Prawie wszyscy polscy korespondenci, którzy regularnie pracują w strefie frontu są freelancerami i sami muszą się troszczyć o swoje bezpieczeństwo. Nawet sami muszą sobie kupować kamizelki kuloodporne, czy hełmy.
Konflikt na Ukrainie trwa już piąty rok. Od samego początku relacjonują go też polscy korespondenci. Niektórzy na front przyjeżdżają na chwilę, inni tygodniami mieszkają z ukraińskimi żołnierzami w okopach, schronach lub prowizorycznych bazach. Polacy są świadkami ostrzałów artyleryjskich, a ich obecność nie unika także uwadze snajperów. Ryzykują zdrowie i życie, chociaż często nawet w krytycznej sytuacji, nie mogą liczyć na pomoc własnych redakcji. Wbrew utartym opiniom zazwyczaj zaprzeczają, że na front pcha ich adrenalina. Mają poczucie obowiązku i świadomość, że ktoś tę pracę musi wykonać, pokazać tragedię i bliskość wojny.
Dla wielu polskich dziennikarzy stale opisujących rosyjską agresję na Ukrainę kluczowym momentem były wydarzenia na kijowskim Majdanie na przełomie 2013 i 2014 roku. Dla części to w ogóle początek pracy na Ukrainie, dla niektórych początek dziennikarstwa. Dawid Wildstein, który relacjonował przebieg Rewolucji Godności stwierdził, że przyjeżdżaliśmy tam jak zwykli dziennikarze, a staliśmy się korespondentami wojennymi. W pewien sposób może nawet wbrew wcześniejszym doświadczeniom życiowym, bez odpowiedniej wiedzy, przygotowania. Zimowe czapki trzeba było najpierw zastępować plastikowymi kaskami budowlanymi, a z czasem wojskowymi hełmami. Szczęście mieli ci, którym udało się zorganizować kamizelki kuloodporne.
Szybko też się okazało, że pomarańczowe kamizelki z napisem „Press” często dla funkcjonariuszy reżimu Janukowycza stanowią wręcz upragniony cel. To co powinno chronić, okazywało się, że wywołuje furię u tych, którzy bali się pokazywania prawdy.
To stopniowanie przemocy na Majdanie, przejście od kul gumowych, do ostrej amunicji, snajperskich ostrzałów, porażające eksplozje granatów hukowo- błyskowych w jakimś stopniu też hartowało. Dla wielu mniej przerażająca stała się zatem decyzja, by praktycznie z Majdanu prosto pojechać na front. Piotr Andrusieczko pracujący dla „Gazety Wyborczej” i „Outriders”, który przeszedł przez Majdan i od razu pojechał na wschód i Krym stwierdza wprost: „Na szczęście dla takich dziennikarzy, jak ja, wydarzenia i wojna miały pewien bieg – eskalację, która była rozłożona w czasie. Nie wiem, czy poradziłbym sobie, jeślibym od razu/na początku trafił np. pod ostrzał artyleryjski. A tak, mimo, ze nadal boję się ostrzałów artyleryjskich, to potrafię sobie z tą sytuację poradzić.”. Andrusieczko, mimo że jest jednym z polskich dziennikarzy, który najwięcej czasu spędził na froncie, unika wprost nazywania się korespondentem wojennym, mówiąc o sobie, że jest „dziennikarzem, który relacjonuje wojnę na Ukrainie”, ale nie ukrywa, że wojna w jakiś sposób też fascynuje: „Front to też adrenalina, który nas przyciąga. Często jechałem, bo chciałem to poczuć, i tak samo często przeklinałem swoją decyzję na miejscu – po co znów tu przyjechałem? Ale zawsze też szybko przychodziło zrozumienie, ze to ważne, żeby pokazać co się tam dzieje – nie tylko żołnierzy w okopach, ale bardziej to co odbywa się z cywilami uwikłanymi w wojnę.”
Bianka Zalewska (TVN, Espreso TV) stwierdza, że nie spotkała dziennikarzy, którzy wtedy chcieliby być korespondentami wojennymi. Żaden ze znanych jej dziennikarzy nie miał też odpowiedniego do tego przygotowania, a niektórzy po prostu korespondentami zostali przypadkowo. Szczególnie dotyczy to dziennikarzy ukraińskich, którzy znaleźli się w sytuacji bez wyjścia: to wojna przyszła do nich. Ale jednocześnie dodaje: „Jak już raz tam trafiłeś, to trudno tam nie chcieć wracać”. Według niej nie jest to jednak kwestia adrenaliny. Wręcz przeciwnie – odkąd zaczęła jeździć na front, zaczęła tez unikać w codziennym życiu wszystkich dodatkowych sytuacji, w której adrenalina byłaby potrzebna : „Już nie tylko nie skoczę na bungee, ale nawet nie wsiądę na karuzelę. Nie jeżdżę szybko samochodem, a nawet zrezygnowałam z szybkiej jazdy moim motocyklem”. W 2014 roku samochód, którym się przemieszczała w strefie frontu był ostrzelany, dziennikarka trafiła w ciężkim stanie do szpitala. Po zaledwie pięciu miesiącach znów pracowała na froncie. Bianka przyznaje, że wojna spowodowała, że nabrała wiele pokory wobec życia. Swoje wyjazdy traktuje jak misję, a jej głównym celem jest pokazać niezwykłe i inspirujące historie ludzi, historie, w których skupiają się losy Ukrainy, czy regionów objętych wojną. Bianka m.in. tworzy reportaże o losach ukraińskich żołnierzy po powrocie do domu. Jej autorstwa jest także reportaż o Aminie Okujewej – Czeczence z polskimi korzeniami, która z wyboru stanęła po ukraińskiej stronie i najpierw była lekarką na Majdanie, a potem walczyła jako snajper na froncie, a została zabita w wyniku zamachu pod Kijowem. Na linii frontu często polscy dziennikarze są pytani czy znają Biankę. Jeśli umie się tę znajomość potwierdzić, rozmówcy od razu stają się bardziej otwarci, zdobywa się kredyt zaufania. Czasem żołnierze proszą o zdjęcie Bianki. Fascynuje ich, że korespondentem wojennym jest atrakcyjna, drobna dziewczyna i to w dodatku, która na front przyjeżdża z Polski. „Napisz, że tęsknimy za nią” - tak ostatnio prosili mnie ukraińscy żołnierze walczący w Szyrokino nad Morzem Azowskim.
Bianka nie ukrywa, że znajdowała się w sytuacjach, w których dokonywał się wybór pomiędzy cienką linią niezaangażowanego dziennikarza, a bycia po prostu człowiekiem: „Tak, opatrywałam rannych na ługańskim lotnisku, gdzie był tylko jeden medyk, pomagałbym rannym bez względu na ich narodowość i po której stronie walczą”. Zaangażowała się również w pomoc humanitarna dla ukraińskich cywili, za każdym razem przywożąc w strefę frontową potrzebne artykuły, lekarstwa, pomagając w organizacji leczenia.
Nazwy korespondentka wojenna nie unika Monika Andruszewska pracująca dla „Tygodnika Powszechnego” i od niedawana dla PAP. Monika w strefie frontowej przebywa za każdym razem długo, czasami nawet po kilka tygodni. Według niej tylko takie pobyty pozwalają na pełne zrozumienie tych wydarzeń: „W czasie 2-3 dni możesz nie zobaczyć co się tam dzieje, nie trafisz akurat na ostrzał i przekażesz nieprawdziwy obraz wydarzeń”
Wspomina, że gdy dotarła do poddnieckich Piskiw, to planowała trzydniowy pobyt, ale na miejscu zrozumiała, że musi zostać dłużej: „Miałam wrażenie, że już nawet sama obecność dziennikarza z Zachodu może wpłynąć na to, że to jednak inaczej, lepiej się skończy i że jednak musi ktoś być, kto będzie tego wszystkiego świadkiem, że muszę zgromadzić dowody popełnianych przez agresorów zbrodni”. Monika wyjechała z Piskiw w przededniu upadku ukraińskich obrońców donieckiego lotniska w 2015 roku. Była świadkiem najcięższych walk. Stałym tematem jej materiałów są historie zaginionych ukraińskich żołnierzy, opisuje również losy osób wziętych do niewoli. Jej działalność też wykracza poza zwyczajne dziennikarstwo: w 2018 roku była współinicjatorką wyjazdu do Brukseli rodzin ukraińskich jeńców przetrzymywanych w Rosji. Dla rodzin, których ojcowie, mężowie, synowie wciąż przebywają w niewoli był to ważny element walki o ich uwolnienie. Według polskiej korespondentki wojna nie kończy się na linii frontu. Odczuwa to szczególnie w rozmowach z bliskimi tych, którzy zginęli, biorąc udział w procesie poszukiwania ciał, identyfikacji DNA.
Jak większość korespondentów Monika działa tylko po jednej stronie frontu. Według niej bowiem ten sam dziennikarz nie może relacjonować wydarzeń z dwóch stron frontu, bo grożące mu niebezpieczeństwo wpływa na rzetelność jego materiałów. Ukraina też daje możliwość swobodnej pracy, której nie ma po stronie tzw separatystów, czy Rosji. Podkreśla, że z robieniem krytycznych wobec Ukrainy materiałów nie mają problemów nawet ukraińscy dziennikarze, a krytyczny materiał o „drugiej stronie” w najlepszym wariancie spowodowałby zakaz wjazdu na tereny kontrolowane przez formacje prorosyjskich separatystów.
Monika zwraca też uwagę na olbrzymie obciążenie psychiczne korespondentów wojennych, którzy często powinni potrzebować specjalistycznego wsparcia psychologów.
Niestety tylko nieliczne redakcje mogą pozwolić sobie na wykupienie pełnego ubezpieczenia dla korespondentów, a właściwie prawie wszyscy polscy korespondenci, którzy regularnie pracują w strefie frontu są freelancerami i sami muszą się troszczyć o swoje bezpieczeństwo. Nawet sami muszą sobie kupować kamizelki kuloodporne, czy hełmy. Ich ubezpieczenia nie obejmują strefy konfliktów. Dziennikarka zwraca uwagę, że takiej pomocy mogłyby udzielać, polskie organizacje zrzeszające dziennikarzy np. poprzez specjalny fundusz, czy użyczanie sprzętu, który mógłby zwiększyć bezpieczeństwo pracy.
Dziennikarze rzadko korzystają na froncie z widocznych oznaczeń PRESS, niebieskich kamizelek, które z daleka mogłyby zdemaskować ich pozycję i znajdujących się obok żołnierzy. Podobnie jak ci drudzy muszą wtapiać się w otoczenie. Zresztą tyko wtedy ich praca pozwala na udział w autentycznych, a nie reżyserowanych sytuacjach. Zdejmuje to z nich specjalny status dziennikarza, ale na froncie i tak nikt nie wierzy, że ten status przed czymś chroni. Kilka dni temu, gdy zbytnio wychyliłem się z okopu oddalonego o kilkaset metrów od pozycji tzw separatystów dbający o moje bezpieczeństwo ukraiński żołnierz ściągnął mnie w dół i spokojnie stwierdził: „Uwierz mi: twoja legitymacja ani nie chroni cię przed kulą snajpera, ani przed ułamkami moździerza. Lepiej nie wychylaj zbytnio głowy”.
Paweł Bobołowicz, korespondencja ze strefy frontu w okolicach Mariupola


Fot. Paweł Bobołowicz, Radio Wnet
