NEWSLETTER SDP
Rozmowa dnia - 18 lipca 2012
Z Krzysztofem Leskim o formatowaniu i tabloidyzacji mediów, oraz o tym, że dzisiaj niestety każdy może… rozmawia Kajus Augustyniak.
Krzysztof Leski, studiował na PW oraz na Wydziale Historycznym UW. Pracę dziennikarską rozpoczął w latach 1980-1981 jako publicysta prasy wydawanej przez NZS i redaktor naczelny Biuletynu Informacyjnego NZS na PW. W 1981 reporter Agencji Solidarność, po wprowadzeniu stanu wojennego internowany. Po zwolnieniu dołączył do redakcji Tygodnika Mazowsze. W latach 1989-91 reporter i korespondent Gazety Wyborczej. W latach 1990-2001 współpracował z TVP, w której prowadził m.in. Tylko w jedynce, Spięcie, Klub Dwójki i Wiadomości. W latach 1991-98 komentator polityczny w PRIII. Od 1991 pracował też jako korespondent The Daily Telegraph i BBC World Service. Od 1989 do 1996 wydawał Prawiedziennik Polskiego Echa, publikację przeznaczoną dla emigrantów. W latach 2006-2007 ponownie związany z telewizją, a w latach 2008-2009 z PRI. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Co dzisiaj słychać u Krzysztofa Leskiego?
Jestem głęboko schowany przed światem. Bardzo głęboko.
Ale blogujesz, a na Twoim blogu pojawia się sporo krytycznych uwag pod adresem dzisiejszego dziennikarstwa.
To trochę także pokłosie tego, co się wydarzyło w moim życiu. Rzeczywiście jestem bardzo krytycznie nastawiony do tego, co się dzieje w mediach, z mediami i wokół mediów, aczkolwiek to oczywiście nie znaczy, że winię za to wyłącznie dziennikarzy. Zresztą kiedyś o tym też skrobnąłem. To jest zjawisko zamkniętego koła. Im bardziej media się tabloidyzują, tym bardziej odbiorcy oczekują dalszej tabloidyzacji. Nie akceptuję tego, ale rozumiem. W dobie zalewu wiadomości, informacyjna rola mediów zaczyna przechodzić do historii, bo jest po prostu niewykonalna. Pytanie brzmi, co wybrać?
Dlaczego "niewykonalna"?
Informacji jest zdecydowanie za dużo. Oczywiście media powinny dokonywać selekcji. Selekcji, uogólnień, syntez. Ale to jest po pierwsze bardzo trudne, a po drugie - a dla mnie przede wszystkim - nie jest tym, czego oczekiwałaby zdecydowana większość odbiorców. Odbiorcy oczekują, że przekaże im się syntezę emocjonalną, a nie syntezę treści. I wobec tego mamy to, co mamy. Dla mnie w tych mediach najwyraźniej kompletnie nie ma miejsca.
Co rozumiesz przez "syntezę emocjonalną"? Czy to znaczy, że siedzi sobie pan Kowalski i oczekuje na dawkę emocji, która będzie go zadowalać, głaskać po głowie?
Niekoniecznie zadowalać, ludzie są różni. Czasem lubimy się denerwować. Chodzi o taki rodzaj zdenerwowania, który przynosi coś w rodzaju satysfakcji, może Schadenfreude. Ach, jacy inni są głupi, jacy inni są źli… Różnie zatem z tym bywa. Przede wszystkim człowiek chce usłyszeć potwierdzenie tego, co sam myśli o świecie.
Więcej:
http://www.sdp.pl/rozmowa-dnia-krzysztof-leski
Rozmowa dnia - 17 lipca 2012
Z Józefą Hennelową o zmianach w mediach i podziałach w Kościele katolickim rozmawia Andrzej Kaczmarczyk.
Józefa Hennelowa - ur. w 1925 w Wilnie. Absolwentka Wydziału Humanistycznego UJ. Dziennikarka, publicystka, felietonistka. Poseł na ostatni Sejm PRL i pierwszy RP. Od roku 1948 związana z "Tygodnikiem Powszechnym" ( m.in. sekretarz redakcji i zastępca naczelnego). Jej książka "Otwarty, bo powszechny. O kościele, który może boleć" została uznana w czerwcu za Krakowską Książkę Miesiąca. W zeszłym tygodniu w ostatnim felietonie pożegnała się z czytelnikami swojej rubryki w "Tygodniku Powszechnym".
Pożegnała się Pani z czytelnikami swojej felietonowej rubryki w "Tygodniku Powszechnym". Naczelny Piotr Mucharski ma ciągle nadzieję, że jednak czasami Pani jeszcze do "Tygodnika" coś napisze. Napisze Pani czy nie?
To zależy od tematu i sytuacji. W tej chwili "Tygodnik" jest redagowany według zupełnie innego klucza niż kiedyś. Nie ma już długich dyskusji toczących się tygodniami z udziałem wielu autorów. To zresztą nie tylko cecha "Tygodnika". Tematy we wszystkich tygodnikach wybiera się teraz góra na jeden numer. Wszystko redagowane jest w pośpiechu. Ja żyję już poza takim rytmem, a w redakcji bywam rzadko, choć staram się śledzić jej prace. Nie wykluczam jednak, że napiszę coś jeszcze i do "Tygodnika"…
… i do "Tygodnika" to znaczy, że jednak jakieś plany związane z pisaniem Pani ma. Jakie?
Obecnie bardziej mi odpowiada próba podjęcia jakiejś długodystansowej refleksji nad bardziej egzystencjalnymi tematami. Na przykład jak człowiek zamyka swoje życie jeżeli ma okazję zrobić to świadomie. Czym jest zjawisko odchodzenia, z powodu wieku, na margines głównego nurtu życia społeczeństwa? To zdaje mi się dziś ważne, bo przecież ludzi starszych jest i będzie coraz więcej. Jednak prasa codzienna czy tygodniki nie są chyba dzisiaj najlepszym miejsce do snucia takiej refleksji. Na szczęście jest w Polsce jeszcze kilka periodyków, które takim tematem mogą być zainteresowane. Zobaczymy jak to będzie.
Wyczuwam, że można spodziewać się jakiejś książki.
W tej chwili jeszcze nie, (śmiech) ale gdybym żyła dostatecznie długo, to może i o tym pomyślę. Im człowiek jest starszy, tym bardziej kuszą go wspomnienia. Gdy spędza się bezsennie część nocy, to wraca się do nieistniejącego już świata, który jawi się jako ciekawy, czy też nawet przejmujący, i jako taki wart utrwalenia. W nocy człowiek prawie postanawia, że warto to zrobić, ale nadchodzi dzień i świadomość, że pewnie wiele osób nachodzą takie myśli i grozi nam zalanie świata problemami przeszłości, a przecież ma on swoje problemy związane z przyszłością, z którymi musi się uporać.
Więcej:
http://www.sdp.pl/rozmowa-dnia-jozefa-hennelowa
Rozmowa dnia - 16 lipca 2012
Z Kamilą Baranowską o kryzysie mediów i telewizji w Polsce rozmawia Marek Palczewski.
Kamila Baranowska - dziennikarka "Rzeczpospolitej", zajmująca się polityką i opisem sytuacji polskich mediów.
W "Uważam Rze" stawia Pani tezę*, że TVN przeżywa kryzys: ma mniej pieniędzy, odchodzą z niej gwiazdy, a stacja traci prestiż. Jakie są według Pani przyczyny tego stanu?
Mamy do czynienia z kryzysem na całym rynku telewizyjnym w Polsce. Dotyczy on większości dużych stacji telewizyjnych. Skończyły się już czasy, kiedy trzy telewizje dominowały na tym rynku i miały monopol. Teraz mamy wiele kanałów tematycznych, widzowie mają do wyboru dużo szerszą ofertę programową. Ponadto coraz więcej osób czerpie informacje i rozrywkę z Internetu, a nie telewizji. Mamy więc sytuację błędnego koła, gdyż obecny kryzys na rynku reklamowym odbija się na przychodach wielkich telewizji i zmusza je do oszczędzania, z kolei oszczędności odbijają się na ofercie programowej. W efekcie stacje nie mają czym zaskakiwać widza. W TVN widać to dobitnie - to, co jeszcze kilka lat temu sprawdzało się znakomicie, dziś już nie działa. Do tych kwestii dochodzą jeszcze niedawne zawirowania właścicielskie.
Czyli wielość i różnorodność oferty byłaby ważnym czynnikiem. Czy mam rozumieć, że widzowie znudzili się już daną stacją, na przykład TVN, i gdzie indziej szukają nowych treści?
Od kilku lat trzy główne stacje telewizyjne nie proponują np. nowych programów rozrywkowych, wychodząc z założenia, że widz lubi to, co już zna. Dlatego mamy kolejne edycje tych samych programów czy seriali: czwarta, piąta, dziesiątą i wszystkie one z reguły są podobne do siebie – raz show muzyczne, raz taneczne. Z tym, że z każą edycją, te programy stają się coraz mniej atrakcyjne i coraz bardziej przewidywalne. Wobec czego widz zaczyna się nudzić.
A może nudzi się właśnie rozrywką jako taką, tabloidyzacją, tanią sensacją, na którą postawił m.in. TVN?
Może. Choć nie jestem do końca przekonana czy widz rzeczywiście chce wyższej kultury czy po prostu inaczej opakowanej rozrywki. Stawiałabym raczej na to drugie. Pewne jest, że telewizje muszą dziś znaleźć inną drogę, inną formułę, żeby widza zaskoczyć i zatrzymać. Bo nawet jeśli zmieni się model oglądania telewizji, to zawsze będzie potrzebny ktoś, kto będzie dostarczał treści, produkował programy etc. I widać, że stacje idą w dobrym kierunku, stają się bardziej wszechstronne, rozbudowują ofertę w Internecie. Pytanie tylko czy oszczędności, które muszą robić, pozwolą im na rozwijanie się i inwestowanie w nowe programy, które wiążą się zawsze z pewnym ryzykiem.
TVN24 przerwał w niedzielę (15 lipca b.r. - red.) program "Loża prasowa", żeby pokazać konferencję prasową Krzysztofa Rutkowskiego, czyli dalszy ciąg serialu korzystania na śmierci małej Madzi. Czy to jest ta droga, która może podnieść słupki oglądalności?
Cała tocząca się przez wiele tygodni historia ze śmiercią małej Madzi spowodowała niemal dwukrotny wzrost oglądalności kanałów informacyjnych. To o czymś świadczy. Dlatego nie jestem pewna czy rzeczywiście widzowie są zmęczeni tabloidyzacją i sensacją, bo słupki oglądalności wskazują na coś przeciwnego. A stacje wychodzą naprzeciw tym właśnie oczekiwaniom..
Więcej:
http://www.sdp.pl/rozmowa-dnia-kamila-baranowska
Koniec dziennikarstwa raz po raz - felieton Marka Palczewskiego
Z końcem dziennikarstwa jest tak samo jak z końcem świata - był już wielokrotnie ogłaszany. Lament trwa, tylko czy czas żałować czegoś, czego nigdy w stanie idealnym nie było?
Igor Janke wspomniał o końcu dziennikarstwa, gdy TVN24 przerwał "Lożę prasową" (w której siedział na żywo na wizji), żeby transmitować konferencję prasową Krzysztofa Rutkowskiego, dziś pierwszego szeryfa RP. Igor się oburzył, ale chyba zapomniał o priorytetach stacji, a o tych napisała w najnowszym numerze "Uważam Rze" Kamila Baranowska. Tabloidyzacja jest faktem oczywistym, bo już nie tylko Fakt i Super Express są tabloidami, ale i telewizyjnym tabloidem staje się TVN, momentami nawet TVP, radiowym Eska Rock, prasowym bywa Gazeta Wyborcza i w tę stronę "skręcają" Newsweek, Przekrój i GPC. Bo w zjawisku "tabloidyzacji" nie chodzi o to, że istnieją tabloidy (klasyczne, takie jak właśnie Fakt czy SE), ale że coraz więcej pism (zwłaszcza pisma kolorowe, ale i tzw. media jakościowe) i portali internetowych (choćby Pudelek czy Onet) przyjmuje zasady rządzące tabloidami, przechwytując nie tylko ich tematy, ale również sposoby opisu, grę emocjami, pogoń za tanią sensacją, wulgarne słownictwo, itd. I można by powiedzieć, że nie ma w tym nic złego, bo przecież chodzi o przyciągniecie odbiorców, reklamodawców i kasę, ale udawanie, że tyle misji, ile abonamentu trąci hipokryzją. Oczywiście łatwiej się zasłonić prawami rynkowymi niż na trudnym rynku (każdy to wie) walczyć o czytelnika, widza, czy słuchacza ambitnym towarem i kształtować jego często już spaczony gust.
Więcej:
http://www.sdp.pl/koniec-dziennikarstwa-raz-po-raz-felieton-marek-palczewski
Studium przypadku - felieton Piotra Legutki
Jak zrobić coś z niczego? Jak z drobnego incydentu skroić międzynarodową aferę? Jak potem zaliczyć wtopę i wyjść z niej z ciosem, z oszczercy stając się zatroskanym obrońcą dobrego imienia? Oto studium takiego przypadku. Miejsce akcji: Kraków. Czas akcji: lipiec. W głównej roli "Gazeta Wyborcza".
Festiwal Kultury Żydowskiej to marka przyciągająca tysiące turystów. Zdjęcia z tego, jak wielonarodowy tłum bawi się podczas "Szalom na Szerokiej" idą w świat. Koncert transmitują telewizje. A to zaledwie wycinek tygodniowego cyklu wydarzeń artystycznych, które ożywiają krakowski Kazimierz. Zresztą, każdy, kto tu bywa, także poza festiwalem, może pooddychać niezwykłą atmosferą, skrajnie odbiegającą od stereotypowych wyobrażeń o "tradycyjnym polskim antysemityzmie". To dobrze? Okazuje się, że - z pewnego punktu widzenia - nie do końca. Obraz relacji polsko-żydowskich staje się w ten sposób zbyt sielankowy, przesłaniający brutalną prawdę. Dlatego warto tu i ówdzie poskrobać, by ją odsłonić.
Dwa dni po zakończeniu festiwalu czołówka krakowskiego dodatku "Wyborczej" poświęcona jest "incydentowi" w jednym z lokali na Kazimierzu. W nocy, po sobotnim koncercie, grupka Żydów z Polski i z Izraela - według ich relacji - została zwyzywana przez kelnerów (wyp...lać do Izraela). W tekście znajdujemy sugestywny portret managera lokalu wygrażającego gościom butelką, rzucającego gazetą i mięsem. "Sprawa jest szeroko komentowana w Internecie, grupa "Bojkot antysemickiej kawiarni Moment w Krakowie" miała wczoraj po południu setkę lajków na Facebooku" - czytamy w komentarzu zamieszczonym przy tekście. Komentarzu pełnym troski, bo przecież "wiadomości o antysemickich wybrykach rozlewają się po mediach w świecie tak szybko, jak newsy o seksualnych przygodach celebrytów". Gazeta martwi się, że incydent zepsuje markę festiwalu i dobrą opinię Krakowa. Wzywa więc do dania zdecydowanego odporu, napiętnowania i odcięcia się. Koniec aktu pierwszego.
Więcej:
http://www.sdp.pl/studium-przypadku-felieton-piotr-legutko
Misjonarze z Woronicza - felieton Stefana Truszczyńskiego
Chingombe - misja Katolicka w Zambii. Trudnodostępne, jedno z najgorętszych miejsc na południu kraju. Rok 1993. Ojciec Marcel Prawica jest tu już od kilkunastu lat. Właśnie jedzie terenowym samochodem po pochyłym skalnym zboczu do najbliższego, oddalonego o 200 kilometrów miasta Kabwe. Ostrożnie. Kilka miesięcy temu spadł tu w przepaść misjonarz z Ameryki. Do dużego zbudowanego z cegły kościoła w Chingombe przychodzą kobiety szukające pomocy medycznej z wiosek w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Posługa kapłańska i ratunek dla chorych dają im polski ksiądz i siostra zakonna Marta ze Służebniczek Starowiejskich.
Tak kojarzy się mi się słowo MISJA. Właśnie ze wspaniałym wspomnieniem Afryki. Teraz słyszę o pieniądzach, które ma dostać Telewizja Publiczna na… misję. Chyba się komuś porąbało w głowie. Na emisję - to rozumiem. Ale gdzież tu można dopatrzeć się misji w programie sterowanym politycznie, wybiórczym informacyjnie według "widzi mi się", spóźnionym wobec światowych stacji. Każdy może się o tym przekonać - wystarczy pilot w ręku i mamy już cały świat na bieżąco.
A tu nam człapie przez studio prezenter. Tracimy czas. Po cholerę te wszystkie inscenizacje niewyżytych "twórców". Dawajcie szybko newsy! Nie udziwniajcie. To, co się dzieje wokół nas - i tu, i tam - jest wystarczająco dramatyczne. Owszem dodajcie do tych obrazków ważne informacje, mówcie zwyczajnie i mądrze - po drugiej stronie nie siedzą już zastraszone głupki.
Środki na publiczne radio i telewizję płyną (opornie - i nic dziwnego) od ludzi. Resztę (większość budżetu) daje reklama. I wszystkiego jest mało! Nie tylko dlatego, że koszty rosną, ale i z powodu niegospodarności, wybujałych żądań i przerostu formy nad treścią.
http://www.sdp.pl/misjonarze-z-woronicza-felieton-stefan-truszczynski
ZAPRASZAMY DO KORZYSTANIA Z NASZEJ STRONY.
Materiały z portalu sdp.pl są wolne do wykorzystania na zasadzie cytatu lub omówienia oraz z powołaniem się na źródło i podaniem linku do odnośnej strony.
