Siódmy numer pisma Eryka Mistewicza wydaje się być różny od poprzednich. Jest w nim sporo tematów dotychczas na jego łamach nieporuszanych. Obok stałych mantr – Twitter, marketing, narracja i internetowa rewolucja – czytelnik znajdzie kilka artykułów, które wprowadzają nowe wątki do rozważań „nowomedialnych”.
Omówię dwa z nich. Pierwszy wątek to prawo prasowe z 1984 roku, które komentuje – oczywiście ze swojej perspektywy – Kataryna. Jest to w istocie odmienny głos w zdominowanej przez prawników i polityków dyskusji, w której dotychczas dziennikarze nie bardzo są zauważani. I to jest charakterystyczne, że o sprawach swojego zawodu rzekoma IV władza albo niewiele ma do powiedzenia. albo skutecznie – jak dotąd – spychana jest na margines przez tych, co wiedzą „lepiej”. Dlatego głos od wewnątrz, a jakby trochę z zewnątrz – bo Kataryna jest i „w środku”, i poza profesjonalnym kołem – jest tak bardzo pożądany i cenny.
Kataryna pisze, że polskie prawo prasowe jest reliktem bo, po pierwsze, odwołuje się do nieistniejącego państwa (PRL), a po drugie, nie uwzględnia postępu politycznego, społecznego i technologicznego. Kataryna ma rewolucyjny postulat: nie warto reanimować starych przepisów, lecz trzeba stworzyć prawo prasowe w całości od nowa, poczynając od podstawowych definicji!
Od lat trwa dyskusja, „kim jest dziennikarz?” Czy na pewno potrzebujemy definicji dziennikarza – pyta Kataryna, i odpowiada, że Konstytucja zapewnia każdemu wolność pozyskiwania i rozpowszechniania informacji; każdy ma dostęp do informacji publicznej, to po co silić się na ustawowe definicje wykluczające np. blogerów? Tyle, że brak definicji rodzi problem, bo na jakiej zasadzie i komu przyznawać dziennikarskie przywileje? Autorka proponuje stworzyć „rejestr osób prowadzących działalność dziennikarską”. Znalazłby się w nim każdy, kto w zamian za przestrzeganie standardów dziennikarskich chciałby korzystać z przywilejów dziennikarzy. Nie bardzo rozumiem, o co autorce chodzi, nie wiem o jakich przywilejach pisze Kataryna, i jakie standardy ma na myśli. Dalej dowiaduję się, czego należy wymagać od „dziennikarza”, zatem: żeby ujawnił swoje powiązania finansowe z partiami czy z firmami, kto i za co mu płaci. Kataryna porusza problem kryptoreklamy (ukrywającej się często pod kołdrą reklamy natywnej) i cichych zleceń partyjnych. Na sztandarze dziennikarza Kataryna „umieszcza” logo niezależności, ale jeśli tak, to jak się ma jej pierwszy postulat do drugiego, no bo jeśli dziennikarz ujawni swoje źródła finansowe (np. gazeta przyzna się do finansowania przez partię, czy do lewych pożyczek od biznesmenów), to przecież nie może już wtedy uchodzić za niezależnego. Kataryna zaczęła swój wywód od postulatu całościowej zmiany systemu prawa, a skończyła na niejasnych oczekiwaniach wobec kogoś, kogo nazwałaby (po spełnieniu jej warunków) „dziennikarzem”. Szczęśliwie, w artykule znajduje się konkretny projekt, by ograniczyć wysokość kwoty, której mógłby żądać funkcjonariusz publiczny jako zadośćuczynienia za nadszarpniecie jego wizerunku w publikacji prasowej.
Sprawy sygnalizowane przez Katarynę są ważne dla całego środowiska dziennikarskiego, ale nie da się ich załatwić po łepkach. Jeśli zmieniać prawo to całościowo – w tym Kataryna ma we mnie sprzymierzeńca – choć może lepiej byłoby je całkowicie znieść, zważywszy na niemoc braci dziennikarskiej w kwestii tworzenia nowego prawa (we Francji prawo prasowe chroni dziennikarzy jako pracowników!) oraz ze względu na wszechwładzę stanowiących to prawo polityków i prawników.
Drugi wątek, rzucający nowe światło na kwestię odpowiedzialności wydawców – wątek odpowiedzialności za słowo pośredników medialnych, porusza Dominika Bychawska-Siniarska. Pisze mianowicie o języku nienawiści z prawnego punktu widzenia i wymogów publikacji internetowych.
Od wielu lat – zdaniem autorki – tkwimy w języku nienawiści. Widać to szczególnie w Internecie. Anonimowe komentarze zieją jadem, naruszają reputację i wizerunek innych osób. Pożądana byłaby większa odpowiedzialność pośredników za treści pojawiające się na stronach różnych portali. Dla mnie wydaje się to oczywiste, wielokrotnie rozmawiałem o tym z dziennikarzami, i na ogół byli podobnego zdania. Tę plagę trzeba przynajmniej starać się wyplenić. Niektóre portale zamknęły sekcje komentarzy, inne wprowadziły konieczność logowania się, ale wciąż w sieci grasuje chamskie słowo. Jaka jest recepta Dominiki Bychawskiej-Siniarskiej?
Autorka przytacza odpowiedź Trybunału Sprawiedliwości UE, który uznał, że „pośrednicy nie mają obowiązku uprzedniego filtrowania treści”, argumentując, że może to doprowadzić do usuwania również treści społecznie pożytecznych. W ten sposób, jeśli nie ma obowiązku filtrowania, to jak egzekwować odpowiedzialność pośredników? Brakuje specyficznych regulacji prawnych odnoszących się do treści w Internecie – pisze autorka, i postuluje, żeby rozwiązań szukać w orzecznictwie sądów i trybunałów międzynarodowych. Tej tematyce przyjrzał się Europejski Trybunał Praw Człowieka.
Bychawska-Siniarska opisuje sprawę Delfi p. Estonii (nazwa portalu w tym kraju). Na portalu znajdowała się adnotacja, że użytkownicy sami odpowiadają za swoje wpisy, i że nie mogą one naruszać prawa lub dobrych obyczajów. Ponadto każdy użytkownik portalu miał możność oznaczania, które komentarze uznaje za nieodpowiednie, a administrator, jeśli uznałby je za bezprawne, mógł je usunąć. Nie uchroniło to portalu przed procesem ze strony członka rady nadzorczej firmy SLK, który uznał wpisy na swój temat pod artykułem na portalu za obraźliwe i domagał się usunięcia 20 komentarzy oraz 5000 koron (ok. 320 euro) zadośćuczynienia. Sądy w Estonii uznały, że portal zarabiał na komentarzach, do których zachęcał, i potraktował go nie jako „pośrednika”, tylko jako wydawcę, odpowiadającego za publikowane treści, zatem komentarze internautów zostały tym samym uznane za treści redakcyjne (!). Portal usunął wpisy, ale nie godził się na karę pieniężną i zwrócił się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. ETPC podzielił punkt widzenia estońskich sądów, mimo iż sam artykuł o spółce SLK Trybunał określił jako spełniający wymogi rzetelności dziennikarskiej. Niemniej, administratorzy portalu nie zachowali jego zdaniem należytej staranności i dopuścili do pojawienia się nienawistnych treści. Według ETPC środki stosowane przez portal (zgłaszanie naruszeń, filtrowanie wulgaryzmów) nie chroniły wystarczająco praw innych osób.
Dominika Bychawska-Siniarska pisze, że logiczne byłoby rozróżnienie pomiędzy dużymi portalami a indywidualnymi blogerami, którzy nie mają pieniędzy na moderowanie swoich stron. Ponadto, wspomniane dwa orzeczenia (wcześniej omówione Trybunału Sprawiedliwości UE i ostatnie EPTC) są sprzeczne. Z drugiego może wynikać, że pośrednik ma obowiązek prewencyjnego kontrolowania sieci. Jeśli taka praktyka zostałaby utrzymana, mogłoby to oznaczać ograniczenie debaty publicznej.
Autorka artykułu, znana prawniczka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, zauważając te mankamenty wyroku, zwraca uwagę na to, że może on wywrzeć „dyscyplinujący” wpływ na pośredników. Większość użytkowników – pisze – korzysta z Internetu anonimowo i ich ściganie jest trudne, aczkolwiek według niej anonimowość jest „wartością samą w sobie i nie należy z niej rezygnować”. Jednakże zauważa też, że „korzystanie z anonimowości w kontekście mowy nienawiści jest złą strona medalu, powodującą bezkarność wielu sprawców”.
Problem opisywany przez Bychawską-Siniarską wydaje się jak dotąd nierozwiązany. Pytanie, czy w ogóle jest on rozwiązywalny. Racja wolności słowa wiąże się z odpowiedzialnością za słowo, które może naruszać cudze dobra – to wiemy, ale jak zapobiegać szerzeniu się mowy nienawiści w Internecie? Sytuacja wydaje się bez wyjścia, bo z jednej strony karząc administratorów (wydawców, redakcje) za treści postów ograniczymy wolną dyskusję, gdy zaczną wprowadzać cenzurę prewencyjną. Eliminacja wpisu post factum na życzenie osoby zainteresowanej, czyli to, co nazywa się procedurą notice and takedown nie zostało uznane przez ETPC za wystarczające. Dopuszczać wszystko do publikacji – też niedobrze. W tej sytuacji należałoby może zrezygnować na poważnych portalach z zasady anonimowości i wprowadzić obowiązek rejestracji i logowania użytkowników (tak jest np. na Facebooku, choć i tu te zasady można „oszukać”). Anonimowość bowiem nie może prowadzić do bezkarności mimo fałszywych oskarżeń i naruszania reputacji czy to osób publicznych, czy prywatnych. Z chamstwem nie wygra się, jeżeli jedna strona będzie występować z otwartą przyłbicą, a druga czaić za anonimowym węgłem.
Artykuły opublikowane w 7. numerze „NM” nie zamykają się w tylko w obrębie gatunkowych rozważań o nowych mediach (Twitterze, Facebooku, itd.) i nie skupiają się wyłącznie na relacjach pomiędzy starym a nowym światem mediów, lecz wychodzą poza te opozycje ku sprawom ważnym dla edukacji, nauki, marketingu i PR, czy omawianej wyżej kultury prawnej społeczeństwa. Różnorodność autorów piszących dla „NM” (min. w tym numerze Michał Boni, Andrzej Godlewski, Jan Cieński, Paweł Siennicki, Tomasz Orłowski, Jean-Paul Oury, Clay Shirky, Seth Godin) wydaje się być gwarancją, że pismo nadal będzie się rozwijać i nie pozwoli zamknąć się w wygodnej, lecz ograniczającej formule „Twitter i reszta świata”.
Marek Palczewski
Autor jest pracownikiem Katedry Dziennikarstwa SWPS w Warszawie
Nowe Media, nr 7/1 2014
