http://www.jacekwegner.pl

 

Fetysz obiektywizmu

To nieprawda, że dziennikarz musi i może być obiektywny.  

Prasa (pomijam dla zachowania spójności inne środki przekazu) jest zróżnicowana politycznie i ideologicznie. Oczywiste tedy, że dziennikarze pracujący w określonych redakcjach wypowiadają, muszą wypowiadać, poglądy zgodne z linią pisma, nie mogą, nawet jeśliby chcieli,  pozwolić sobie na luksus bezstronności politycznej. 

            Zresztą w ogóle z pojęciem „obiektywizm” jest sporo kłopotu. Każde postrzeganie jest subiektywne. Doprowadzając to stwierdzenie do skrajności, mógłbym rzec, nie ma świata obiektywnego, realnego, a są jedynie zmysłowe, subiektywne wrażenia z percepcji jego poszczególnych przedmiotów. Idziemy z jednej redakcji na konferencję prasową. Czy przyniesiemy teksty identyczne warsztatowo i faktograficznie? Ta różnorodność jest nieuniknioną subiektywizacją „obiektywnych faktów” z  konferencji prasowej.

Albo wysyłamy młodych dziennikarzy „w miasto”. Czy przyniosą nam podobne teksty? Pewnego razu miałem cztery godziny lekcyjne zajęć z adeptami dziennikarstwa, więc rozpuściłem grupę prosząc, żeby każdy za dwie godziny przyniósł jakąś ciekawą informację. Rezultaty były raczej mizerne: opisy jakiejś stłuczki samochodowej, kłótni i poszturchiwań pijaków, bezbarwnej sprzeczki strażnika miejskiego z właścicielem samochodu. itp. Ale jeden student napisał notatkę, że na metalowym  płocie przy wejściu do Łazienek Królewskich wisi tablica z ostrzeżeniem, żeby uważać na ptaki, ponieważ wiosną i jesienią mogą być groźne. Od razu zadzwonił do urzędu, sporo się dowiedział na ten temat, reszty nie zdążył, żeby na czas oddać materiał. Lecz czuł, że temat jest ciekawy, toteż  umówił się z informatorem na dalszą rozmowę. Postanowił napisać „coś większego”, pytał, czy może wyrazić swe opinie? Zastanawialiśmy się nad wyborem odpowiedniego rodzaju i gatunku; w zależności od inwencji twórczej i wiedzy, jaką posiądzie po rozmowie z urzędnikami, mógłby to być felieton, a może komentarz, może po prostu większa informacja. Adept ów zdawał sobie sprawę z dwoistości swego warsztatu pisarskiego – że może bezstronnie zapisywać  informacje, ale może też  informacje-zjawiska w oddzielnych tekstach komentować. 

            Otóż nasza osobowość twórcza (rzemieślnicza, bo przecież nie artystyczna) jest w rzeczy samej dychotomiczna. Musimy umieć być  be z s t r o n n y m i   nadawcami komunikatów i jednocześnie, w razie potrzeb redakcyjnych, subiektywnie analizować i oceniać w oddzielnych tekstach konkretne zjawiska interesujące czytelników naszej gazety.  

            Leksykalnym odpowiednikiem owego „obiektywizmu dziennikarskiego” w literaturze pięknej jest „realizm”. Dlatego nie ma w ścisłym znaczeniu tych słów ani „dziennikarstwa obiektywnego”, ani literatury „realistycznej” Obiektywizm, realizm to jedynie werbalne rojenia człowieka pragnącego znajdować coś „prawdziwego”, co  mogłoby wyjaśnić sens jego egzystencji i działania, osadzić je na stałych, zrozumiałych podstawach.

            Kolega Krzysztof Kłopotowski nie weźmie mi chyba za złe, jeśli w tym miejscu przytoczę fragment naszej prywatnej korespondencji. Otóż napisał do mnie: „…obiecał mi pan tekst z realnym programem, jak uzyskać pełną suwerenność i podnieść poziom umysłowy Polaków i szacunek dla siebie. Zaznaczam, program miał być realistyczny.”  

Co to znaczy „program realistyczny”? Jean Paul Sartre, niegdyś bożyszcze lewicowych egzystencjalistów, pytany o powieść realistyczną, powiedział, że takiej nie ma, taką mógłby napisać jedynie Bóg, gdyby istniał (dla niego nie istniał).

            Nie ma jednego "realizmu" ani „obiektywizmu”. Dla niektórych „obiektywizm” i "realizm" to oportunizm, dla innych merkantylizm, dla drugich serwilizm, dla innych cynizm, dla kogoś znów wewnętrzna niezależność czy honor. Poczucie realizmu  i obiektywizmu zależy od doświadczeń, postaw, umysłowości, aksjologii. Pogodzenie się  większości społeczeństwa z dyktaturą PPR/PZPR było realistyczne, gdyż wynikało z poczucia braku alternatywy, czyli mniejszość niepogodzona, która mimo wszystko nie akceptowała tamtej rzeczywistości, była jaka? -  nierealistyczna, nieobiektywna, irracjonalna?

Na pewno nie spełnię wezwania Krzysztofa Kłopotowskiego i nie przedstawię „programu realistycznego”, gdyż przekracza to moje, w ogóle ludzkie  możliwości. To, co dla mnie byłoby „realistyczne”, on odbierałby zapewne jako naiwne wizjonerstwo albo tanie „chciejstwo” Zresztą, wydaje mi się, dziennikarze nie powinni mieć aspiracji tworzenia „programów realistycznych” - wystarczy sam program bez złudnej przydawki „realistyczny”, wystarczą same postulaty naprawy tego, co zdaniem każdego z nas wymaga przemiany. To jest nasza misja: służyć społeczeństwu, oceniając subiektywnie, gdyż nie ma ocen ”obiektywnych”, mówić odbiorcy w zgodzie z sumieniem i  i postrzeganiem świata -  to znaczy nie manipulować  faktami -  co i jak  trzeba uczynić, żeby było lepiej. A każdy dziennikarz-publicysta będzie wskazywał inne remedia polepszenia bytu. I owe odmienności byłyby właśnie owymi „programami realistycznymi” z postulatu Kłopotowskiego.

Sądzę zresztą, że dla nas ważniejsza od ”programu realistycznego” jest diagnoza status quo, kontrola i jeśli trzeba krytyka poczynań polityków, szczególnie rządzących.

            Wspaniały człowiek i nasz śp. kolega, Maciej Łukaszewicz, wraził był przekonanie, że dziennikarz musi być przezroczysty – tak żeby informator i czytelnik nie wiedzieli, jakie ma poglądy polityczne. To piękna, idealistyczna, metafora, wynikająca ze szlachetnych intencji, ale jak każda przenośnia dość daleka od rzeczywistości. „Przezroczystość” jest tu poetyckim ekwiwalentem obiektywności, więc – powtarzam - czegoś, czego nie ma w aktywności duchowej i umysłowej  człowieka. 

 „Przezroczyści”, czyli  b e z s t r o n n i, musimy być jedynie w przekazywaniu informacji, lecz ze świadomością, że kto inny podałby tę samą wiadomość inaczej, gdyż odmiennie by ją postrzegał.

Natomiast w drugim wymiarze naszej twórczej osobowości, tam gdzie powstają imperatywy oceniania, komentowania,  postulowania musimy być subiektywni do granic ostatecznych. Czym innym jest publicystka, jak nie chęcią przekonania czytelników (i kolegów publicystów) do naszych racji – czyli indoktrynacją w najlepszym tego słowa znaczeniu?

Wolność prasy nie polega przeto na tym, że w każdej gazecie każdy może wyrażać każdą opinię, ewokować wszelkie przekonania polityczne. Bo wtedy tytuły traciłyby tożsamość. Każde pismo ma  własnych czytelników, dlatego powinno zwracać na siebie uwagę wyrazistym profilem i prezentacją określonych poglądów, których oczekują jego odbiorcy. Jeśli pracujący i piszący w gazecie dziennikarze nie zaspokajaliby tych wymagań czytelniczych, pismo traciłoby kupujących, a co za tym idzie również reklamy, a więc wydawca, bo to on decyduje o profilu dziennika czy periodyku i  nakłada na redaktora naczelnego obowiązek strzeżenia tej formuły - rozwiązywałby zespół, zamykał gazetę. Nie zapominajmy, że prasa, w ogóle media, to przedsiębiorstwa dochodowe, muszą zarabiać broniąc jednocześnie określonych poglądów politycznych. A jeżeli nam one nie odpowiadają, przenosimy się z pisma „a”, do „b”, z „b” do „c” i tak dalej. Prasa jest wolna o tyle, o ile wolny rynek jest naprawdę wolny…

Niemożliwe wydrukować w „Gazecie Wyborczej” krytykę działań Sojuszu Lewicy Demokratycznej albo rządu, czy też w „Naszym Dzienniku” apologię  „Polityki”. I jest to normalne. Ale duża, jak mi się zdaje, część publicystów i redaktorów omamionych mitem obiektywizmu, traktuje go jako kanon indywidualnej uczciwości zawodowej - ze szkodą dla czytelników gubiących się w meandrach gazety. Na przykład poprzedni redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” zatracił orientację w iluzjach obiektywizmu. Drukował „jak leci” w jednym numerze publicystów z kręgu „Agory”; w innym publicystów akceptujących profil jego dziennika - bez wzajemnych powiązań dyskursywnych, polemicznych. Dziennik stawał się ideowo amorficzny, w rezultacie tracił czytelników. Teraz „Rzeczpospolita” odzyskała tożsamość, jest wyrazista i ma własny image polityczny, nie chce być „obiektywna”, bo wie, że to niemożliwe, nie zamierza głosić „programów realistycznych”, gdyż wie, że takich nie ma, jest ich tyle, ilu publicystów je tworzy…

            Ale w środowisku nadal bijemy pokłony przed fetyszem „obiektywizmu” i „programów realistycznych”. Może w ten sposób wciąż odreagowujemy doświadczenia, kiedy media przy naszym współudziale wyrażały jedną ideologię, nie były trybuną ścierających się publicystycznych racji i opinii, jak na Zachodzie, natomiast  uprawiały propagandę polityczną.

Lata muszą przeminąć, byśmy publicystycznie głosząc własne, a więc z definicji subiektywne poglądy na łamach pism, których profil jest zgodny z naszymi przekonaniami, mogli równocześnie podejmować uczciwy, pozbawiony jadu nienawiści i lekceważenia dyskurs z kolegami głoszącymi w innych gazetach odmienne od naszych opinie. Jedynie wielość poglądów dyskursywnych, wielość pism konsekwentnie subiektywnych, to znaczy drukujących teksty wyrażające własne poglądy, wszelako, nie jak dzisiaj, unicestwiających milczeniem publicystykę z wrogich sobie redakcji, natomiast otwartych polemicznie na racje odmiennych gazet – wzniesie nasze dziennikarstwo na poziomy kultury medialnej II Rzeczypospolitej i współczesnego Zachodu.

            Ale myślę pesymistycznie, że nieprędko doczekamy się takiego pluralizmu, takiej publicystyki niezawisłej od partyjnictwa i wolnej od powiązań towarzysko-biznesowych. Gdybyśmy jednak dożyli, to wtedy z „Gazetą Wyborczą” i podobnymi do niej pismami można by z satysfakcją polemizować, a ona na przykład z „Naszym Dziennikiem” czy „Gazetą Polską”, pobudzając się tym samym w z a j e m n i e (dziennikarze i czytelnicy)  do pogłębiania naszej kultury umysłowej i politycznej.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl