Kto pisze w Internecie, musi pisać z pasją. Internet wymaga emocjonalnego zaangażowania, nie znosi neutralności i letnich uczuć, akceptuje subiektywizm kosztem odrzuconego obiektywizmu. Tak właśnie piszą autorzy „Nowych Mediów” – kontrowersyjnie, polemicznie, czasem wręcz stronniczo, ale w sposób ciekawy, prowokujący do polemik. Tak jest i tym razem, w trzecim numerze NM, numerze – moim zdaniem – najbardziej udanym z dotychczasowych. Ta uwaga nie oznacza, że wszystko się autorowi niniejszej recenzji podobało. Ale będzie czas, by się krytyką podzielić. Na początek proponuję uogólniające omówienie, potem bardziej szczegółowy przegląd wybranych artykułów, a na koniec krytykę niektórych poglądów i całości numeru.
34 artykuły, 40 autorów - artykuły o mediach, telewizji, czarnym PR, cyberprzestrzeni, dekalogu Twittera, o tabloidach, „walkach kogutów”, kształceniu dziennikarzy, dziennikarstwie korporacyjnym, brand journalism, infografice, strategii w chmurze, Kościele w sieci. Dyskusje o trendach w rozwoju komunikacji masowej, Twitterodemokracji i najnowszych książkach odnoszących się do Web 2.0.
Wśród autorów m.in. Michał Boni, Marcin Bosacki, Nicolas Carr, Konrad Ciesiołkiewicz, Paweł Graś, Piotr Gabryel, Sławomir Jastrzębowski, Kataryna, Piotr Legutko, Michał Majewski, Jean-Paul Oury, Tomasz Sekielski, Tomasz Wróblewski i, oczywiście, spiritus movens całego przedsięwzięcia, Eryk Mistewicz. Udało się mu w trzecim numerze zatrzymać prawie wszystkich dotychczasowych autorów i wzbogacić numer o nowych. Pismo stale rozszerza paletę tematów, stając się ważnym elementem dyskusji o nowych mediach, dodam, że dyskusji prowadzonej w europejskim gronie i na europejskim poziomie.
Przeczytałem z uwagą większość artykułów, niektóre jednak pominąłem, gdyż nie wszystkie zainteresowały mnie w równym stopniu. To, co dla mnie jest ważne, to dziennikarstwo, jego zmieniająca się rola w nowej przestrzeni medialnej, coraz powszechniejsza obecność tzw. dziennikarzy obywatelskich i odmienione rozumienie związków między „nadawcami” i „odbiorcami”, a także relacje nowych gatunków do starych oraz pojawianie się nieznanych dotąd form dziennikarstwa i nowych problemów na styku dziennikarstwo-prawo-etyka-reklama-PR.
W powitalnym artykule Eryk Mistewicz pisze, że Internet wywraca główną zasadę, tę mianowicie, że ktoś inny mówi, a ktoś inny słucha. Sieć daje wolność wyboru, ale przeraża wielością towarów, informacji i danych. Szokuje facebookowymi farmami fanów czy „dziennikarskimi mrówkami”, kupowanymi do prowadzenia dyskusji na gazetowych portalach. Na „farmie” w Paryżu każda z osób tam zatrudnionych tworzy i prowadzi kilkadziesiąt profili na FB. Aż strach pomyśleć, co się może stać, kiedy nagle wszyscy dostaną wspólne polecenia: wypromować jakiś produkt, zachęcić do kupowania płyty, czy zaszkodzić jakiemuś wykonawcy. W dowolnej chwili „farmerzy” mogą narzucić nam swoją opowieść, sugerując, że w debacie telewizyjnej wygrał polityk X, a nie Y. Mogą wpływać na nasze opinie i decyzje. Otwiera się szerokie pole do manipulacji.
„Nowe Media” – pisze Mistewicz – to pismo o trendach w komunikacji masowej. Autorzy wchodzą na drogi, „po których nikt wcześniej przed nimi i przed nami, przecież nie szedł”. Zobaczmy więc, dokąd te drogi prowadzą.
Jarosław Kuźniar stawia pytania o odpowiedzialność mediów i dziennikarzy: kto był winny samobójczej śmierci Jacinthy Saldanhy, kto promował i zrzucał z piedestału matkę małej Magdy z Sosnowca? Jak daleko mogą posunąć się dziennikarze w niszczeniu cudzej prywatności? Szkoda, że Kuźniar nie zapytał przy okazji o Rajmunda Kaczyńskiego, ojca braci Kaczyńskich, bo przecież artykuł o nim, to był podobny casus: wchodzenie z butami w cudzy życiorys, w dodatku osoby nieżyjącej. Ale, czy na tej samej zasadzie nie powinni uderzyć się w piersi dziennikarze tak chętnie lustrujący ojców, dziadków i pociotków znanych dziennikarzy?
W tekście Kużniar zwraca uwagę, że to nie dziennikarze są całym złem tego świata, „to zjednoczony widz świata ma dziś moc większą niż światowe media”. Za pomocą like lub dislike może, niczym w czasie walk gladiatorów w rzymskim Koloseum, zadecydować o losie ofiary. Właściwie, to my wszyscy – konstatuje Kuźniar – stajemy się uczestnikami spektaklu i od nas zależy, kiedy on się skończy. Jako piąta władza jesteśmy odpowiedzialni za to, co media z nami robią.
Sławomir Jastrzębowski, redaktor naczelny „Super Expressu”, pisze przekornie: „Mama Madzi ratuje media”. I pyta, z jakich to powodów media zajmują się takimi historiami a sprawa budzi nadzwyczajne zainteresowanie opinii publicznej. Wspomina zaginięcie w Portugalii 4-letniej Madelaine McCann z Wielkiej Brytaniii, i wylicza: po pierwsze McCannowie to „potencjanie my”; po drugie, to ogromne przeżycie dla rodziców; po trzecie, „zdjęcie zaginionej dziewczynki wyrywało serce z piersi każdego rodzica”; po czwarte, McCannowie szybko poprosili media o pomoc; po piąte, śledztwo było prowadzone przez policję, prywatnych detektywów i media. Ta charakterystyka w wielu punktach odpowiada medialnej narracji o małej Madzi i Katarzynie W.
Jastrzębowski dostrzega potrzebę usprawiedliwienia krytykowanej sesji zdjęciowej w „Super Expressie” z udziałem oskarżonej o zabójstwo matki Madzi. Według niego fakt, że zgodziła się ona na taką sesję „mówi o niej więcej niż wielostronicowe opinie psychologów […] Na takie bezpretensjonalne, śmiałe eksperymenty mogą pozwolić sobie tylko gazety bulwarowe”.
Powiem tak: to prawda, ale robią to tylko dla sensacji i pieniędzy, i nie ma potrzeby dorabiać do tego psychoterapeutycznej filozofii. Co do innych tez artykułu - pełna zgoda: TVN24 puszczał przez cały dzień materiał, kiedy Katarzyna W. przyznaje się z płaczem, że dziecko wyślizgnęło się jej z koszyka. I TVN24 też robi to dla słupków oglądalności, więc dla pieniędzy. Potem przerywa „Lożę Prasową”, by transmitować konferencję Rutkowskiego, na co oburzył się siedzący w „Loży” Igor Janke. I prawdą jest, że był artykuł w „Wyborczej” o „wizji lokalnej” z udziałem K.W., o wizji, której nie było. Jastrzębowski celnie punktuje rozdwojenie jaźni niektórych mediów, co nie zmienia mojej opinii, że wszystkie media (no, może prawie wszystkie) zdyskontowały śmierć Madzi dla podniesienia tzw. ratingów.
Kolejny zaczepny artykuł w tym numerze NM, to tekst Pawła Lisickiego, zatytułowany „Dekalog redaktora”, w którym były redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” formułuje swoje credo i tworzy dekalog redaktora - dziesięć dziennikarskich przykazań: 1. Nie będziesz miał innych bogów niż czytelnicy; 2. Nie zapominaj o intuicji; 3. Pamiętaj o czasie; 4. Szanuj autorów, buduj drużynę; 5. Nie bój się emocji; 6. Pilnuj własnej tożsamości; 7. Buduj ciekawe opowieści; 8. Bądź odważny; 9. Dąż do prawdy, 10. Nie zapominaj o ironii.
Gdy przyjrzeć się z bliska temu dekalogowi, to trzy przykazania mają charakter warsztatowy, trzy warsztatowo-etyczny, a cztery – etyczny. Kontrowersyjne dla mnie są punkty 5 i 8. Lisicki pisze: „Dzisiejsze dziennikarstwo musi być emocjonalnie zaangażowane. To nie znaczy oczywiście – partyjne”. Ale dziś, najczęściej, dziennikarstwo zaangażowane, tzw. tożsamościowe, to jednocześnie dziennikarstwo partyjne, i najczęściej – proPisowskie. Na drugiej szali stawiane jest dziennikarstwo obiektywne, nie-partyjne, rzekomo-niezaangażowane, które przez przeciwników nazywane jest dziennikarstwem mainstreamowym, prorządowym. Zaangażowanie ma być papierkiem lakmusowym prawdy, ale – moim zdaniem – nie jest. Najczęściej, jest tylko przekonaniem piszących, że piszą prawdę, a to wcale nie to samo. Można pisać o prawdzie, gdy rzeczy dotyczą suchych faktów i statystyk, ale już ich zestawienie może być manipulacją, bo jak ktoś powiedział: każda selekcja jest manipulacją.
Lisicki ciekawie też definiuje odwagę, jako „myślenie na przekór temu, co podają największe liberalne media”. A ja myślę, że jednak odwaga nie jest związana z żadną ideologią i myśleniem innym niż liberalne czy socjalistyczne albo konserwatywne, tylko z umiejętnością głoszenia prawd niepopularnych, spotykających się z ostracyzmem większości, takich, które mogą przysporzyć nam kłopotów i wpędzić w życiowy niedostatek. I w tym punkcie zgodziłbym się z autorem, że na pewno trudniej dziś być dziennikarzem opozycyjnym wobec rządu niż prorządowym. Ale tak było zawsze, i w czasach rządów PiS także.
Najbardziej znana polska blogerka Kataryna pisze na jaki tytuł prasowy czeka i, przy okazji, krytykuje „zadęcie” niektórych tytułów, głoszących, że ich autorzy są „niepokorni” („my informujemy – oni kłamią”, czy „Nam nie jest wszystko jedno”). Kataryna apeluje: „Dajcie mi samej ocenić, jacy jesteście i jak bardzo”. Od wzorcowego pisma oczekuje, że nie będzie ono miało tzw. agendy, bo „jeśli gazeta zaczyna się obnosić ze swoją polityczną agendą, przestaję jej ufać. Nawet jeśli jej agenda pokrywa się z moimi preferencjami (podkr. – M.P)”.
To zdanie jest dla mnie niezwykle istotne. Właściwie powinno ono wisieć nad biurkiem każdego redaktora, może wtedy nie popełnialiby politycznych głupstw i nie angażowali się w bezpośrednią działalność polityczną, przed którą przestrzega Kataryna: „[…] wolałabym, żeby rozumieli tę wcale subtelną różnicę między dziennikarzem (nawet zaangażowanym) a politykiem”. Jej zdaniem takie pismo powinno unikać ideologii, choć jest ona dziś wszędzie: „Marzy mi się w polskich mediach prawdziwa debata – debata, a nie seria manifestów - na którykolwiek z ważkich społecznie tematów, bez wszechobecnego upolitycznienia i ideologii”. Cóż, mógłbym tylko, tak jak po dobrej sztuce w teatrze, zawołać: „Autor, Autor” i bić brawo, tylko czy Kataryna mnie usłyszy? Naprawdę warto przeczytać ten tekst, zadumać się, i trochę z tą zadumą pobyć sam na sam bez zgiełku otaczających nas mediów.
Warto też wczytać się w tekst Piotra Gabryela, który pisze o złych praktykach wydawców prasy. A wie, o czym pisze, bo z tymi praktykami stykał się wielokrotnie jako szef lub zastępca szefa zespołów dziennikarskich w kilku tytułach. Gabryel przypomina kodeks Izby Wydawców Prasy z 2005 roku i konstatuje, że dziś reguły tam zawarte odchodzą w przeszłość. Jako przykład podaje wydarzenia z jesieni 2012 roku i sytuację w „Rzeczpospolitej” oraz w „Uważam Rze” po publikacji Cezarego Gmyza o trotylu na wraku Tupolewa. Zwolniona została wtedy niemal cała kadra kierownicza „Rzepy”, a później również „URze”, w następstwie czego ten ostatni tygodnik opuściło ponad dwudziestu dziennikarzy. Według Gabryela wydawca popełnił o wiele więcej błędów niż redaktorzy, albowiem do tej pory żaden wydawca w III RP nie przesłuchiwał dziennikarzy i redaktorów, żaden nie chciał zmusić dziennikarza śledczego do ujawnienia źródła informacji, żaden nie zwalniał w tak upokarzający sposób redaktora naczelnego i jego zastępców.
Swoją drogą ciekawe, że Piotr Gabryel nie zauważa koincydencji pomiędzy własnymi sądami a rzeczywistością, kiedy pisze, że „bycie stronniczym oznacza jej utratę (wiarygodności – M.P.), zazwyczaj raz na zawsze”. Nie trzeba specjalnej dociekliwości, żeby dostrzec iż w sporach PO-PiS tygodnik „Uważam Rze” zawsze był po stronie Prawa i Sprawiedliwości, a mimo to dla swojej publiczności pozostał wiarygodny. Może zatem jednak czytelnicy oczekują stronniczego pisma, zaangażowanego w popieranie jednej ze stron konfliktu?
W kolejnym artykule Tomasz Sekielski odsłania kulisy programów telewizyjnych, w których organizuje się tzw. „walki kogutów”. „Koguty”, to oczywiście politycy, przyciągający widownię, gwarantujący spektakl, ludzie na ogół nieprzebierający w słowach, ale z dużą wiedzą na temat marketingu politycznego i show, które robią swoimi występami. A że show must go on, to interes się kręci – Sekielski pisze: „Zamiast wymiany nawet głupich poglądów jest krzyk i okładanie się po głowach, bo to dobrze się sprzedaje […] Dzisiejsze media są jak maszynka do mielenia mięsa. By funkcjonować, potrzebują non stop świeżej dostawy mięsa”.
Sekielski jest szczery do bólu, nie owija w bawełnę, nie wybiela siebie: „Sam nie jestem bez winy […] dobieraliśmy gości tak, jakbyśmy ustawiali walkę na ringu”. Awantury – zauważa – dobrze się sprzedają: „Dziś w telewizji warto rozmawiać, ale tylko wtedy, gdy słupki telemetrii się zgadzają”. Mamy zatem wnioski, ale można zapytać: „i co z tego?”, „i co dalej?”. Odpowiem za Sekielskiego: ano nic, nic się nie zmieni. Sytuacje opisane przez Sekielskiego i diagnoza rynku już dawno zostały rozpoznane na świecie, a nawet i w Polsce. Dobrze, że dziennikarze też uderzają się w piersi i nie próbują już ukrywać tego, co dla wielu było od lat oczywiste. Tylko powtarzam: mamy diagnozę, ale nie mamy remedium, lekarstwa, na to schorzenie. Ale właściwie, komu byłoby ono potrzebne? Chyba tylko kilku „przewrażliwionym” medioznawcom i walczącym jeszcze o jakość debaty publicznej dziennikarzom.
O narodzinach nowego rodzaju dziennikarstwa, tzw. brand journalism pisze Tomasz Wróblewski. „Brand journalism oznacza ni mniej ni więcej, że teksty informują o tym, co dzieje się w danym momencie z marką.” Na przykład o akcjach humanitarnych McDonalds’a. Obraz przedstawiony przez Wróblewskiego poraża i powoduje, że maska opada i zaczynamy wątpić w uczciwe dziennikarstwo w ogóle. Pozbądźmy się złudzeń – nawołuje Wróblewski. Wizyta w największych firmach PR jest – jak twierdzi – szokiem, bo na zapleczu siedzi kilkunastu dziennikarzy i przy biurkach tworzą redakcyjne teksty, które potem można znaleźć na łamach poczytnych dzienników i tygodników, bynajmniej nie na stronach z tekstami sponsorowanymi, lecz na kolumnach redakcyjnych! Bo dziennikarz z mediów, żeby się utrzymać (czyli zarobić) musi pisać szybko i wydajnie, a tego bez pomocy „gotowców” zrobić się nie da. Na marginesie, kiedy w latach 90. pracowałem w łódzkiej telewizji najlepiej zarabiającym newsowcem był kolega dostarczający materiały o kradzieżach, włamaniach, narkotykach, itp., słowem – policyjne. Nie musiał za bardzo się wysilać; brał je jak leci i nie zmieniając słowa w komunikatach policyjnych, uzupełniał je tylko obrazkami otrzymanymi z Komendy. Wszyscy mu zazdrościli…
Czy dziennikarze staną się zbędni a zastąpią nas PR-owcy? Coraz częściej treści są inspirowane przez firmy, a my, zarówno dziennikarze, jak i odbiorcy, nie jesteśmy tego świadomi. Dzięki takim artykułom jak ten, Wróblewskiego, możemy obudzić w sobie podejrzliwość i nieufność w stosunku do mediów mało krytycznych wobec „firmowej” rzeczywistości.
I na koniec tego przeglądu wybranych treści z najnowszego numeru „Nowych Mediów” artykuł Piotra Legutki „Dziennikarze z zawodówki”.
Legutko stwierdza smutny fakt: większość studentów kierunków dziennikarskich w Polsce nie czyta gazet papierowych, a i w sieci nie zagląda na ich internetowe strony. Studenci nie oglądają również telewizji i nie wiedzą, co się dzieje w branży. Ale, nie lepsze są opinie krążące o ludziach uczących dziennikarstwa, którymi często są „akademik z plikiem pożółkłych konspektów” lub „bezrobotny redaktor”. Zresztą sami nauczający, dziś coraz częściej wykładowcy-praktycy, muszą zmagać się z biurokratycznymi wymogami w postaci sylabusów i bieżącej dokumentacji. Dlatego jedyną możliwą postawą – pisze Legutko – jest prowadzenie zajęć autorskich, opartych na własnych doświadczeniach, bo to przynajmniej daje studentom praktyczną wiedzę.
Charakteryzując programy kierunków dziennikarskich na polskich uczelniach Legutko zauważa, że główną słabością kształcenia nie jest przewaga teorii nad praktyką lub odwrotnie, lecz fakt, „że nie kładzie się dostatecznego nacisku (jeżeli w ogóle się kładzie) na cnoty niezbędne do wykonywania tego zawodu”. Absolwentom studiów dziennikarskich brak i wiedzy ogólnej, i zrozumienia istoty tej profesji. Zatem starajmy się przynajmniej kształcić porządnych ludzi z charakterem.
Konkluzja artykułu Legutki wskazuje, że mamy problem z etyką dziennikarską. Uważam, że dziś nie powinniśmy już oczekiwać, że będzie możliwe stworzenie jednego kodeksu zasad dla wszystkich dziennikarzy. Ważne jednak by być po prostu przyzwoitym, dobrym człowiekiem, bo – jak mawiali sławni żurnaliści – tylko dobry człowiek może być dobrym dziennikarzem.
Na zakończenie tego przeglądu pora na krytykę numeru. Nadal podnoszę zarzut, który już formułowałem dwukrotnie: wydaje się, że ilość autorów i tekstów odbija się niekorzystnie na ich jakości. Dłuższe teksty pozwoliłyby na głębszą prezentację tez i wielostronną argumentacją. Obecnie niektóre teksty ograniczają się do przedstawienia wyłącznie autorskiego punktu widzenia bez próby analizy poglądów przeciwnych, co oczywiście zubaża polemikę. Brakuje mi również polemiki (w każdym numerze) pomiędzy tekstami na tematy kontrowersyjne i ważne dla środowiska. Być może czytelnika zaciekawiłby numer tematyczny, poświęcony wybranej a aktualnej sprawie (jak choćby o nauczaniu dziennikarstwa w Polsce – tu popadam w konflikt interesu, bo sam jako dydaktyk jestem tym tematem zainteresowany). Sądzę, że czytelnika mogłyby przyciągnąć również analizy porównawcze polskich mediów. To robi od czasu do czasu PRESS, ale wydaje mi się, że wciąż takich artykułów jest za mało. I jeszcze, już na sam koniec prozaiczna uwaga: cena 26 zł to jak na kieszeń studentów sporo. Aby zachęcić młodzież do czytania (a o tym, że nie czytają, pisał Piotr Legutko) może Eryk Mistewicz pomyśli o ulgach dla tej grupy potencjalnych czytelników? Bo szkoda mimo wszystko, żeby para, którą uruchamia to pismo, szła w gwizdek.
10.02.2013
Marek Palczewski
Autor jest pracownikiem Katedry Dziennikarstwa SWPS w Warszawie
