Recenzja Marka Palczewskiego

 

Nowy numer „Studiów Medioznawczych” (2/49/2012) – pisma Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego ukazał się w księgarniach i salonach Empik.

 


W pierwszej części przynosi rozważania o nowej dyscyplinie naukowej – naukach o mediach. Rozważania te (artykuły prof. Marka Jabłonowskiego, dr Tomasza Gackowskiego i prof. Macieja Mrozowskiego) stanowią wprowadzenie i przyczynek do dyskusji, która w dniach 21-22 czerwca odbyła się na wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Była ona poświęcona właśnie tożsamości nauk o mediach (nasza relacja na http://www.sdp.pl/o-przyszlosci-nauk-o-mediach).

„Badacze i teoretycy mediów są zgodni – piszą M. Jabłonowski i T. Gackowski – iż mediatyzacja rzeczywistości, a więc uwzględnienie w działaniach ludzi, grup społecznych, partii politycznych, instytucji ekonomicznych, kulturalnych czy też religijnych logiki mediów, sprawia, iż media masowe odgrywają dzisiaj przemożną rolę.” Dzięki mediom i przez media mamy do czynienia z wieloma zjawiskami, które wpływają na nasze życie. Chodzi tu m.in. o takie zjawiska, jak: tabloidyzacja, globalizacja, marketyzacja, konwergencja i koncentracja mediów, mediokracja, cyfryzacja czy  infotainment. Autorzy opisują nauki o mediach, przedmiot ich badań, obszar naukowy, który jest rozpięty w przestrzeni trzech nauk: społecznych, humanistycznych i technicznych. Nowa dyscyplina naukowa (nauki o mediach) na listę nauk oficjalnych, bo uznanych przez MEN, została wpisana całkiem niedawno, bo dopiero w sierpniu ubiegłego roku, mimo, iż na świecie uprawiana jest od blisko 100 lat. W artykule wprowadzającym do najnowszego numeru SM, Jabłonowski i Gackowski systematyzują zadania i metodologię nauk o mediach, ukazując ich charakter i kreatywność.

Głos w tej dyskusji zabrał również Maciej Mrozowski, zauważając, że „Decyzje administracyjne nie mogą ani stworzyć, ani zlikwidować żadnej dyscypliny naukowej, bo o tym decydują czynniki inne niż wola urzędnicza”. Ale – dodał – te czynniki mogą utrudniać lub ułatwiać rozwój każdej dyscypliny badawczej, bo mają wpływ na finansowanie nauki. Ponadto zwrócił on uwagę, że decyzją administracyjną pole badań medioznawczych zostało przeorane na pół, bo nauki o mediach ulokowano w obszarze nauk społecznych, oddzielając je od humanistycznych (sic!).

Powyższe zagadnienia są niewątpliwie interesujące dla badaczy mediów, studentów i przyszłych medioznawców.  Dziennikarzom jednak, spragnionym wiedzy bardziej praktycznej, poleciłbym  artykuły Jolanty Dzierżyńskiej-Mielczarek Rynek prasowy w Polsce w latach 1990-2010 oraz Jacka Wojtasia, zatytułowany Wykorzystywanie treści prasowych przez portale internetowe i firmy monitorujące media – wybrane aspekty prawne.

Do analizy rynku prasowego w Polsce dr Dzierżyńską-Mielczarek skłoniło przekonanie o postępującym kryzysie prasy drukowanej. Skutki tego kryzysu są widoczne: spadek sprzedaży, pogorszenie rentowności wydawnictw prasowych, homogenizacja treści, obniżenie prestiżu dziennikarza. Zdaniem autorki, wciąż brakuje jednoznacznej diagnozy przyczyn tego kryzysu oraz oceny obecnej kondycji rynku prasy i perspektyw jego rozwoju. Gdybym sam miał na te pytanie odpowiedzieć bez szerszych badań naukowych, to powiedziałbym: głównym winowajcą jest Internet i zmiana nawyków czytelniczych młodego pokolenia, kondycja rynku jest taka, że upadają dzienniki, a rozwija się prasa kolorowa, nieźle trzymają się tygodniki, a także perspektywy rozwoju ma e-prasa. Wiem, że takie ogólnikowe opinie, niepogłębione badaniami i refleksją teoretyczną mogą wydać się banalne, proponuje więc dalszą lekturę omawianego artykułu.

Autorka analizuje dane z ostatnich 20 lat, opisuje wielkość i strukturę tego rynku oraz zmiany, które na nim zaszły. Z danych porównawczych z roku 2010 i 1990 wynika, że w rejestrach Biblioteki Narodowej było w 2010 roku 7655 tytułów, a 20 lat wcześniej 3180, w tym gazet odpowiednio 46 i 83, tygodników 394 i 277, miesięczników 1944 i 652 a kwartalników 1891 i 468. Również gdy uwzględnimy dane z lat 1995, 2000 i 2005, to zauważymy linię wznoszącą się jeśli chodzi o przyrost miesięczników i kwartalników, a opadającą w przypadku gazet. Nieco inaczej sprawa wygląda z tygodnikami, bo w latach 1995-2000-2005 tytułów było odpowiednio 360-382-359. Według autorki oznacza to: spadek liczby gazet prawie o połowę oraz spadek udziału tygodników, dwutygodników i miesięczników w ogólnej liczbie tytułów. Następują też zmiany „sposobu czytelnictwa prasy”, co oznacza, że istnieją powody, dla których czytelnicy ograniczają intensywność kontaktu z tytułem: konkurencja wśród mediów, słabość systemu prenumeraty, zmiana stylu czytania prasy, itd. Wydawcy obserwując te tendencje, zmniejszają liczbę wydań edytowanych tytułów, podnoszą cenę egzemplarza, zwiększają objętość gazet, przeznaczając więcej miejsca na reklamę.

Innym, obserwowanym zjawiskiem jest koncentracja rynku prasy w rękach niewielu wydawców; profesjonalne oficyny wydają 30 proc. tytułów, które stanowią 90 proc. całkowitego nakładu gazet i czasopism. Czterej najwięksi wydawcy (Bauer, Agora, ASP, Polskapresse) mają 45 proc. udziału w nakładzie globalnym, a w odniesieniu do dzienników udział czterech największych graczy medialnych (Agora, ASP, Polskapresse, Murator) sięga prawie 70 proc. globalnego nakładu dzienników. Spada systematycznie (lata 2004-2010) rozpowszechnianie i czytelnictwo gazet. Dotyczy to zarówno tabloidów, jak i gazet jakościowych (np. „SE”, „Faktu”, „GW”). Nie obejmuje jednak niektórych tytułów prasy kolorowej (np. pisma „Twój Styl”). Według badań CBOS z lipca 2011 r. ponad połowa internautów czytała internetowe wersje czasopism lub gazet, ale inne badania (PBC z lutego 2011) wskazywały na wysoki odsetek współczytelnictwa prasy drukowanej i w Internecie. 

W podsumowaniu autorka stwierdza, że rynek prasowy wciąż się rozwija, choć z mniejszą dynamiką. Zmniejsza się tzw. periodyczność gazet (rzadziej się ukazują), spada liczba dzienników, nakładów jednorazowych i rozpowszechniania. Aktywność wydawców prasowych w Internecie nie rekompensuje mniejszych wpływów z mediów drukowanych. Zmieniają się modele biznesowe i wydawcy coraz częściej poszukują dochodów w pozaprasowych sferach działalności.

Doceniając wysiłek włożony przez autorkę w zebranie obiektywnych danych na temat rozwoju prasy w Polsce, warto by uczulić badaczy na dokumenty i materiały publikowane na łamach pism branżowych, takich choćby jak PRESS czy FORUM DZIENNIKARZY oraz na materiały pokonferencyjne (np. dwa panele i konferencje zorganizowane w tym roku przez SDP w Warszawie i Krakowie - http://www.sdp.pl/media-regionalne-raport-cmwp-sdp) dotyczące sytuacji mediów lokalnych i regionalnych w Polsce. Ponadto niewątpliwym wzbogaceniem dość oczywistych wniosków płynących z analizy danych statystycznych i tabel czytelnictwa byłyby opinie wydawców czy dziennikarzy, którzy  w interesujący sposób  – acz z natury rzeczy subiektywnie -  opisują rynek mediów w Polsce. Wydaje się, że często właśnie ich subiektywne i indywidualne opinie i odczucia więcej mówią o kondycji mediów w Polsce niż oparte na liczbach wnioski o charakterze ogólnym.

W pewnym sensie kontynuacją problematyki podjętej przez dr Dzierżyńską-Mielczarek jest artykuł prawnika, koordynatora ds. europejskich w Izbie Wydawców Prasy, dr Jacka Wojtasia, o wykorzystywaniu treści prasowych przez portale internetowe i firmy monitorujące media.

Autor zwraca uwagę, że tradycyjna praca drukowana jest w coraz większym stopniu wypierana przez szybsze i nowocześniejsze technologie. Wymaga to – zdaniem autora – szczególnej ochrony posiadaczy praw przeciwko nielegalnemu korzystaniu z praw autorskich należnych wydawcy. „Największe portale i serwisy publikują treści wytworzone przez profesjonalną prasę, powołując się na dozwolony użytek utworów chronionych, odbierając w ten sposób oglądalność serwisom internetowym prowadzonym przez wydawców prasy i pozbawiając ich przychodów z reklam zamieszczonych na stronach wydawców”. Taka opinia autora jest uprawniona, o ile jest potwierdzona szczegółowymi badaniami rynku internetowego w Polsce, obejmującego też przepływ internautów od strony danego portalu do innego za pomocą linków. Nie słyszałem, żeby ktokolwiek w Polsce przeprowadził kompleksowe badania na ten temat, więc i sąd wyżej wydany, uznaję za dość pochopny i niezweryfikowany. Moje, zupełnie nienaukowe, obserwacje pozwalają na wydanie sądu przeciwnego: zamieszczenie agregowanej informacji powoduje ruch na stronie, z której owa informacja pochodzi. Jeżeli zatem zacytuję np. portal wPolityce.pl, czy press.pl, to nasz czytelnik (portalu sdp.pl) przeczyta więcej na podlinkowanych stronach, i tak samo się dzieje, gdy nasz tekst pojawi się na portalu wPolityce.pl, salon24.pl, press.pl, itp. Liczba cytowań powiększa liczbę czytelników. Zatem moja „empiria” praktyka przeczy wyżej przytoczonej „empirii” prawnika i teoretyka. Być może jednak autor wyciągnął swoje wnioski z działalności dwóch największych polskich portali,  wirtualnej polski czy onet.pl. – jeśli tak, to powinno być wyraźnie zaznaczone.

Prawo w kwestiach autorstwa i użytku z praw autorskich nie jest proste, a jego zawiłości usiłuje wyjaśnić czytelnikom Jacek Wojtaś, omawiając wykorzystywanie treści prasowych w Internecie. Zasadniczą rolę w odniesieniu do treści prasowych odgrywają art. 25 (prawo rozpowszechniania utworów w celach informacyjnych), art. 29 (prawo cytatu) oraz art. 30 (działalność ośrodków informacji i dokumentacji).

„Granice dozwolonego użytku  ustanowione w art. 25 p.a.p.p. są niezwykle trudne do określenia” – stwierdza autor omawianego artykułu. Wynika to, między innymi, z tego, że prawodawca nie zdefiniował dokładnie gatunków dziennikarskich, ani pojęć, którymi się posługuje (takich np. jak „wypowiedź” , czy „cytat”). Na marginesie zauważę, że dziś takie jednoznaczne definicje nie są możliwe, chyba, że pracodawca ustali je arbitralnie (i wobec tego bezrefleksyjnie)… Jednak zakwalifikowanie tekstu do takiego czy innego gatunku jest bardzo ważne, gdyż „zgodnie bowiem z treścią art. 25 wydawca (autor) może zakazać dalszego rozpowszechniania artykułu, a jeżeli tego zakaże – ma prawo do wynagrodzenia za ewentualne rozpowszechnianie (przedruk).” Dotyczy to „artykułów” , ale nie „sprawozdań”. W tym drugim przypadku wydawca (autor) „nie może zastrzec jego dalszego rozpowszechniania, nie jest też uprawniony do otrzymania jakiejkolwiek rekompensaty za korzystanie z jego własności przez inny podmiot”. Autor podkreśla, że najwięcej problemów nastręczają wydawcom takie określenia, jak „wyciąg” i „streszczenie”: „Te formy są bowiem najczęściej publikowane na stronach portali, zwiększając im liczbę odbiorców i zabierając wpływy reklamowe wydawcom”. I znowuż teza ta wywołuje moją niezgodę, bo zapytam: na jakich badaniach czy wcześniejszych pracach oparł swój sąd autor artykułu? Bo jeśli tylko na intuicji własnej, to trochę za mało…

Podobne kontrowersje wzbudza tzw. „prawo cytatu”. Zarówno przepisy krajowe, jak i międzynarodowe są mało precyzyjne i nie określają rozmiaru cytatu, który jest zgodny z prawem i mieści się w granicach dozwolonego użytku. Autor pisze: „Wykorzystanie cudzego utworu w różnego rodzaju działaniach (w tym czysto biznesowych) dla pierwotnego twórcy czy posiadacza praw autorskich lub pokrewnych oznacza brak stosownego wynagrodzenia z tytułu wykorzystywania danego utworu”. W stosunku do dziennikarzy może to się przełożyć na zmniejszenie liczby etatów  w redakcjach, redukujących koszty zatrudnienia – stwierdza Jacek Wojtaś. Skłania go to do wniosku, że trzeba uszczelnić system ochrony praw autorskich i ich egzekucji. Obecne przepisy są nieprecyzyjne i często nadużywane przez wiele podmiotów do realizacji swoich biznesowych celów.

Artykuł zwraca uwagę na konieczność uporządkowanie prawa w tym zakresie, i aczkolwiek w co najmniej kilku punktach trudno mi się pogodzić z tezami i wnioskami autora, to przecież jest to ważny głos w publicznej debacie na temat praw w Internecie, prawa prasowego, piractwa i dozwolonego użytku utworów już opublikowanych, nawiązujący też pośrednio do głośnej dyskusji na temat ACTA.

                                                                                          *****                               
   
Mam nadzieję, że moja analiza wybranych fragmentów „Studiów Medioznawczych”, będąca omówieniem z elementami recenzji, zmieściła się w prawnych granicach dozwolonego użytku. To formalny punkt widzenia, faktyczny jest taki, że nasz portal – jak dotąd – nie ma celu biznesowego. Nie wprowadzamy reklam i nie sprzedajemy naszych czytelników reklamodawcom, zatem nie odnosimy korzyści biznesowych z cytowanych treści. A że takiej korzyści możemy pozbawić inne biznesowe portale, korzystające w sposób niedozwolony z prawa cytatu, to już jest sąd oparty wyłącznie na domniemaniu. Zatem polecamy się naszym czytelnikom teraz i w przyszłości.
 


Marek Palczewski
28 czerwca 2012

Autor jest adiunktem w Katedrze dziennikarstwa i komunikacji społecznej w
Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie
 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl