Po przeczytaniu pierwszych dwudziestu stron „Fakira z Ipi”, nowej powieści Marka Kochana, byłem nieco zniechęcony: po pierwsze, kolejny znajomy (i były wykładowca) napisał kryminał, a kryminały lubię średnio. Po drugie, powstałą kolejna książka obnażająca to, że media są brutalne i żerują na źle. To zauważono już dwieście lat temu, a książkami o zbrodniarzach, sprawcach masakr szkolnych, seksualnych wykolejeńcach i gangsterach, którzy stali się bohaterami mas, można by wypełnić sporą bibliotekę. A jednak po przeczytaniu kolejnych kilkudziesięciu stron miałem wrażenie - jako osoba, która w mediach i tych kolorowych, i poważnych cokolwiek przepracowała - że to być może najlepsza rozprawa z naszą rzeczywistością medialną jaką czytałem. Rozprawa nie prawna, nie systemowa, nie nawet etyczna, a moralna, ale pozbawiona moralizatorstwa. Co więcej, choć mroczna, to dowcipna, choć zawierająca w sobie ciężkie zarzuty, to lekka.

 

„Fakir…” jest często odbierany jako mocne uderzenie przede wszystkim w prasę kolorową i budzi skojarzenie z epopeją państwa W. z Sosnowca, w szczególności z panią Katarzyną, która jeździła półnago konno, a w drodze na salę sądową towarzyszył jej błękitny helikopter. Inspiracja faktycznie jest oczywista. Główny bohater Kochana, niejaki Kwiatek jest bohaterem topowego reality show. Stacji pozwala zarobić, ludziom zapomnieć o kłopotach, nieudolnym rządzącym dać chwilę oddechu, bo odbiera im zainteresowanie społeczeństwa. Wszyscy go potrzebują. Opowiada o zbrodni, której miał być świadkiem, ale potem jego historia się zmienia, raz go pogrążając, raz wybielając. Kwiatek, wbrew początkowemu wrażeniu, to nie jest jakiś prosty prowincjusz, a warszawski inteligent pełną gębą. Jaki do końca jest, tego nie wiemy, bo nasz bohater - jak współczesne media - mocno konfabuluje, na warstwy prawdy nakłada zniekształcające je filtry kłamstw. Do końca mami prawdą, która do końca nie jest znana, choć - co ważne - gdzieś naprawdę istnieje.

Tę fuzję prawdziwego i nieprawdziwego Kochan świetnie na końcu diagnozuje i opisuje, samemu zresztą się nią posługując. Książkę kończy rodzaj appendixu opartego na historii tytułowego „Fakira z Ipi” - postaci autentycznej, jednego z ojców państwa pakistańskiego, którego losy były podkręcane, przekoloryzowane i po prostu wymyślane przez ekipę przedwojennego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” - pionierów współczesnej tabloidyzacji. Może, żeby lepiej nam uwidocznić, jak to działa, Kochan w naukowym rozkładzie figury Fakira sam miesza prawdę z fikcja, ale może i mówi nam coś o sobie? Może nie jest, albo nie czuje się, dziennikarzem, ale sam jest pisarzem, dramaturgiem, znanym specjalistą od kreowania wizerunku.

Kwiatek, by zobaczyć swoją prawdziwą twarz, nie potrzebuje wilde’owskiego obrazu na strychu. Odraża nawet fizycznie. Właściwie, prawdę o nim łatwiej odczyta dermatolog, bo pogrążaniu się w źle towarzyszą obrzydliwe zmiany skórne, niż psycholog. No właśnie, psycholog. Dla mnie to nie Kwiatek jest najbardziej odrażającą postacią „Fakira…”. Kwiatkowie zawsze bywali - inteligentni psychopaci, wykolejeńcy, aroganci stawiający siebie ponad normy społeczne, ludzie, którzy zatracili normy bo ulegli ideologiom, modom albo pieniądzom. Zawsze znajdzie się także literatura, prasa, a kiedyś znajdowała się historia dziada włóczęgi, o której jakości decydowało tylko jedno, czy będzie zwartą i atrakcyjną historyjką, albo by użyć modnego słowa - narracją.

Dla mnie jednak najbardziej paskudnym, złym i szkodliwym bohaterem książki jest profesor o wielu nazwiskach, ale wszystkich dziwnie podobnych do nazwiska autora „Fakira”: Kochen, Kohn, Kohen i tak dalej. To jeden ze współczesnych autorytetów naukowych. Bohaterów tych poważnych, nadętych, modnych, salonowych mediów, które podskórnie potrafią truć sto razy podlej niż najbrutalniejsza bulwarówka. Profesor, to facet, z rodzaju tych, którzy za drobnym wynagrodzeniem, potrafią wyjaśnić i usprawiedliwić wszystko: w mordercy dostrzec skrzywdzone dziecko, w komunistycznym czy nazistowskim zbrodniarzu ofiarę systemu, w handlarzu narkotykami błądzącego idealistę. To prorok i guru naszych czasów przy pomocy naukowej nomenklatury mogący dowieść wszystkiego w ramach swoich nieweryfikowalnych specjalizacji. - Jeśli spotkało was coś wstydliwego, żenującego, macie traumę, zgłoście się do programu, profesor Kochen chętnie skomentuje - przekonuje w pewnym momencie książki reklama telewizyjnego programu.

Profesor Kochen w „Fakirze…” ma wiele twarzy, a w życiu prawdziwym wiele funkcji. To „socjolożka” z popularnego radia paranaukowym językiem wciskająca radykalną ideologię, znany psychoterapeuta tłumaczący tandetny, ekshibicjonistyczny reality show jako narodową lekcję, albo prominentny seksuolog leczący pacjentki za pomocą swojego penisa. To te wszystkie obiektywne autorytety, specjaliści od usprawiedliwiania i relatywizowania. Psychopata Kwiatek jest tylko żołnierzem, oni są marszałkami armii, Clausewitzami, a i przyszłymi monografami bitew. Potrafią zło wprowadzić na salon, ale gdy trzeba nie zawahają się przed najsurowszym moralizatorstwem i potępianiem innych z błahych przyczyn.

Warto przeczytać „Fakira…”. Szczególnie w sezonie ogórkowym, bo to wiwisekcja sezonów ogórkowych. A czy rzeczywiście, my dziennikarze, naukowcy, pr-owcy, nie jesteśmy takimi Dorianami Greyami, którzy mogą się przejrzeć w swoim prawdziwym portrecie namalowanym przez Marka Kochana? No jasne, że nie. Grey, pomimo że zgnił duchowo, dzięki swojemu zaklętemu obrazowi był fizycznie do śmierci piękny i nieskalany. Z nami bywa jednak trochę gorzej. Pomimo spa, joggingu i ekologicznej żywności, fizycznie raczej przypominamy Kwiatka. Z wyjątkiem pań, rzecz jasna.

Wiktor Świetlik

Marek Kochan, „Fakir z Ipi”, Zysk i S-ka, 2013

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl