http://www.jacekwegner.pl
 
 
O poprawie Rzeczypospolitej księga pierwsza
Jesteśmy niefrasobliwi; na rynku księgarskim ukazują się zapisane wspaniałe myśli Polaków o naprawie Rzeczypospolitej, a opinia publiczna albo o nich nie wie wcale, albo wie o wiele za mało, albo wiedząc, zupełnie się nimi nie interesuje. I wyznaje bezmyślnie to, co znakomita większość mediów propaguje na swych łamach – poglądy partii rządzącej i jej koalicjantów czy sojuszników ideologicznych.
Stąd gdyby zapytać zwykłego zjadacza chleba, co Jarosław Kaczyński powiedział publicznie tak nagannego o kanclerz Angeli Merkel, naszej „sojuszniczce”, że przegrał, że musiał przegrać, wybory, to niechybnie odpowiedziałby z miną srogą: „straszne rzeczy, o których nie powinien był mówić”. A jakie? Pytać daremnie. Opinia publiczna kształtowana przez media wcale nie łaknie konkretów, faktów uzasadnień - wystarczą same nazywania i gołosłowne opiniowania, a najbardziej pożądane są epitety i inwektywy, one stanowią istną rozrywką mas, niczym igrzyska w starożytnym Rzymie.
Na tym m. in. polega wielkość umysłowa i moralna Jarosława Kaczyńskiego, że artykułuje dosadnie i  u z a s a d n i a  dokładnie to, co prostolinijni - a więc nieliczni - Polacy powinni wiedzieć o współczesnych Niemcach...
 
Ktoś niedawno powiedział, że jeśli Polskę dzisiejszą wszyscy chwalą, to znaczy, że nikt jej nie szanuje, nikt się jej nie obawia, nikomu nie wadzi. A przecież wiadomo, że II Rzeczpospolita, którą stworzył Piłsudski i ukształtował przy współudziale rzecz jasna wielu ówczesnych polityków, o formacie dzisiaj już niespotykanym, była nielubiana w świecie.
W polityce bowiem nie lubi się tego podmiotu, który jest większy, narzuca innym swe interesy, swą wizję etc. Nie znosiła ojczyzny naszych ojców, dziadów pradziadów przede wszystkim Rosja carska i sowiecka. Nie cierpieli jej Niemcy ani w Republice Weimarskiej, ani tym bardziej po 1933 roku. Polska denerwowała swą konsekwentną polityką absolutnej suwerenności Anglię i Francję, choć oba te państwa ostatecznie, dzięki ekwilibrystycznym zabiegom naszych dyplomatów, zawarły z Rzecząpospolitą sojusz obronno-zaczepny; był to jednak z ich strony układ tchórzliwy, więc wyrachowany, wiarołomny, kierujący się wyłącznie egoizmem. Tymczasem dzisiaj „jest charakterystyczne (…) – pisze lider PiS w „Polsce naszych marzeń”– że równowagę i spokój zapewnia tylko wykorzystywanie aparatu państwowego, czyli coś, co jest typowe dla krajów na wchód od Polski. To jest przenoszenie Polski na wschód”.
Obaj Kaczyńscy są – prezydent był – spadkobiercami Piłsudskiego, dlatego właśnie niedarzeni sympatią przez Wschód i Zachód oraz sporą część ich własnego narodu. Ile inwektyw formułowano pod adresem Marszałka i ile, z jakich ust, i spod czyich piór, były - i są – publikowane kalumnie na  obu Kaczyńskich!
Więc w rozprawie „Polska naszych marzeń” Jarosław Kaczyński – wyborny, jak się okazuje publicysta, a niefortunny polityk – wyraża o Angeli Merkel wyłącznie prawdę, i to uładzoną, spokojną, wyważoną, powiedziałbym nawet, kurtuazyjną. A tymczasem trzy czwarte Polski bezmyślnie powtarza za cynikami i hochsztaplerami politycznymi w rządzie, partiach i mediach, że obraził…
Kogo? Kanclerz Merkel, Niemców? Napisał tylko to: „Merkel ze względu na to, że pochodziła z NRD, odwoływała się do pewnej wspólnoty losu, do znajomości tamtej rzeczywistości. Często podkreślała, że (…) znała socjalizm (…), że powinno się z nią inaczej rozmawiać(…). To było takie zmiękczanie partnera. Nie ma natomiast wątpliwości, że Merkel reprezentuje to pokolenie polityków niemieckich, które chce odbudować mocarstwowość Niemiec. Elementem tego jest strategiczna oś z Moskwą, a w tym może przeszkadzać Polska, czyli nasz kraj musi być w jakiś sposób podporządkowany(…) a ta polityka jest realizowana innymi metodami niż kiedyś, ale nadal jest w tym dość bezczelne nieliczenie się z nami(…). To Polska za rządów Donalda ze wszystkiego zrezygnowała, natomiast Niemcy łatwo nie rezygnują, szczególnie wobec słabego partnera (…) Trzeba się kierować względami politycznymi, czyli najpierw musimy wyrównać poziom gospodarczy. A potem możemy sobie pozwolić na „”wspólne”” inwestycje. W przeciwnym razie pewnego dnia obudzimy się w mniejszej Polsce”. Zupełnie  jakby czytało się lub słuchało Piłsudskiego czy nawet Romana Dmowskiego, gdyż tu akurat schodziły się poglądy obu tych zantagonizowanych – i to bardzo –  wybitnych polityków dwudziestolecia międzywojennego. 
I co? Za te jakże słuszne, odważne, m ą d r e myśli wynikające z naszego doświadczenia dziejowego Kaczyński został wobec całego narodu poniżony, a niepotrzebnie się tłumaczył w enuncjacjach prasowych. Jego zaś śp. Brat, o którym prezes PiS pisze, że wobec Zachodu i Wschodu, prowadził grę niewywołującą ostrego konfliktu, ale też niedającą partnerom możliwości narzucania III RP ich woli - był lżony w kraju, w Niemczech (a jakże!) i we Francji, a w Rosji okrzyczany rusofobem i dlatego zginął. Tak jak zginął Władysław Sikorski. Lech Kaczyński prowadził też gry ze Stanami Zjednoczonymi; uważał, że ich tarcza antyrakietowa (notabene przepadła po dojściu do władzy „demokraty”, czytaj: oportunisty wobec Rosji) była o wiele ważniejsza politycznie niż militarnie.
Powie ktoś, że krnąbrna polityka Piłsudskiego wobec partnerów doprowadziła II Rzeczpospolitą do katastrofy i zagłady. A było i jest inne wyjście, ażeby zachować tożsamość państwowo-narodową? Przecież myśmy ostatecznie moralnie wygrali i II wojnę światową, i stalinizm, i pezetpeeryzm, albowiem dzisiaj duża część Polaków, acz doraźnie zagubiona w meandrach cynicznej polityki, poczuwa się jednak mniej czy bardziej świadomie do sukcesji po wielkości kultury I i II Rzeczypospolitej. Gdyby nie nasze boje od roku 1939 o suwerenność duchową, nie mielibyśmy ani Wyszyńskiego, ani tym bardziej papieża. Kilka milionów niewinnych patriotów zabitych, skatowanych w latach 1939-1989 uratowało dusze pokoleń współcześnie żyjących. Prędzej czy później – i raczej prędzej - skutki tego męczeństwa oraz działalności Wyszyńskiego i papieża ocalą ostatecznie naszą godność ludzką, narodowo-państwową oraz chrześcijańską, jedynie  c h w i l o w o  nadwątloną. Jak pokazują nasze dzieje, jesteśmy zbyt dumnym narodem, żeby na zawsze zawładnęły nami biesy emanujące zło z dzisiejszych najwyższych władz - t y m c z a s o w y c h - państwa.
Polityk polski – utrzymuje Jarosław Kaczyński wciąż idąc tropem rozumowań i działań Marszałka – „musi wiedzieć, że ze względu na  specyficzną sytuację Polski trzeba się przeciwstawiać wszystkim i umieć to psychicznie oraz moralnie znosić”. Lech Kaczyński neutralizował w sobie napięcia, które sam wytwarzał swą polityką na wskroś niezawisłą od nikogo, lecz nie zdołał uniknąć przemocy fizycznej wrogów wewnętrznych i zewnętrznych. Oddał więc życie za wierność tradycji wielkiej, republikańskiej Polski.
 
O „Polsce naszych marzeń” Jarosława Kaczyńskiego trzeba by pisać uczone rozprawy, wprowadzić tę książkę do kanonu lektur obowiązkowych na akademickich kierunkach politologicznych. Trafnością spostrzeżeń i słusznością niektórych postulatów przypomina bowiem - nie przesadzam – „O poprawie Rzeczypospolitej ksiąg czwore” przetłumaczonej na polski przez Cypriana Bazylika i wydanej w roku 1577, to jest pięć lat po śmierci Andrzeja Frycza Modrzewskiego, autora pierwowzoru łacińskiego. Oczywiście mutatis mutandis – abstrahując od niedających się w żadnym wymiarze zestawić kondycji cywilizacyjnej i uwarunkowań politycznych tamtych i naszych czasów. Wszelako pragnienia są podobne. Zresztą uczone, jeśli można tak powiedzieć, marzenia Modrzewskiego zostały w dużej części spełnione w jego ojczynie po ponad 200 latach – w powstaniu Komisji Edukacji Narodowej, w uchwałach i ustawach Sejmu Czteroletniego; a poza Rzeczpospolitą w konstytucji i ustroju Stanów Zjednoczonych oraz... na Soborze Watykańskim Drugim.
Wizje Kaczyńskiego nie są naturalnie tak uniwersalne jak Modrzewskiego, gdyż odnoszą się wyłącznie do Polski, lecz podobnie ogarniają najważniejsze dziedziny życia państwowego. Kaczyński z precyzją niemal sejsmograficzną obnaża wiele ułomności III Rzeczypospolitej: pisze o szkołach - złej edukacji, o obyczajach - nietolerancji partii rządzącej, o niewydolności gospodarki, systemu finansowego, o braku podstawowych swobód obywatelskich, hipertrofii biurokracji…. No to można się spodziewać w najbliższej przyszłości nowych marzeń o wielkiej Polsce w księgach o Kościele – jego misji na razie nie najlepiej spełnianej, o prawach - czyli gnijącym wymiarze sprawiedliwości i epidemii korupcji oraz zgubnej dla biologicznego trwania narodu systemu ochrony zdrowi i polityce prorodzinnej, o wojnie – czyli prowadzeniu takiej polityki zagranicznej, która by już nigdy nie wikłała nas w konflikty zbrojne; trudne to, ale czy nie niemożliwe?
            Autor zaskakuje też nieuprzedzonych do siebie czytelników swymi nieznanymi dotychczas zdolnościami – wnikania w ludzką psychikę, odkrywania psychicznych tajemnic swych partnerów i przeciwników politycznych. Kreślone przezeń ich sylwetki psychologiczne aż, by tak rzec, wprawiają w osłupienie swą odkrywczością, znawstwem najtajniejszych postaw i działań głównych aktorów sceny politycznej. O premierze Donaldzie Tusku pisze na przykład: „(…) siedzieliśmy niedaleko siebie Sejmie. I widziałem, jak dostawał czasami ataku agresji wobec kobiet (…) Jego wystąpienia sejmowe były coraz agresywniejsze . Wiązałem to z jego przeobrażeniem w kampanii wyborczej. Znaleźliśmy dokumenty (…), które mówiły o trenowaniu z Tuskiem socjotechniki ataku, dezawuowania, robienia agresywnej propagandy oderwanej od faktów (…) Tusk straszył tym, co ma się stać z ekonomią, gdy będziemy rządzić (...). On się coraz bardziej zapamiętywał w tych atakach i to było przemyślane socjotechnicznie, ale Tusk się naprawdę w to wczuwał, a nawet się w tym zatracał.”
 
            Marzenia Kaczyńskiego nie wywołały, jak rzekłem na początku, głębszego i szerszego rezonansu. W najpoważniejszym – jeszcze! - dzienniku „Rzeczpospolita” (5-6 listopada 2011), w rubryce „Bestsellery” autor (niepodpisany) napisał o tej książce, dosłownie, łącznie z interpunkcją, a raczej jej braku: „Jarosław Kaczyński Polska naszych marzeń (drukarnia Akapit). Boże, jaki piękny tytuł! I znacznie mniej piękna katastrofa”. Tylko tyle miał do powiedzenia.
Boże, uchroń więc nasze wytwory umysłu i materializacje werbalne szlachetnych przeżyć przed nonszalancją wielu dziennikarzy III Rzeczypospolitej.
 
                                                                                      Jacek Wegner  

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl