznę spowodowało spadek zaufania dla dziennikarzy śledczych.
Co do kwestii prawnych - czy my mamy złe, dzikie prawo, które jest ewenementem w Europie? Otóż tak nie jest. Przepisy dotyczące zniesławienia, które zostały, jak wszyscy tu wiemy, ostatnio zmienione, są w kodeksach karnych we wszystkich możliwych państwach. Podobnie jest z przepisami kodeksu cywilnego – artykuł 23 i 24 czy też odpowiedniki tych przepisów, dotyczących ochrony dóbr osobistych, istnieją we wszystkich kodyfikacjach w całej Europie i one być muszą. W gruncie rzeczy nikt nie powiedział, że dziennikarstwo to jest taki zawód, który nie powoduje żadnych stresów – to jest zawód, moim zdaniem, niezwykle niebezpieczny. Nie mamy do czynienia z aniołami ani po jednej, ani po drugiej stronie. Są i dziennikarze, którzy są bardzo dobrzy, dbają o nienaruszanie dóbr osobistych, i są ludzie, którzy są pokrzywdzeni działaniami innych dziennikarzy, i są też tacy, którzy nie mają racji, a będą występować przeciw dziennikarzom. Oczywiście, nikt nie neguje prawa dziennikarzy do wolności wypowiedzi, wolności ekspresji, wolności poszukiwania, otrzymywania, głoszenia, publikowania informacji. Ale także zwraca się uwagę, we wszystkich aktach normatywnych, że niedopuszczalne jest naruszanie przez prasę prawa do prywatności. Osoby pełniące funkcje publiczne także mają prawo do prywatności.
Jeśli chodzi o prawa dziennikarzy. Zakres tajemnicy dziennikarskiej w Polsce jest najwyższy z istniejących na świecie, ale narzekacie na podsłuchy […]. To, o czym wy rozmawiacie rzeczywiście powinno być tajne dla służb, a tajne dlatego, że informator ma prawo wiedzieć, że dopóki go dziennikarz nie zdradzi, to wszystko jest w porządku. Tyle tylko, że ja znam liczne procesy, gdzie dziennikarz przychodzi do sądu i wydaje informatora. Mogę wskazać sygnatury, mogę wskazać osoby, które tak postępują. Nie wiem dlaczego, nie wiem, czym się kierują. Dziennikarz, wskazując informatora, niszczy go w jego środowisku. Skąd to się bierze? Ze strachu? Jeżeli tak, to ja to rozumiem, aczkolwiek nie mogę się zgodzić z tego rodzaju podejściem. Dziennikarz, szczególnie ten, który jest dziennikarzem śledczym, nie powinien się bać. W pewnym momencie, jeżeli zaczynamy się bać, to pewnych zawodów nie powinno się wykonywać.”
prof. Maciej Mrozowski: „Moim zadaniem, jako naukowca, jest analiza tego, co jest teraz i ewentualnie pewnych tendencji rozwojowych. W świetle tych tendencji mogę powiedzieć, że są sygnały, że dziennikarstwo obywatelskie może przekształcić się w jakiś odłam dziennikarstwa śledczego. WikiLeaks jest pierwszym takim globalnym przykładem. Być może pójdą za tym przykłady narodowe, jeśli nie zostaną uruchomione jaPkieś mechanizmy kontroli Internetu, które będą to z kolei utrudniały. Zabierając głos jako ostatni muszę zastanowić się, co jeszcze należałoby powiedzieć, czego Panowie nie poruszyliście? Pierwsza przyczyna, która tutaj krąży cały czas – ograniczenie prawa. Ja jestem obywatelem, konsumentem informacji, ja bym chciał mieć gwarancję jakości tej informacji, a różne formy odpowiedzialności prawnej pomagają mi w przekonaniu, że ktoś czuwa nad tym, żeby jednak nie było nadużycia tej wolności. Mówiliście Państwo jeszcze o połączeniu elit medialnych z elitami politycznymi i społecznymi. Elity te w ostatnim czasie ułożyły się co do pewnych reguł gry i za dużo mają do stracenia, po każdej ze stron. To jest bardzo istotne zagrożenie. Dalej – kryzys finansowania mediów, to jest oczywiste. To jest dziennikarstwo kosztowne. Dla mnie kluczowy tu jest upadek prasy – jako siły, jako IV władzy.
Moja teza, w gruncie rzeczy, jest taka, że los dziennikarstwa śledczego był związany z prasą, a upadek prasy przypieczętuje upadek dziennikarstwa śledczego w takiej postaci, do jakiej jesteśmy obecnie przyzwyczajeni. Te wszystkie przykłady udanych akcji, które tu się pojawiły na planszy, to w gruncie rzeczy triumf prasy. Trudno mi sobie wyobrazić Watergate w wykonaniu dziennikarzy telewizyjnych. Nie za bardzo wiem, jak oni nagrywaliby <Głębokie Gardło>, jak oni by wchodzili do tych domów. To jest dobre, kiedy patrzymy sobie w oczy i rodzi się pewien typ lojalności. W przypadku, kiedy ktoś to rejestruje i potem coś z tym zrobi, każdy informator się strasznie usztywnia. Natura medium telewizyjnego moim zdaniem zabija. A drugim gwoździem do trumny jest to, co sobie możecie Państwo przeczytać w wytworze środowiska dziennikarzy, szumnie nazwanym <Biblią Dziennikarstwa>. Pierwsza sekcja dotyczy dziennikarstwa ogólnego, druga – śledczego. Tu są dwa teksty – pierwszy dotyczy prasy, a drugi telewizji. Ten dotyczący prasy przywołuje w zasadzie słuszne bardzo zasady, takie, które uświęcają tę praktykę. Natomiast w drugim tekście mamy, oprócz powtarzania wieli słusznych idei o konieczności rzetelnego zbierania informacja, również szereg dodatkowych uwag . Ja pozwolę sobie tylko kilka nich zacytować. […] Materiał śledczy w telewizji musi być atrakcyjnie zrealizowany, dlatego też niektóre sytuacje, przy których oficjalnie nie może być obecna kamera rejestruje się ukrytą kamerą, a jeżeli nie, to się je potem odgrywa, inscenizuje w pewien sposób. Autorka nie mówi, że należy zrezygnować z tych technik tradycyjnego dziennikarstwa śledczego, które gwarantują rzetelność informacji, logikę wywodu i poprawne wnioskowanie, tak, że podane informacje są udowodnione ponad wszelką wątpliwości. Mówi tylko, że to jest mniej ważne, że na to wszystko trzeba nałożyć całą warstwę, która robi z tego infotainment, która robi z tego atrakcyjny przekaz, żeby widzowie się nie nudzili. Efekt finalny trochę mniej się liczy, bo to są emocje, więc ja w zasadzie się przeciw czemuś takiemu buntuję. W życiu mi się nie zdarzyło skrytykować dziennikarzy prasowych, choć niektóre teksty też były dla mnie naciągane – ale był pewien wywód intelektualny, były przesłanki. Natomiast to, co się dzieje w telewizji, w moim przekonaniu, zabije dziennikarstwo […].
Pytanie, czy dziennikarstwo internetowe pójdzie tropem prasowej rzetelności, czy też telewizyjnego przedstawienia. A punktem wyjścia jest odbiorca - czy on się już tym znudził, czy on będzie chciał interesować się polityką na tyle, że będzie potrzebował tej inwigilacji odpowiedzialnej, a może on się zadowoli skandalami jawnymi? Może on w ogóle nie wierzy w poważną politykę? Gdzieś musi nastąpić jakaś szansa na odrodzenie, ale ja nie wiem jak i kiedy.”
Spisał: Aleksander Halicki
