Przy czytaniu „Ekspresu reporterów”, autorstwa głośnych przed kilkoma dekadami reportażystów*, ze wzruszenia łza w oku się kręci. Bo myślałem, że również ten gatunek podzielił los innych i został pochłonięty przez Internet, w którym każdy może pisać wszystko o wszystkim i jak chce, lekceważąc wszelkie rygory, nade wszystko umysłowe....
Dziś satyra w wolnym kraju, bez cenzury, prawie sczezła. Staliśmy się bowiem, po przejściach ostatnich siedemdziesięciu lat, narodem osobników ponurych....
Wstydzę się, że muszę tu pisać o własnej książce „Zmagania z Ojczyzną staroświeckiego Polaka”, przecież była ona omawiana na tym portalu piórem Anny Malinowskiej 10 listopada br. Doprawdy, można mnie posądzić o pychę, nieposkromioną megalomanię.
Ale przywołuję tę książkę, ażeby przedstawić garść spostrzeżeń, mówiąc górnolotnie, o kul....
Temat studiów dziennikarskich przykuwa uwagę społeczną od co najmniej stu lat. I niepotrzebnie, bo do uprawiania naszego zawodu wcale nie jest potrzebna akademicka rozległa wiedza zawodowa....
Indianie szczycili się swymi wrogami, byli dumni, gdy musieli walczyć z nieprzyjacielem potężnym. W naszej cywilizacji jest akurat odwrotnie, im silniejszy przeciwnik, tym większą budzi reakcję obronną, w której nie ma miejsca na żaden szacunek ani podziw.
A jednak niespodziewanie rozmowa telefoniczna ze Stefanem Niesiołowskim z przedostatniego dnia maja br. napełniała mnie, może nie dumą, lecz z całą pewnością ukontentowaniem. Otóż pracuję od pewnego czasu nad większą rozprawką dotyczącą rzeczywistości sprzed ponad czterdziestu lat, do której, aby była rzetelna, potrzebuję kilku wyjaśnień Stefana Niesiołowskiego i Andrzeja Czumy. Albowiem byli oni wówczas, bez przesady, bohaterami w walce z reżymem pezetpeerowskim.
A ponieważ Niesiołowski jest jeszcze posłem, choć już nie wicemarszałkiem, zadzwoniłem do jego biura poselskiego prosząc o rozmowę. Czekałem tylko półtora dnia na reakcję. I doznałem radości - oto sam pan poseł, ekswicemarszałek, pofatygował się powiedzieć mi, przez telefon, że przeczytał moją książkę „Rzeczpospolita - duma i wstyd” i dlatego nie będzie ze mną rozmawiać.
Poczułem się jak Indianin - dumny, że moje tytułowe duma i wstyd tak zraziły pana posła, iż stał się moim jawnym nieprzyjacielem. Ciekawi mnie jedynie, ale tego się już nie dowiem, bo nie ma sposobu, żeby mi to powiedział, co go bardziej w tej pracy rozłościło? Wstydu przecież nie odczuwa, dumę zagłuszył pychą, wrzaskiem, ordynarnością i zwykłą głupotą.
W każdym razie uświadomił mi, że spełniłem tą książką, która od ponad roku jest w księgarniach, moje zamierzenia – napiętnowanie zła publicznego dzisiejszej Rzeczypospolitej, zła, które czyni, oczywiście między innymi, poseł, ekswicemarszałek, Stefan Niesiołowski.
Następnego dnia, 31 maja, spotkałem Andrzeja Czumę na konferencji ipeenowskiej o tzw. drugim obiegu myśli politycznej w PRL i państwach bloku sowieckiego. Wcześniej pożyczyłem mu tę książkę, która zraziła do mnie jego kolegę (wcale nie eks), aby go do siebie zjednać w tym samym celu co Niesiołowskiego. Naiwny. Czuma powiedział: „pisze pan tylko to co, panu odpowiada, a pomija fakty niewygodne”. Poprosiłem, żeby je wskazał, odrzekł – „ach, to gruba książka, trudno wskazać”.
Kto od kogo uczył się bezwstydu antykultury polemik: Czuma od Niesiołowskiego, czy Niesiołowski od Czumy?
*
Trzeba nie mieć dobrego smaku, żeby cytować Norwida: „nie jest światło, by pod korcem stało…” - w celu ujawniania prawd, które jedynie mają obrażać człowieka. Stanisław Michalkiewicz niedawno na łamach „Naszego Dziennika”, wykorzystując tę metaforę, upaja się rewelacjami Doroty Kani, która dawno temu, w grudniu 2010 r., napisała w „Gazecie Polskiej” o korzeniach etniczno-środowiskowych żony prezydenta Bronisława Komorowskiego.
Jest Żydówką i pochodzi z rodziny ubeckiej. Rzeczywiście, może się wstydzić, że jej rodzice byli etatowymi pracownikami UB. Ale czy to jej wina? Przecież nie ona dokonywała tego wyboru. A jaki wpływ miała na to, że jest Żydówką?
Jak te prawdy, owo „światło niestojące epod korcem”, determinują czyny Komorowskiego i jako człowieka, i jako prezydenta? W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych Komorowski mając żonę Żydówkę ze środowiska ubeckiego należał do opozycyjnego, niepodległościowego Ruchu Obrony Praw Człowiek i Obywatela. I kilka lat temu, już jako poseł PO, uczestniczył w uroczystościach 30 rocznicy powstania ROPCiO. Jego koledzy z tamtych czasów i tamtej organizacji wspominają go mile. Wiemy ponad wszelką wątpliwość, że nie donosił, że jego żona również nie donosiła. Co więcej - w polskoludowym harcerstwie razem z Macierewiczem i Naimskim (Żyd! Będzie nowy „felieton” Michalkiewicza) należała do tzw. czarnej drużyny, kontestującej, w miarę ówczesnych możliwości, reżym pezetpeerowski.
Ani więc prezydent, ani jego żona nie mają na sumieniu żadnego przeniewierstwa narodowego, w przeciwieństwie chociażby do Radosława Sikorskiego czy Tuska. Po co więc fascynować się i epatować czytelników pochodzeniem żony? Michalkiewicz niby wie, że są to czynności jałowe i brzydkie, gdyż ironizuje: „…niczego nieprzyzwoitego w tym przecież nie ma, no nie? No bo cóż nieprzyzwoitego może być w fakcie, że ktoś jest z pochodzenia Żydem albo – dajmy na to – ubekiem?” Ta retoryka jest, powtórzę za Herbertem, przejawem braku dobrego smaku, który zawstydza. Lecz niestety nie autora a odbiorcę jego elukubracji potraktowanej przez gazetę jak felieton pod niewyszukanym tytułem „Teraz można to ujawnić!” (dlaczego teraz, skoro ujawniono już półtora roku temu?)
Czy Komorowski jest złym prezydentem dlatego, że jego małżonka ma korzenie żydowsko-ubeckie? Komorowski jest oczywiście bardzo złym prezydentem, lecz z zupełnie innych powodów. O pewnych jego nierozumnościach i ułomnościach, szczególnie jednej uwłaczającej godności Rzeczypospolitej Polskiej, pisałem na tych łamach w numerze 7-8 br.
Michalkiewicz kpi z ludzi, nie z ich czynów, dla, jakby powiedział Witkacy, frajdy, aby zaś nadać tej „frajdzie” znaczenia politycznego uznaje owe korzenie żydowskości i ubeckości żony prezydenta za narzędzie „roztoczenia nad Narodem tubylczym odpowiedniego nadzoru”. Konstrukcja myślowa absurdalna, której nie powstydziłby się Jerzy Urban, z tą różnicą, że wyraziłby nią diametralnie odmienne treści..
Bo pomyślmy: Komorowski żeniąc w latach siedemdziesiątych z Anną Dembowską (po zmianie poprzedniego nazwiska całej rodziny żydowsko-ubeckiej) wiedział, że dzięki niej i jej środowisku, roztoczy po czterdziestu latach nad nami nadzór żydowsko-ubecki…