Przy czytaniu „Ekspresu reporterów”, autorstwa głośnych przed kilkoma dekadami reportażystów*, ze wzruszenia łza w oku się kręci. Bo myślałem, że również ten gatunek podzielił los innych i został pochłonięty przez Internet, w którym każdy może pisać wszystko o wszystkim i jak chce, lekceważąc wszelkie rygory, nade wszystko umysłowe....
Dziś satyra w wolnym kraju, bez cenzury, prawie sczezła. Staliśmy się bowiem, po przejściach ostatnich siedemdziesięciu lat, narodem osobników ponurych....
Wstydzę się, że muszę tu pisać o własnej książce „Zmagania z Ojczyzną staroświeckiego Polaka”, przecież była ona omawiana na tym portalu piórem Anny Malinowskiej 10 listopada br. Doprawdy, można mnie posądzić o pychę, nieposkromioną megalomanię.
Ale przywołuję tę książkę, ażeby przedstawić garść spostrzeżeń, mówiąc górnolotnie, o kul....
Temat studiów dziennikarskich przykuwa uwagę społeczną od co najmniej stu lat. I niepotrzebnie, bo do uprawiania naszego zawodu wcale nie jest potrzebna akademicka rozległa wiedza zawodowa....
Protagoniści Unii Europejskiej mówią, że wspólnota musi być nowoczesna, a wyrasta z tych samych korzeni: dorobku starożytnejGrecji, Rzymu (choć mniej) i rewolucji francuskiej. To znaczy, że chrześcijaństwo będzie zastąpione ideologią jednego nowoczesnego państwa, a ludność dawnych narodów wyzbędzie się wszelkich partykularnych tożsamości, gdyż każdy patriotyzm jest anachroniczny, a więc szkodzący nowoczesnej Europie i w ogóle postępowemu światu. W tej zunifikowanej „kulturze” kontynentu Polska ma być bez krzyża i orła. I dopiero wtedy będzie to zgodne z wiecznie żywą - i ożywczą – spuścizną Wielkiej Rewolucji Francuskiej.
Kopia plakatu rewolucji francuskiej z napisem:
jedność, niepodzielność Republiki,
Wolność, Równość, Braterstwo albo śmierć
Maksymilian Robiesspiere przed wejściem w roku 1794 na gilotynę, która przed nim obcinała głowy jego oponentów rewolucyjnych, miał podobno powiedzieć, że rewolucja przegrała, gdyż wypowiedziała walkę Kościołowi. I wcale nie było w tej ocenie refleksji metafizycznej, bo przewodniczący Komitetu Ocalenia Publicznego oraz jego towarzysze rewolucjoniści - ówcześni i późniejsi - „ocalający” nie mieli i nie mają zdolności rozumowania przekraczającego granicę doczesności materialnej. A jednak wypowiedział prawdę. Oto lud francuski, zwłaszcza wandejski, odwrócił się od rewolucjonistów niszczących, z okrucieństwem równym później rosyjsko-bolszewickiemu i niemiecko-hitlerowskiemu, ich odwieczną kulturę, której krzewicielem i strażnikiem od ponad tysiąca lat był Kościół katolicki. Żaden ze znanych w historii reżymów próbujących usunąć religię i Kościoły z życia publicznego nie osiągnął celu. Wprost przeciwnie – doprowadzał do odnowy religijnej. Zauważmy, co dzieje się dzisiaj w Rosji, po prawie stuletnim zaprogramowanym, ateizowaniu społeczeństwa? Następuje renesans prawosławia, tak silny, że jego obrządkom muszą się nolens volens w obawie przed utratą władczego autorytetu podporządkować wychowani przecież w duchu skrajnie antyreligijnym przywódcy państwa.
. Rewolucja francuska głosiła szczytne, jak nam wmawiano, idee. Albowiem jej aksjologię wyrażają niby trzy słowa: „wolność, równość, braterstwo”. A czy wiemy, że był jeszcze spójnik przeciwstawny, powiedziałbym: alternatywny, wobec owych trzech pojęć i rzeczownik? Dosłownie: „wolność, równość, braterstwo albo śmierć”.
Nie ma lewicy demokratycznej
Usłyszmy tu chichot. Od roku 1789 w strugach krwi padało królestwo francuskie, a po piętnastu latach powstało cesarstwo, jeszcze bardziej despotyczne, zaborcze i wojownicze. Napoleon narzucił jednak nową, bardziej demokratyczną konstytucję, scentralizował administrację, usprawnił systemy finansowy i prawny, spełnił, nieświadom, postulaty naszego Andrzeja Frycza Modrzewskiego z połowy XVI w. i wykorzystał, tu może już świadomie, doświadczenia naszej, sprzed ponad trzydziestu lat, Komisji Edukacji Narodowej podporządkowując szkolnictwo państwu.
Francja, a z nią kraje Europy zachodniej, zmieniały oblicza. Wszelako zaczęły się nowe kłopoty, zachodnioeuropejska scena polityczna podzieliła się na prawą i lewą stronę. Po prawej znaleźli się obrońcy tradycji, a więc starej, chrześcijańskiej kultury. Natomiast lewa szła tropem rewolucji francuskiej, dążyła do niszczenia tradycyjnych wartości oraz instytucji, przede wszystkim religijnych i patriotycznych. I choć sprawcy tych destrukcji zwyciężyli na początku XX w. tylko w jednym kraju na poły europejskim, to do dziś konsekwencje ich działań trawią nasz kontynent, a kontynuatorzy owych zniszczeń stają się coraz silniejszy i butniejsi w niweczeniu ładu kulturowego.
W połowie XIX stulecia Marks i Engels sformułowali wyabstrahowane z wszelkiego doświadczenia historyczno-politycznego mity społeczno-gospodarcze, które dziedzice „wolności, równości, braterstwa albo śmieci”, nazywający siebie lewicą, od lewej strony zajmowanej w parlamentach, przyjmowali i przyjmują z zachwytem fanatycznym. Dwie są przyczyny owej fascynacji: pierwsza to głupota, niewiedza, bezmyślny snobizm intelektualny; druga – wyrachowanie, bo na uprawianiu polityki tzw. sprawiedliwości społecznej można zarobić: wyłudzać, pozorując pomoc, pieniądze od społecznie upośledzonych czy tworzyć państwa socjalne, gdzie marnotrawi się i łatwo rozkrada wspólne zasoby materialne. Nikt uczciwy i samodzielnie myślący nie zaprzeczy, że gdzie lewica dochodzi do władzy, tam powstaje powszechny niedostatek, brakuje chleba, zapełniają się więzienia, rozrastają cmentarze; w narodowym socjalizmie i bolszewizmie-sowietyzmie powstawały stosy z dziesiątkami milionów trupów. Rządy lewicowe podporządkowują swej władzy całą gospodarkę, kontrolują kulturę, pragną zawładnąć życiem prywatnym poddanych. Każdy rząd lewicowy jest totalitarny, tak jak totalitarny jest faszyzm, dwudziestowieczna mutacja lewicy. Czyż więc nazwa „lewica demokratyczna” nie jest nadużyciem językowym i moralnym? Nie ma lewicy demokratycznej, tak jak nie ma faszyzmu bez totalitaryzmu, a prawicy bez tradycji…
Lewica zniewoliła Polskę
W Polsce było zrazu mniej niż na Zachodzie lewicowców, zwanych od połowy XIX w. socjalistami, a później komunistami, gdyż inna była nasza historia: myśmy od XVI mieli republikę, demokratyczną, wprawdzie tylko dla szlachty, ale jednak idee republikańsko-demokratyczne były żywe we wszystkich warstwach. Po wtóre – Polacy, którym odebrano państwo, stawiali idee niepodległości na pierwszym miejscu pryncypiów politycznych. Dopiero klęska, tragicznie przeżywana, powstania styczniowego, pobudziła rozwój wszelkich koncepcji lewicowych. W roku 1892 na tzw. zjeździe paryskim powstała Polska Partia Socjalistyczna, pierwsza nasza lewica w ścisłym tego słowa znaczeniu. Natomiast liczne podówczas partie ludowe, emigracyjne i krajowe, nie poczuwały się do sukcesji rewolucji francuskiej – były z reguły zachowawcze w sensie tradycji i religii, co oddalało je od PPS.
A pierwsza PPS była, w przeciwieństwie do lewicy europejskiej, mówiąc skrótowo, partią nie tylko socjalną, lecz równocześnie narodową. Nikt bodaj z początku nie głosił w niej internacjonalizmu, który by miał dominować nad wartościami narodowymi; starano się oba dążenia - socjalne i patriotyczne – korelować. Dlatego nastąpił w PPS rozłam, w którego wyniku powstała Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy – pierwsze w naszych dziejach ugrupowanie odrzucające niepodległość, a wyznające marksistowsko-leninowskie ponure rojenia o ogólnoświatowej rewolucji proletariackiej aż do likwidacji narodów i granic państwowych w duchu „wolności, równości, braterstwa albo śmierci”.
Innym rozłamem w pierwszej PPS było utworzenie w 1906 frakcji lewicowej (PPS-Lewica); połączyła się ona z SDKPiL tworząc Komunistyczną Partię Robotniczą Polską, z takimi osobnikami, jak Dzierżyński, Luksemburg, Marchlewski. Międzynarodówka Komunistyczna, zwana z rosyjska Kominternem, przyjęła ją jako jedną z wielu swych... sekcji. Od roku 1925 to ugrupowanie polityczne nazywało się Komunistyczną Partią Polski. A Komintern był, wbrew nazwie, podporządkowany bolszewikom, toteż KPP służyła interesom Związku Sowieckiego, który dążył najpierw do unicestwienia Polski, a później do uczynienia z niej wasala. KPP była antykulturowa, antypolska, na przykład opowiadała się za oddaniem Pomorza i śląska towarzyszom niemieckim, zdelegalizowały ją przeto władze II Rzeczypospolitej. Jednakże Stalin w roku 1938 rozwiązał tę partię, gdyż miała w nazwie przymiotnik „polska”. A jej aktywistów, z których większość chroniła się przed policją sanacyjną w „raju proletariatu”, kazał mordować, m.in. poetę Brunona Jasieńskiego, jednego z najbardziej fanatycznych i krzykliwych w Polsce międzywojennej komunistów, rozstrzelać.
Stalin dlatego eksterminował kapepowców, gdyż chciał mieć własne kadry do zawładnięcia Polską, odrzucał tych, którzy pamiętali Rzeczpospolitą Niepodległą. Odwrócił, jeśli można rzecz przenośnie, biblijny sens symbolicznej wędrówki Izraelitów przez pustynię z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Tamci szli 40 lat, żeby wymarły pokolenia zrodzone w niewoli, on zaś chciał mieć najmitów, których nie ukształtowała wolność obywatelska. I dopiął swego nawet poza grób – lewica zniewoliła Polskę na lat 45…
Przez pustynię suwerenności
Od stycznia 1990 roku nie mamy już wprawdzie partii przezeń utworzonej, strzeżonej przez jego następców i jurgieltników, której celem wyłącznym było utrzymanie Polski, zwanej „ludową”, w posłuszeństwie sowieckim. Lecz aktywni są jeszcze jej dawni klienci - wszędzie: w rządzie, administracji, samorządach, biznesie. Nie dopuścili do dekomunizacji, chcą unicestwić IPN, bronią symboli zniewolenia sowieckiego powołując uzbrojone patrole policji do strzeżenia przez całą dobę pomników „wyzwolicieli” sowieckich przed „zbezczeszczeniem”; zwalczają Kościół i kpią z Orła Białego. Władze Trzeciej Rzeczypospolitej, niby wolnej, chronią siłami policyjnymi i wyrokami sądowymi pamiątek po okupantach, uwłaczają więc naszej godności narodowej. Pokażcie mi drugi duży kraj, gdzie naród tak czci materialne znaki niewoli. Nasi przodkowie po wskrzeszeniu Rzeczypospolitej w roku 1918 rozebrali olbrzymią cerkiew na placu saskim (dziś Piłsudskiego), postawioną przez cara w podzięce Bogu za stłumienie powstania listopadowego, a właściwie pokonanie wojska polskiego, albowiem od listopada 1830 walczyli z armią rosyjską nie partyzanci, lecz żołnierze polscy regularnych jednostek liniowych. .
To istna ironia historii, że po naszym wejściu w orbitę Unii Europejskiej na nowo potężnieje w Polsce lewicowość. Prominenci UE przypominają kapepowców swymi postawami antynarodowymi, antytradycyjnymi, swą nienawiścią chrześcijaństwa, wrogością do katolicyzmu i kpiną z patriotyzmu. Jak za dawnych, dobrych dla lewicy czasów stalinowskich każdy przejaw patriotyzmu jest uznawany za incydent faszystowski. Każde publiczne odniesienia do religii okrzyczane groźbą zniszczenia demokracji. U nas mistrzem jest tu szczególnie rafinowany epigon ideologii rewolucji francuskiej i apologeta lewicy - Adam Michnik.
Nie dziwmy się przeto, że wyrasta podczas naszej, już dwudziestojednoletniej, wędrówki przez pustynię suwerenności nowa generacja lewicowców. Najgorsze, że młodzi lewacy niewiele rozumieją i jeszcze mniej wiedzą, a brutalnie odrzucają kulturę i polską, i chrześcijańską, rozkoszują się, jak, nie przymierzając, bolszewicy z roku 1920 moralnym niszczeniem tego, co zastali. Niektórzy publicyści w bezradnym oburzeniu nazywają ich hołotą. Jak bowiem inaczej określać po tym, co robili wespół z niemieckimi kompanami ideologicznymi 11 listopada w Warszawie?
Tworzą zwarte, agresywne grupy. Niektóre w nonszalanckiej niewiedzy obierają na swych patronów ludzi innej formacji – szlachetnych patriotów, uwłaczając tym ich pamięci.
Na przykład stowarzyszenie lewaków wydające „Krytykę Polityczną” przyjęło imię Stanisława Brzozowskiego. Setna rocznica jego śmierci przeszła w tym roku prawie bez echa. Brzozowski był przede wszystkim patriotą (więzienie za działalność antyrosyjską przypłacił gruźlicą, która skróciła mu życie), filozofem zauroczonym nie Marksem, a nade wszystko Kantem i Fichtem; był pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Nie należał do SDKPiL, natomiast wierzył w słuszność aksjologii socjalistycznej. Tak jak wierzyli na przykład Abramowski, Daszyński, Limanowski, Piłsudski i dziesiątki tysięcy ówczesnych inteligentów. Brzozowski myślał niezawiśle wobec wszelkich współczesnych mu modnych ideologii – był umysłowo niepodległy. Był postępowcem w najlepszym, bo staroświeckim tego słowa znaczeniu. Zmarł z piętnem posądzenia o współpracę z carską Ochraną i sprzeniewierzenia pieniędzy partyjnych (pepeesowskich). Przed śmiercią wrócił do korzeni, do chrześcijaństwa, do katolicyzmu. Ksiądz udzielający mu ostatnich sakramentów powiedział o nim, że „zmarł człowiek święty”.
Tymczasem ci, którzy dzisiaj uważają się za jego spadkobierców, bezmyślnie odwołują się do skompromitowanego marksizmu i chcą naśladować – obojętnie, w jakim stopniu świadomości - fanatyków rewolucji francuskiej, czyli wyznawców wszelkich koncepcji faszystowskich - narodowego socjalizmu, komunizmu bolszewickiego, zresztą innego nie ma i nie było, pezetpeeryzmu etc. Najgorsze, że nie werbalizują tych sympatii i wzorców zachowań, stąd społeczeństwo nie wie o źródłach tych pobudzeń. Dlatego każdy uczciwy patriota, który zna te proweniencje, powinien je piętnować w wypowiedziach publicznych.
To więc może i dobrze, że rodzimi młodzi niewiele wiedzący neomarksiści obrali sobie takiego patrona jak Stanisław Brzozowski – jest nadzieja, że doprowadzi ich do religii, z której w większości przecież wyrośli, że odrzucą w końcu jak on zbrodniczą schedę rewolucji francuskiej i wyrosłej z niej lewicy. Może niektórzy z nas dożyją do tych przemian, wszak mija już dwadzieścia jeden lat naszego dążenia do Polski wyzwolonej z ciemności lewicy. Czy rzeczywiście pozostało, jak w biblijnej wędrówce Izraelitów przez pustynię, jeszcze lat dziewiętnaście?