http://www.jacekwegner.pl
                                                           Karlenie państwa
            Już od początku XVIII w. światli publicyści mówili, że Polska nierządem stoi. To znaczy, że i w sejmie, i w rządzie, który tworzył król z senatorami, panował chaos nieopisany, pospolicie zwany anarchią. Oba najwyższe organy władzy nic nie mogły uczynić dla wspólnego dobra, liczyły się jedynie skrajnie egoistyczne interesy. A nadto mniej więcej od drugiej połowy XVII w. sejmiki nieraz anulowały uchwały sejmowe. W takim stanie państwo nasze, każde państwo, długo trwać nie mogło.
A jednak u progu nowożytności sejm w Radomiu, obradujący w dniach od 30 marca do końca maja 1505, uchwalił konstytucję „Nihil novi…”, zwaną tak od pierwszych łacińskich słów: „nic nowego” i dalej – „bez nas postanowić…”. Czyli była to ustawa zasadnicza, jaką mają współczesne państwa zachodnie, stanowiąca, że władza wykonawcza bez zgody obywateli nie może nic przedsiębrać. Oczywiste że owi obywatele w tamtym pierwszym wieku czasów nowożytnych to była jedynie grupa uprzywilejowanych; cóż, w świecie chrześcijańskim panował jeszcze feudalizm. Całe szczęście dla naszej dawnej i obecnej ojczyzny, że tych „obywateli”, czyli mówiąc dzisiejszym językiem, klasy średniej, zawsze najzdrowszej, z której przede wszystkim wywiodła się u nas pod koniec XVIII w. kulturotwórcza burżuazja - było około dziesięć razy więcej niż w krajach zachodnich. Szlachta w Pierwszej Rzeczypospolitej stanowiła bowiem właśnie około 10 procent wszystkich mieszkańców tego największego obszarowo państwa europejskiego.
Pod koniec XVI w. Wawrzyniec Goślicki, biskup poznański, wydał zaś .traktat łaciński ”O senatorze doskonałym”. Wyraża tam wśród innych przekonanie – w świadomości współczesnego Europejczyka krzycząco oczywiste - że każda władza najwyższa (w jego czasach: królewska) musi służyć tym, którzy ją wybrali, i przed nimi odpowiadać. Poglądem biskupa Goślickiego zachwycił się Oliver Cromwell, po swojemu, czyli zbrodniczo, zgodnie z moralnością i mentalnością społeczeństw ówczesnego Zachodu - wysłał króla na szafot. Pomysł naszego szesnastowiecznego publicysty inspirował też twórców konstytucji Stanów Zjednoczonych – tak że expressis verbis nań się powołują 
Nierząd I Rzeczypospolitej wynikał więc, można rzec ironicznie, stąd, że władza państwowa służyła, owszem, tym, którzy ją wykreowali, a wyłoniła ją szlachta wyłącznie dla siebie. I każdy jej przedstawiciel swoiście, jak dziecko dosłownie, a więc egoistycznie, pojmował koncepcję pańtwowotwórczą Goślickiego: że skoro on tę władzę wybrał na sejmie i elekcji, to ona powinna służyć tylko jemu...
I nagle po stuleciach okazało się, że w Trzeciej Rzeczypospolitej A. D. 2011 rząd powstaje wskutek niezrozumiałych dla większości społeczeństwa personalnych rozgrywek i rządzi sam dla siebie, dla własnych korzyści materialnych, nie bacząc na dobro obywateli, którymi manipuluje dzięki uprawianiu w mediach cynicznej, acz niestety skutecznej, propagandy. Ta indoktrynacja społeczeństwa daje rządowi pewność, że będzie rządem przynajmniej przez cztery lata, a może jeszcze dłużej. Parlamentarzyści rozdają sobie urzędy państwowe, lecz nie jak ważne i trudne powinności do spełnienia - a jak synekury.
Jakaż inna była Polska przedwojenna. Większość wysokich urzędników państwowych stanowili ludzie spoza sejmu i często spoza partii politycznych. Czuwał nad tym po przewrocie majowym Józef Piłsudski, który zgoła obsesyjnie nie znosił, tak mawiał często, „partyjniactwa”. Jak zatem w dzisiejszej Polsce ma być dobrze, skoro posłowie, prawie wyłącznie partyjni, są również ministrami i innymi wysokimi dygnitarzami państwowymi. Kto ma kontrolować posła czy senatora ministra? Kolega poseł lub kolega senator? Kolega poseł-minister z kolegą posłem chętniej pójdą do na wódkę do restauracji sejmowej albo podejmą jakieś mniej czy bardziej uczciwe działania biznesowe, niż zajmą się sprawą publiczną wymagającą trudu, poświęcenia i wzajemnej kontroli I w samorządach – prawie sami partyjni. Towarzystwo wzajemnej adoracji; co gorsza – wspierające się w dążeniu (niechby było chociaż uczciwe) do bogacenia się. Wypisz, wymaluj magnateria I Rzeczypospolitej, której chciwość niemiarkowana żadnymi rygorami moralnymi doprowadziła tamto państwo do zagłady.
Obywatele III Rzeczypospolitej, którzy nie chcą należeć do żadnej partii, bo nie podzielają obiegowych sądów, nie mają żadnego wpływu na rządzenie swym państwem. Mogą jedynie zapisywać w kilku periodykach i jednym dzienniku swe myśli nieujarzmione  – lecz wyłącznie dla siebie wzajemnie i własnej, jak mawiał Witkacy, frajdy, gdyż nieprzekonanych nie przekonają do niczego i o niczym. A politycy poglądami obywateli się nie przejmują; zresztą mają na usługi wielu dziennikarzy (powinienem napisać: „dziennikarzy”), którzy za stanowiska, pieniądze, popularność nadadzą w swych publikacjach każdej nikczemności rządowej i każdemu absurdowi rządowemu znamion wartości państwowej i społecznej.
Pierwszym przeto warunkiem uzdrowienia naszego państwa jest rozdzielanie funkcji parlamentarnych od urzędniczych. I przypominanie czwartej władzy, czyli pracownikom mediów o ich powołaniu: obowiązku kr y t y k o w a n i a rządu, a nie schlebienia mu, bo to opłacalne...
Następny, a może trzeba by napisać pierwszy, to wybranie przez nas takich posłów, którzy wyłaniając rząd s p o z a siebie, p o z a p a r l a m e n t a r n y, postawią przed nim zadania permanentnego doskonalenia wszelkich instytucji państwowych. Tymczasem nasz rząd obecny koncentruje się jedynie na werbalnie głośnym wyrażaniu swego istnienia, swych zamierzeń prawie nigdy niespełnianych, swej wrogość do opozycji parlamentarnej i obywateli podzielających jej – opozycji - nastawienia polityczne. To scheda po rządach Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Nawet standardy egzystencji materialnej wielu Polaków zaczynają, na razie z wolna, obniżać się do poziomu gierkowskiej PRL, wówczas podobnie hałaśliwej w propagowaniu dobrobytu, którego nie było. Pierwszy sekretarz kazał wypisywać na murach i wiaduktach slogan: „żeby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. Zauważmy, jakie to bizantyjsko perfidne – nie „dostatnio”, bo ten przysłówek ma znaczenie konkretne: po prostu dostatnio. Natomiast dostatniej może być na przykład w niedostatku, dostatniej w zacofaniu gospodarczym, w niewoli sowieckiej czy we własnym ułomnym państwa...
Jak można lubić i szanować państwo z hipertrofią biurokracji, z lekceważeniem naszych potrzeb, z niedorozwojem cywilizacyjnym, z agresywną propagandą rządu, kłamstwem przekupnych dziennikarzy, z niewydolnością gospodarczą, z arogancją i indolencją urzędników oraz niskim, kompromitujących nas nawet w oczach społeczności międzynarodowej, poziomie kultury moralnej, umysłowej i dyplomatycznej najwyższych przedstawicieli?
Pierwszym prezydentem wolnej po 45 latach Polski był ten, który wcześniej zwalczał tę wolność. To nic, że Wojciech Jaruzelski, komunista i rzecznik panowania sowieckiego, sprawował ten urząd niecałe pięć miesięcy – samo jego wybranie przez sejm (większością jednego głosu) od razu postawiło pod znakiem zapytania stworzenie jednoznacznie wolnego, zewnętrznie i wewnętrznie, organizmu państwowego, uniemożliwiło, mówiąc językiem politycznym, dekomunizację.
      Następny prezydent nie dorósł do wielkości wyzwań. Dawał się wodzić za nos wszelkim pochlebcom, dawnym esbekom i aktywistom PZPR. Uwagi o niewłaściwym działaniu formułowane przez mądrych współpracowników były przezeń, jak przez każdego człowieka o podobnej formacji intelektualnej, odbierane niczym zniewagi, poniżały go w jego odczuciu. Toteż skłócił się z najlepszymi ówczesnymi politykami, przede wszystkim z braćmi Kaczyńskimi, których znienawidził; prezydenta Lecha Kaczyńskiego lżył później publicznie i nawet po jego śmierci powiedział o nim „dureń”. Lech Kaczyński był mężem opatrznościowym naszego dwudziestolecia, lecz Opatrzność widocznie szybko zmieniła zamiary. Mówił nie tylko nieskalanym językiem polskim, ale imponderabiliami - jak Piłsudski, natomiast w swych wypowiedziach publicznych był subtelniejszy od Marszałka. Raz  powiedział ministrowi spraw zagranicznych, że jest egocentrycznym megalomanem, a tenże i jego rządowi partnerzy zareagowali jak Wałęsa – poczuli się... obrażeni. Naszą dyplomacją kieruje urzędnik-poseł, który jak przywódca grupy chłopców rzuca się w piaskownicy na zabawowych przeciwników z okrzykiem „dorżnijmy watahę”.
Tak jak Zygmunt III Waza wprowadził Rzeczpospolitą na równię pochyłą, tak, mutatis mutandis, Lech Wałęsa zgasił jej, by rzec, wolnościowe, wątłe jeszcze zarzewia. Podczas obu elekcji: 27 grudnia 1587 roku wyboru Zygmunta na króla i 22 grudnia 1990 roku wyboru Lecha Wałęsy na prezydenta, nawet najmądrzejsi nie wiedzieli, że wybrańcy nie nadają się do sterowania państwem, tym bardziej takim: wówczas mocarstwem republikańsko-monarchicznym, wielonarodowościowym, wieloreligijnym, tolerancyjnym, teraz – trawionym od góry do dołu interesami esbecko-pezetpeerowsko-rządowymi. Jan Zamoyski witał w Krakowie Zygmunta III słowami: „wróciłeś tu swój między swoje”. A myśmy entuzjastycznie głosowali na Wałęsę, bo  jego powiernikiem był Jan Paweł II, bo otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla, w Kongresie Stanów Zjednoczonych przemówił tak, że wywołał owację słuchaczy, był w oczach tzw. klasy robotniczej świata zachodniego symbolem wielkości. Tymczasem prezydent Wałęsa nie tylko że nie rozbił układów pezetpeerowsko-esbeckich, ale je nadto umacniał swym tchórzostwem przed zdemaskowaniem jako „Bolka”, swymi małostkowymi antypatiami, swym nierozumieniem (do dziś) oczekiwań rodaków. Na domiar złego znalazł sprzymierzeńca w „grubej kresce” Tadeusza Mazowieckiego, z którym też się zresztą skłócił; gdyby chodziło o pryncypia, byłoby z korzyścią dla Polski, lecz przedmiotem sporów obu polityków były małe ambicyjki osobisto-ambicjonalne.
Następny prezydent wywodził się już par excellence z nomenklatury PZPR, toteż był radykalnym przeciwnikiem i dekomunizacji, i nawet lustracji, konsekwentnie więc, tudzież jawnie, chronił dawnych esbeków i ich współpracowników, ponieważ - jak wykazują dokumenty opracowane przez Instytut Pamięci Narodowej, do których można sięgnąć w razie potrzeby – sam był zarejestrowany jako współpracownik SB.
Pastor Joachim Gauch, zasłużony w likwidowaniu wpływów STASI na oficjalną politykę Niemiec zjednoczonych, kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych przebywał w naszym kraju, mówił nam otwarcie o konieczności dekomunizacji i przeprowadzeniu lustracji wśród polityków oraz  biznesmenów powiązanych z władzami. Daremnie! Władymir Bukowski, dysydent (dawny Związku Sowieckiego a dzisiaj Rosji „demokratycznej”), zauważa, że komunizm nie został przezwyciężony, ponieważ elity Zachodu nie potępiły go tak jednoznacznie i zdecydowanie jak nazizmu, który w przeciwieństwie do komunizmu nie ukrywał swych zbrodni. Komunizmu nie pokonały w sobie przede wszystkim państwa, które do roku 1990 były kondominium Rosji sowieckiej, a wśród nich zwłaszcza Polska. 
Dlatego wielu współczesnych Polaków nie rozumie tego, co się dzieje w ich kraju i nie pojmuje siebie, swych odruchów, upodobań, przyzwyczajeń proweniencji peerelowskich. To że jakiś obywatel do cna zagubiony politycznie, mówi „za komuny było lepiej” - śmieszy. Wszelako to, że premier rządu jest po-sowiecku krętaczem; niedawno Jarosław Kaczyński publicznie wytknął mu mentalność komunistyczną. To że Donald Tusk nie toleruje żadnej politycznej myśli opozycyjnej, że uprawia gierkowską propagandę sukcesu („żeby Polska rosła w siłę...”), a w każdej, każdej!, dziedzinie życia państwowego jest nam coraz gorzej - to już tragedia państwa, które zamiast dojrzewać po zmartwychwstaniu, k a r l e j e.  
To tragedia naszych ponad dwudziestu lat wolności. Mamy, czegośmy chcieli.... Nie, nieprawda, nabraliśmy się na trzech polityków: Wałęsę, Mazowieckiego, Kwaśniewskiego. Teraz zaś nabieramy się na Tuska. A wszystko, co się dzieje, jest skutkiem tych pomyłek. Najgorsze jednak, że ich następstwa są chyba nienaprawialne, przecież dekomunizacji nie da się już przeprowadzić, a lustrację przyhamował premier, który orzekł z wysokości swego urzędu, że w IPN nie będzie „gończych”. A bez dekomunizacji i lustracji nie sposób wyleczyć ran po Polsce ludowej.
Cóż więc czynić? Być wiernym sobie, tradycji niepodległościowej, demokratycznej, tolerancyjnej, p r a w d z i e historycznej, na przekór cynizmowi politycznemu. I, najtrudniejsze zadanie, wychowywać młode pokolenia w umiłowaniu Rzeczypospolitej - wolnej, wielkiej duchem i umysłem swych obywateli.
A doraźnie - w najbliższych wyborach głosować na tych, dla których tradycje narodowe i republikańskie są supremacją w ich programach politycznych - bez krętactwa i kunktatorstwa.
                                                                                    Jacek Wegner 
 
 
 
 
Najbliższe projekty tematów pisarskich:
1.      O lewicy: geneza (rewolucja francuska), PPS, SKPiL, KPP; lewicowość Zachodu i dzisiejszej Polski. Spustoszenia.
2.      Ciąg dalszy (myślowy, nie faktograficzny) materiał przesłałbym przed 28 grudnia br. Tego dnia 1941 roku nad Wiązowną z samolotu wyskoczyli przeszkoleni w Moskwie późniejsi (5 stycznia 1942 r.) twórcy PPR. Ich działanie podczas okupacji.
3.      Ewentualnieciąg dalszy historii PPR/PZPR i jej sterników; może w kilku odcinkach?
4.      O „destruktorach” publicznych, m.in. Bratkowski i Niesiołowski
 
Propozycja długofalowa:
Raz w miesiącu omówienie zawartości miesięcznika wrocławskiego„Opcja na prawo”, wydawnictwo WEKTORY współdziałające z Fundacją Solidarności Walczącej.
Kilka ostatnich numerów tego pisma przesłałbym pocztą tradycyjną, żeby Pani mogła poznać jego publicystykę.
 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl