.jpg)
Książkę o manipulacji* kupiłem kilka miesięcy temu. W spokoju, niezaczepiana przeze mnie przeleżała na półkach aż do teraz. Sięgnąłem po nią całkiem przypadkowo. I nie zawiodłem się, bo stawia ona trudne pytania i nie daje prostych odpowiedzi.
Na manipulacji w mediach znają się niemal wszyscy: czytelnicy, słuchacze, widzowie, dziennikarze, PR-owcy, spece od marketingu politycznego, i wszyscy wieszczą, że media manipulują. Ale, gdyby ich spytać skąd to wiedzą, na jakiej podstawie wypowiadają swoje sądy, jakie przyjmują kryteria, to okazałoby się, że nie mają o tym pojęcia. Powtarzają domorosłe slogany, często niewiele z nich rozumiejąc i nie chcąc zajrzeć do naukowych opracowań. Zachęcam, bo warto, by wyjść poza zdroworozsądkowo-opłotkowe oceny.
Książka pod redakcją Tomasza Gackowskiego i Joanny Dziedzic składa się z odrębnych artykułów (w sumie 17.), mimo różnorodności tematycznej, składającej się na spójną całość, dającą odpowiedź na pytania: czym jest manipulacja, jak wygląda manipulacja w mediach, jaka jest różnica pomiędzy manipulacją a perswazją? Autorami artykułów są w większości pracownicy i studenci Uniwersytetu Warszawskiego (prócz wspomnianych są to m.in. Marek Kochan, Marcin Łączyński, czy Łukasz Szurmiński).
W pierwszym, wprowadzającym tekście, dr Tomasz Gackowski zwraca uwagę, że „zarzut manipulacji jest jednym z najcięższych, jakie można postawić dziennikarzom” ale, że jednocześnie ten zarzut jest przez oskarżycieli również nadużywany. Bohaterowie negatywnych materiałów stosują to określenie jako broń przeciwko swoim antagonistom. Gackowski pyta: „Czy ten, który nazywa coś manipulacją jest demaskatorem rzeczywistości czy może raczej magikiem czarującym odbiorców, by ci nie dostrzegli prawdy?” Ważne pytanie, ale czy można na nie odpowiedzieć nie kierując się subiektywnymi kryteriami? Bo kto – jak zauważa sam autor – jest w stanie to rozsądzić: manipulator czy podmiot manipulowany? Ale znowu, dodam, kto z kolei ma rozsądzić, kto jest manipulatorem a kto podmiotem manipulowanym? Wydaje się, że z wolna popadamy w błędne koło rozumowania, zobaczmy więc jakiej odpowiedzi udziela Gackowski.
Każdy ponosi konsekwencje manipulacji, a tylko manipulator osiąga swoje cele i korzyści – twierdzi słusznie Gackowski, ale co z tego wynika dla manipulowanych, jeśli chodzi o sposoby rozpoznania manipulacji? Media manipulują? – czyli tak naprawdę kto? Gackowski przytacza najlepszą – jego zdaniem – definicję terminu „manipulacja”. Jest to definicja podana przez Władysława Kopalińskiego: „manipulacja to kształtowanie lub przekształcanie poglądów i postaw ludzi, dokonywane poza ich świadomością” i ze szkodą dla nich. Transponując tę definicję na telewizję, Gackowski podkłada pod słowo „manipulacja” słowo „media masowe” i otrzymujemy definicję, że „Media masowe/telewizja to kształtowanie lub przekształcenie poglądów i postaw ludzi poza ich świadomością”. Ale czy znowuż takie proste podstawienie nie jest manipulacją? Ponadto słabym punktem tej definicji jest przyjęcie uniwersalistycznej wykładni świadomości jako takiej samej dla wszystkich, a przecież jedni mogą być bardziej niż inni właśnie świadomi manipulacji, więc „przekształcenie” ich poglądów lub postaw nie będzie zachodzić wcale lub będzie zachodzić z ich pełną świadomością lub nawet zgodą, a wtedy nie będzie to manipulacją. Zatem, ten sam przekaz będzie manipulacją dla jednych a nie będzie dla innych. Doprawdy, niełatwo zbudować przekonującą definicję manipulacji, ale kilka lat temu opublikowana została książka, gdzie wszystkie te dylematy występują, i może szkoda, że autor nie powołał się na te rozważania w swoim artykule („Manipulacja w języku”, pod red. P. Krzyżanowskiego i P. Nowaka, Lublin 2004).
Niewątpliwie trzeba jednak zgodzić się z Gackowskim, że „w mediach masowych tkwi zaklęty potencjał ubezwłasnowolnienia odbiorców”, a z drugiej strony, że pokazują one zaledwie wycinek rzeczywistości. Z obydwu powodów odbiorcy mogą być manipulowani, bo jak np. podkreśla autor, media zarabiają na naszej uwadze, tę uwagę muszą sprzedać reklamodawcom, więc zainteresowane są przede wszystkim złymi i szokującymi wiadomościami.
Gackowski pisze, że powinniśmy zachować dystans i roztropność w odbiorze medialnych narracji, które są wypadkową działań wielu podmiotów. Manipulacja jest immanentną cechą funkcjonowania mediów masowych. Brzmi to jak rozgrzeszenie dziennikarzy, a według mnie jest w artykule raczej wciąż tezą do udowodnienia niż już udowodnioną. Bo przecież na przykład fragmentaryczny ogląd rzeczywistości nie jest wyłącznie immanentną cechą telewizji, ale – w szerszym ujęciu, z filozoficznej perspektywy – cechą naszego aparatu percepcji zmysłowej, naszych kategorii intelektu, ram ujmowania rzeczywistości i światoobrazu. Świat poznajemy selektywnie, ale czy to znaczy, że zmysły stale nas wprowadzają w błąd i nami manipulują? Od kiedy z problemem oczywistości zmierzył się Kartezjusz, o świecie naszych snów i wyobrażeń wiemy dużo więcej, a przynajmniej to, że trudno czasem rozróżnić sen od jawy, tak jak trudno odróżnić świat medialny od prawdziwego, bo jakiż miałby on być, jeśli rzeczywistość poznajemy poprzez media (a właściwie znamy ją tylko z mediów - Niklas Luhmann). To są uwagi na marginesie, ale one pokazują, że trudno zgodzić się z „oczywistością” tezy autora omawianego artykułu.
Wydaje się, że na sposobie prezentowanej w artykule rzeczywistości medialnej ciąży ukryty aksjomat – przeświadczenie, że media mogą pokazywać świat w sposób obiektywny, i że istnieje jedna prawda takiego przekazu. W moim rozumowaniu tkwi znowuż przekonanie, że jest to jeden z mitów fundujących dziennikarstwo jako takie, zatem i z autorem omawianego artykułu raczej nie osiągnę pełnego konsensusu. Co nie oznacza, że nie zgadzam się z cząstkowymi wnioskami, z takim na przykład, że zjawisko manipulacji stanowi jeden z najtrudniejszych obiektów badań medioznawczych. Czym innym jest bowiem konwencja medium, skłaniająca do manipulacji, a czym innym intencja nadawcy określonych treści. Mnie osobiście wydaje się, że bez tego drugiego elementu nie możemy mówić o manipulacji, albowiem zakładam jej celowość i intencjonalność. Oczywiście zbadanie tej intencji czy nadanie celu zgodnego z intencjami jest z punktu zewnętrznego obserwatora niezwykle trudne, ale nie jest niemożliwe.
To, czego spodziewałem się po artykule wstępnym, czyli jasnej i przekonującej definicji manipulacji, znajduję w artykule Jacka Ziółkowskiego „Socjotechniczny status manipulacji”. Czytelnik może czuć satysfakcję, gdyż autor wyjaśnia etymologię pojęcia (z łac. manipulus od manus – ręka, manipulatio – manewr, fortel, podstęp), omawia potoczne pojęcia manipulacji, zestawia definicje słownikowe i naukowe manipulacji. Ukazuje też manipulację na tle innych form socjotechnicznych (perswazji, przymusu, przemocy). Co prawda w większości swoich rozważań wykorzystuje modele prof. Mirosława Karwata z książki „Sztuka manipulacji politycznej” (Toruń 1999), ale też przedstawia własne preferencje i podziały metod manipulacji na poznawczą, emocjonalną i taktyczną. Szczególnie interesująca z dziennikarskiego punktu widzenia jest ta pierwsza, w której podstawą jest kontrola przepływu informacji na poziomie selekcji danych, doboru sposobu opisu, narzucania interpretacji, czy monopolizacji procesów komunikacji.
Kolejne artykuły próbują zarysowany w sposób teoretyczny przez Gackowskiego i Ziółkowskiego problem uszczegółowić i przybliżyć na konkretnych przykładach.
O politycznych pseudowydarzeniach pisze Justyna Maguś. Sam termin znany jest w USA od początku lat 6o. XX wieku z pracy Daniela Boorstina „The Image: A Guide to Pseudo-Events in America” (1961). Ten termin przypomina nieco „wydarzenia medialne” Daniela Dayana i Elihu Katza, ale znaczy jednak coś innego. Wprawdzie autorka pisze, że oba pojęcia różnią się tylko tym, że „wydarzenia medialne” skupiają na sobie dużą uwagę mediów i odbywają się bez względu na ich zaangażowanie, a „pseudowydarzenia” dotyczą wydarzeń mniejszego formatu i są zaplanowane dla mediów, ale – moim zdaniem – różnica jest duża, bo oddziela autentyczność od sztuczności, prawdę od kreacji. Oczywiście „wydarzenie medialne” ma charakter wielkiego wydarzenia (są to „konkursy, podboje i koronacje”) a „pseudowydarzenie” jest bardziej kameralne, lecz akurat nie to stanowi o najistotniejszej różnicy między nimi. Ale wróćmy do głównego tematu artykułu Justyny Maguś: pseudowydarzenia z udziałem Jarosława Kaczyńskiego.
Jarosław Kaczyński odwiedził sklep osiedlowy przy alei Żwirki i Wigury w Warszawie 22 marca 2011 roku w czasie kampanii prezydenckiej. Kupił chleb, cukier, mąkę, ziemniaki, itd., za 55 zł i 60 groszy. Całe wydarzenie (a właściwie „pseudowydarzenie”) zostało zaplanowane przez sztab Kaczyńskiego. Niestety – jak pisze autorka – wątpliwości budzi jego zaplanowanie i wykonanie, gdyż zaproszeni dziennikarze tłoczyli się w sklepie, a prezes PiS nie wiedział jak się po nim poruszać. Cechą każdego pseudowydarzenia – podkreśla autorka – jest przykucie uwagi mediów i opinii publicznej na „dłuższą chwilę”. Echa zakupów Kaczyńskiego rozlały się po mediach na kilka dni (choćby w „Wydarzeniach” Polsatu, w programach Moniki Olejnik czy Bogdana Rymanowskiego, w „Fakcie” i w „Super Expressie”). W podsumowaniu autorka pisze, że zakupy aż 69 procent Polaków uznało (wg badań dla „Newsweeka”) za „propagandową porażkę”. Zabrakło w artykule osadzenia pseudowydarzenia w kontekście manipulowania przez media opinią publiczną. Bo co do tego, że wizyta w sklepie była jednak swoistą próbą manipulacji (pytanie: czy skuteczną?), to chyba niewielu telewidzów miało wątpliwości.
Joanna Dziedzic, Marcin Wieczorkowski, Anna Groszek, Maria Koper, Marcin Łączyński i inni podjęli próbę rekonstrukcji manipulacyjnego portretu polskiej prasy. Próbę ambitną i konceptualnie niezwykle trudną, jednak ograniczoną do analizy przekazów medialnych nagłaśniających konflikt o krzyż na Krakowskim Przedmieściu w sierpniu 2010 roku. Autorzy poddali analizie wydania 6 gazet codziennych („Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Nasz Dziennik”, „Polska The Times”, „Super Express” i „Fakt”) z okresu 31 lipca – 12 sierpnia 2010 roku oraz wydań tygodników opinii z tamtego miesiąca („Polityka”, „Newsweek”, „Wprost”, „Gość Niedzielny”, „Gazeta Polska”). Autorzy stawiają pytania: w jaki sposób prasa relacjonowała ten konflikt; czy w tych przekazach prasowych można dostrzec znamiona manipulacji; jakie techniki manipulacyjne zostały zastosowane? Jako kryteria oceny przyjęli m.in. brak ocen wartościujących, bezstronność, obiektywizm, dwustronną argumentację, stronienie od emocjonalizacji przekazu, badanie zdań nacechowanych, charakter związku między tytułem a leadem, itd. Dominującą perspektywą badawczą była analiza uramowienia kwestii, czerpiąca z teorii framingu Ervina Goffmana i jego medioznawczych następców. Koncepcję uramowienia omówiłem w „Studiach Medioznawczych” nr 1/2011, do tego numeru odsyłam wszystkich zainteresowanych.
Joanna Dziedzic i Marian Wieczorkowski przedstawiły przyjętą przez siebie metodę pracy, pokazując etapy swoich dociekań, natomiast szczegółowe wyniki omówiły Anna Groszek i Maria Koper (teksty informacyjne w dziennikach) oraz Katarzyna Murawska i Anna Rzeźnik (teksty publicystyczne w tygodnikach).
Anna Groszek i Maria Koper opisały 12 najczęściej stosowanych w dziennikach chwytów manipulacyjnych, w tym: unikanie prezentacji argumentów jednej ze stron; atak na konkurencyjne media; fałszywe informacje (generalizacje); emocjonalizm przekazu, tendencyjność, cytowanie anonimowych osób, wartościowanie, zapraszanie do wywiadów tylko jednej strony konfliktu. Moją wątpliwość budzi uznanie anonimowych wypowiedzi za manipulację. Mogło tak być, ale przy założeniu, że w ten sposób cytowano osoby w rzeczywistości nieistniejące, bo samo cytowanie źródeł anonimowych nie jest jeszcze błędem warsztatowym czy manipulacją.
Autorki piszą, że tendencyjnie zostali przedstawieni (przez „Nasz Dziennik”) przeciwnicy krzyża, z kolei w „Gazecie Wyborczej” zapraszano do wywiadów tylko jedną stronę, unikając prezentacji opinii przeciwnych przeciwnikom krzyża. W „Polska The Times” dominującym chwytem była emocjonalizacja przekazu, w „Rzeczpospolitej” nierówna pozycja osób reprezentujących skonfliktowane grupy i dużo ocen wartościujących. Wszystkie z wymienionych chwytów występowały w „Fakcie” i w „Super Expressie”, podobnie było też w „Naszym Dzienniku”. Tej ostatniej gazecie badacze przyznali stosowanie największej ilości chwytów manipulacyjnych (średnio 6,33 na tekst); najrzadziej chwyty były stosowane w „Polska The Times” – 1,15 razy na tekst.
Aneta Murawska i Aneta Rzeźnik piszą na początku swojego artykułu „Między perswazją a manipulacją – analiza tekstów publicystycznych”, że granica pomiędzy tymi pojęciami jest nieostra. Perswazja jest wtedy, kiedy człowiek ma świadomość, że jest wywierany wpływ na niego, i gdy z takiego oddziaływania są zadowolone obie strony. Ale trudno – zauważają autorki tekstu – dokonać precyzyjnego odróżnienia w praktyce. Perswazyjność jest z góry wpisana w definicję tekstu publicystycznego. A co z manipulacją? Autorki przyjmują, że zachodzi ona, gdy w tekście pojawiają się: jednostronna argumentacja, mitologizacja lub kompromitowanie jednej ze stron konfliktu, nieproporcjonalne przedstawienie stron konfliktu. Z przeprowadzonej przez nie analizy wynika, że najczęściej owe techniki manipulacyjne stosowały „Gość Niedzielny”, „Przekrój” i „Gazeta Polska”, a najrzadziej „Polityka” i „Newsweek”. Jednak trudność analizy tekstów publicystycznych polega na tym, że ich autorzy mają prawo do wyrazistego zaznaczenia swoich poglądów. Teksty te mają interpretować rzeczywistość, a nic w tym dziwnego – sądzę – że przedstawiają ją zgodnie z oczekiwaniami swoich czytelników. Można się tylko zastanawiać dlaczego niektórym grupom czytelniczym trzeba argumenty wyłożyć bardziej w stylu „kawa na ławę”, a wobec niektórych stosuje się sztukę manipulacji. Czyżby te ostatnie były bardziej nieufne w stosunku do „swojego” medium?!
Na zakończenie przedstawię wywody Marcina Łączyńskiego, autora artykułu „Osie konfliktu w narracji medialnej. Antagoniści i protagoniści”. Antagoniści według tego podziału to aktywni agresorzy, prowokujący konflikt (o krzyż – MP), oceniani na ogół negatywnie, a protagoniści to grupa unikająca konfrontacji, poszkodowana, oceniana zazwyczaj neutralnie lub pozytywnie.
Autor poddał analizie 11 tytułów prasowych. W przypadku „Super Expressu” nie dało się wyodrębnić jednej linii redakcyjnej, akcentowano w nim jedynie sensacyjność wydarzeń; w „Fakcie” za konflikt byli odpowiedzialni politycy; dla „Newsweeka” sprawcami konfliktu byli Jarosław Kaczyński i „obrońcy krzyża”; w „Polityce” dominuje narracja, że jest to konflikt pomiędzy PiS i Kościołem a politykami PO; „Przekrój” potraktował spór personalnie jako zwarcie pomiędzy „obrońcami Krzyża” a aktywistą Dominikiem Tarasem, organizującym akcję przeciwko nim; „Gazeta Polska” podkreślała konflikt pomiędzy „motłochem” (nietrzeźwymi przeciwnikami „obrońców krzyża”) sterowanym przez GW a modlącymi się i spokojnymi „obrońcami krzyża”, wspomaganymi przez dziennikarzy GP. I jeszcze na koniec dwie gazety. „Nasz Dziennik” za antagonistę uważa prezydenta Komorowskiego. Po jego stronie występuję pijana młodzież podburzana przez GW, natomiast ofiarami są obrońcy krzyża. Z kolei w narracji „Rzeczpospolitej” główna oś konfliktu biegnie pomiędzy grupą polityków a Kościołem wspierającym „obrońców krzyża”.
Łączyński ma wątpliwości czy mechanizm ramowania tego konfliktu (przedstawiony powyżej) może być brany za manipulację. Sprawa wydaje się nadal otwarta, natomiast bez wątpienia ciekawym wnioskiem jest ten, kiedy autor stwierdza, że „w Polsce dominuje model lektury tylko jednego informacyjnego tytułu prasowego, co ogranicza szanse, że mniej krytyczni odbiorcy […] wychwycą celowe zabiegi ramowania opisów wydarzeń w sposób zgodny z linią redakcyjną”.
Książka o manipulacji w mediach jest właściwie zbiorem artykułów o niektórych tylko aspektach manipulacji. Jej autorzy analizują głównie sposób opisu konfliktu „wokół krzyża” w polskich dziennikach i tygodnikach. Prezentowane artykuły w niewielkim stopniu odnoszą się do manipulacji w mediach elektronicznych, gdzie oprócz manipulacji słownej mamy często do czynienia z manipulacją dźwiękową czy obrazkową. Autorzy przedstawiają analizę treści jawnych. Nie ujawnia ona jednak głębszych mechanizmów manipulacji, nie sięga poza ilościową i jakościową analizę treści tam, gdzie możnaby się pokusić również o analizę semiotyczną, politologiczną, czy socjologiczną. Mimo, że informuje w jaki sposób MY, odbiorcy mediów, możemy rozpoznać manipulację, to nie daje wskazówek jak się przed nią możemy bronić. To być może jest materiał na kolejną książkę o manipulacji – na analizę gatunków takich jak wywiad telewizyjny, reportaż interwencyjny czy relacja live. Niezależnie jednak od tych kilku krytycznych uwag omówiona wyżej książka, w większości napisana przez studentów i doktorantów UW, jest interesującym przyczynkiem do badania kwestii manipulacji w mediach. Wypada zatem czekać na kontynuację badań, które objęłyby zasygnalizowane wyżej problemy.
Marek Palczewski
12 sierpnia 2012
Autor jest pracownikiem Katedry Dziennikarstwa w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie
.jpg)
*Manipulacja w mediach. Media o manipulacji, pod red. Tomasza Gackowskiego i Joanny Dziedzic, Instytut Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2011, ss. 283 (autorzy: Tomasz Gackowski, Joanna Dziedzic, Jacek Ziółkowski, Marek Kochan, Łukasz Szurmiński, Bartłomiej Brach, Wojciech Walczak, Kamil Bolek, Justyna Maguś, Martyna Tomiczek, Marcin Wieczorkowski, Anna Groszek, Maria Koper, Katarzyna Murawska, Anna Rzeźnik, Marcin Łączyński, Żaneta Czyżniewska, Natalia Tracichelb, Ilona Witczak).
