Wraz z drugim numerem „Nowych Mediów", mimo niezmienionej szaty graficznej, podobnego układu treści i dominacji charakteru Eryka Mistewicza, zaznaczonej już w pierwszym numerze, czytelnik otrzymuje pismo odmienione i – moim zdaniem – ciekawsze od debiutanckiego numeru. A zawdzięcza to większej spójności tekstów i kontrowersyjności tematów, które podejmuje. Tym razem nic, lub prawie nic, nie jest letnie. Pismo bulgocze, wrze, zmusza do reakcji, a właściwie do inter-akcji, jak przystało na pismo o nowych mediach.

 

Steve Jobs, Michał Kleiber, Eryk Mistewicz, Piotr Legutko, Piotr Gabryel, Marek Magierowski, Michał Kobosko, Jan Cieński, Howard Owens, Juliusz Braun, Wojciech Pawlak, Paweł Nowacki, Anna Kalczyńska, Piotr Kraśko, Michał Pol, Piotr Vagla Waglowski, Jean-Paul Oury, Ralph Talmont, Seth Godin, Justyna Łukasik, Dawid Piaskowski, Edi Pyrek, Piotr Weresniak, Wayne Wisser, Tomasz Białek, Jean-Marie Bockel…i inni. Kogo z nich pominąć w lekturze? Raczej, nie wolno nikogo. Zatem czeka nas kilka wieczorów przy kominku albo przy lampce wina z Nowymi Mediami. Będą pysznie smakować.

Już wstęp daje przedsmak. Mistewicz pisze: „Najtrudniejsze w opisaniu świata mediów jest przekonanie dziennikarzy do ściągnięcia masek, odrzucenie przez nich przekonania, że jakoś to będzie, że nie powinni dotykać zawodowego tabu”. Dziennikarze sami już używają nowoczesnych gadżetów i aplikacji, sami już nie sięgają po papierowe gazety, nie oglądają wieczornych wiadomości telewizyjnych, nie słuchają porannych audycji radiowych, a o tym, co ważne, dowiadują się z Twittera czy z kanałów RSS. Ich redakcje upadają, ale mówić i pisać o tym nie chcą – zauważa z przekąsem Mistewicz. Ale ja ich rozumiem, bo dopóki kręci się karuzela, to nie warto przerywać zabawy. Bo jednak, mimo tej katastroficznej diagnozy szefa Nowych Mediów, w Polsce w ostatnim czasie nastąpił rozkwit tygodników i miesięczników np. o historii, nieźle trzyma się prasa ekonomiczna, biznesowa, udanie walczy o czytelniczki prasa kobieca, tabloidy wciąż są czytane, a i lokalne radia przędą wcale nie cienko. Jest zatem dobrze czy źle? Na to pytanie przynoszą odpowiedź kolejne teksty.

Według Mistewicza stary system dogorywa: nie ma zawodowych dziennikarzy mediów ogólnopolskich w terenie, zamyka się placówki zagraniczne, centrum informacji telewizyjnych idzie pod młotek, i trudno dziś – zdaniem Mistewicza – wyobrazić sobie tradycyjne dziennikarstwo bez serwisów społecznościowych, bez Twittera i facebooka. Niestety, dodam może wbrew intencjom autora – również bez ich lekceważenia procedur weryfikacji informacji, podawania na zasadzie głuchego telefonu niesprawdzonych, najczęściej sensacyjnych wiadomości. Ani Twitter czy facebook same w sobie, ani tzw. dziennikarze obywatelscy nie zapewnią rzetelności w przekazie informacji. Do tego potrzeba czasu, pracy i po prostu zawodowych umiejętności, których amatorzy nie mają. Pleni się więc dziennikarstwo akceptujące a nie weryfikujące, o czym piszą choćby amerykańscy dziennikarze, a zarazem sławni medioznawcy Bill Kovach i Tom Rosenstiel.

Ale wróćmy do pisma i prześledźmy kilka artykułów w nim zamieszczonych, bo naprawdę jest w czym wybierać. Napisałem już, że szata graficzna nie zmieniła się, że koncepcja przedstawiania treści stała się bardziej logiczna i przejrzysta, ale największy skok w porównaniu z poprzednim numerem dokonał się - moim zdaniem - w doborze treści. Jest tu wiele artykułów wartych polecenia. Ograniczę się jednak do tych, które poruszyły mnie najbardziej, w największym stopniu zainspirowały, a może też i częściowo poirytowały.

Zacznę od Kataryny, słynnej blogerki, która pisze w obronie anonimowości w sieci. Jej zdaniem anonimowość gwarantuje Konstytucja RP. „Czytelnik decyduje komu chce zaufać, jeśli ktoś chce ufać anonimowi – jego prawo”. Kataryna, powołując się na Konstytucję, wytoczyła ciężkie armaty, ale drugi argument był już mniejszego kalibru. Zgoda – chcesz ufać anonimowi, to ufaj, ja nie MUSZĘ I NIE UFAM. Oboje zgadzamy się, że anonimowość sprzyja bezkarności i schamieniu obyczajów. To, po pierwsze. Po drugie, rozumiem, że felietony mogą być anonimowe, szczególnie te, które mają charakter demaskatorski (ale tak naprawdę, to ile ich jest w internecie??? – policzyć można na palcach jednej ręki), bo autor boi się ujawnienia tożsamości z powodów oczywistych. Nie akceptuję jednak anonimowych plotek, pseudo-informacji, chamskich inwektyw i pseudo-opinii, atakujących rzeczywiste osoby w taki sposób, że atakowani nie mogą odpowiedzieć, bo NIE WIEDZĄ  z kim mają polemizować. To ważne, żeby wiedzieć, kim jest osoba, która zarzuca drugiej publicznie KŁAMSTWO, sama chowając się „odważnie” za maską anonimowości.  Nazywam to tchórzostwem i zwykłą manipulacją opinią publiczną, a nie żadnym „dziennikarstwem obywatelskim”. Tyle w tej sprawie. Ale nie piszę przeciw Katarynie, lecz z szacunku dla tych nielicznych blogerów, których teksty  świadczą o uczciwości i rzetelności.

Eryk Mistewicz – „Czas informacyjnych Siri”. Mistewicz stawia pytania: kim jest, kim będzie w naszym świecie komunikacji przyszłości Informacyjny Siri? I odpowiada, że będzie to najważniejsza postać porządkująca świat informacji i wydarzeń - postać, która będzie opowiadać świat przyszłości, ale czy będzie to zawodowy dziennikarz?

Dziś – według autora – kształtuje się lista najważniejszych dziennikarzy, dlatego tak głośno oni krzyczą. Chcą BYĆ ZAUWAŻENI. Chcą przetrwać. Przetrwa 5, 10 – ciu spośród nich, i to oni będę prowadzić przez świat narracjami dnia. Ciekawe, że podobnie uważa Michał Karnowski. Czyżby „Uważam Rze” było prototypem gazety, która walczy o pierwszeństwo w narracji? Pytanie retoryczne. To już nie znak zapytania, to fakt. I „Uważam Rze”, i „Newsweek” rozpoznały potrzeby czytelnicze i głośno wykrzykują swe narracje. Niby inaczej, ale tak samo. Ale to temat na inne opowiadanie… Mistewicz pisze, że gazety codzienne czy tygodniki będziemy kupować dla autorów, a nie dla tytułów. Ale przecież – zauważmy - jedno nie wyklucza drugiego.

Kto zrozumiał reguły nowych mediów? Kto będzie informacyjnym Siri, mistrzem narracji? – pyta autor i odpowiada: Elżbieta Jaworowicz, Monika Olejnik, Konrad Piasecki, Tomasz Lis, Łukasz Warzecha, Jarosław Kuźniar, Krzysztof Skowroński, Jacek i Michał Karnowscy, Rafał Ziemkiewicz, Jan Pospieszalski, o. Tadeusz Rydzyk. Są na tej drodze Kataryna,  Sławomir Sierakowski, Azrael Kubacki, Radosław Sikorski, po części Zbigniew Hołdys i Wojciech Cejrowski. Ale nie zrozumiał Tomasz Sekielski, który stworzył program, brand, i go nie spersonalizował. Odszedł do innej stacji (z TVN do TVP – red.), gdzie zaczyna od nowa.

Informacyjny Siri charakteryzuje się tym, że „[…] z masy informacji wyłowi wiadomości rzeczywiście istotne i, co ważniejsze, opowie je w sposób zrozumiały dla nas, umieści w czasie i przestrzeni”. Programy, które prowadzą wspomniani dziennikarze kojarzą się z nimi, i bez nich nie istnieją – to kolejna cecha. Ci dziennikarze wkurzają, są wyraziści i rozpoznawalni. Zatrudniają dziennikarskie mrówki, które harują na ich sukces. Im większy krzyk wokół tez, które Siri przedstawiają, tym lepiej dla nich. Oni przyciągają swoimi opiniami, nadają ton komentarzem, ich się słucha i komentuje. Krzysztof Skowroński fenomenalnie – jak pisze Mistewicz – przeszedł ze świata 1.0 do świata 2.0 – „Każdy może być w jego projekcie (Radiu Wnet – red.) nadawcą, każdy słuchaczem, każdy twórcą”. Trzeba zbudować swoje państewko, ale im więcej pól działania, tym lepiej. Zrozumiał to o. Tadeusz Rydzyk, zagospodarowując target 50 +; jednym z pierwszych kont tradycyjnych mediów, które znalazło się na Twitterze było konto Radia Maryja.

Trudno nie zgodzić się z tą charakterystyką, aczkolwiek zabrakło mi do tego zbioru głośnych, czasem krzykliwych postaci Kuby Wojewódzkiego (choć dla mnie jest on bardziej satyrykiem niż dziennikarzem), czy tytułów takich jak „Fakt” lub „Super Express”, ale też umiarkowanych, choć zaangażowanych magazynów, takich jak „Magazyn Ekspresu Reporterów”. Co więcej, do tego grona zaliczyłbym znanych reportażystów, których reportaże o świecie są dla mnie wartościowsze niż refleksje kliku z wyżej tu przedstawionych – Hannę Krall, Teresę Torańską, Jacka Hugo – Badera czy Wojciecha Jagielskiego.

Nie dam się zwariować i nie do końca uwierzę w zanik obiektywnego, nie-krzykliwego dziennikarstwa, dziennikarstwa rzetelnego, niesensacyjnego, opartego na wiedzy i mądrości. Mistewicz pisze: „Nie potrzeba nam dziś […] opinii ani informacji od ludzi może i twórczych, może i mądrych, ale – biorąc pod uwagę ich słowa, ich komunikację – jednak szarych, nijakich. Nie ma już trochę miejsca dla ludzi ceniących umiar, rozwagę; ludzi, którzy nie ferują wyroków, nie flekują rozmówców, nie budują napięcia dla napięcia. Będą, ale spadną do nisz”. Mam nadzieję, że Mistewicz się myli. Jak każda fala, i ta przypłynie i odpłynie. Po zachwycie Twitterem i internetem, facebookiem i czymś, co przyjdzie, nastąpi powrót do dobrej książki, papierowej gazety. Wieszczono upadek kina – kino żyje. Przewidywano upadek radia – radio żyje. Dziś ogłasza się upadek obiektywizmu i triumf subiektywizmu. Czym to się może skończyć już wiemy: podawaniem niesprawdzonych informacji za pewne, subiektywnych opinii za obiektywne fakty, itd., itp. Panie Eryku, niech Pan się nie boi, solidne dziennikarstwo za Panem stoi. Ale, muszę przyznać: postraszyć, to Pan potrafi.

W kolejnym artykule Piotr Legutko stawia tezę, że w wojnie moherów z lemingami zginęło dziennikarstwo. Legutko pyta: czy w kraju, gdzie rząd dusz został tak sprawnie podzielony, jest jeszcze jakaś wspólna przestrzeń, ziemia niczyja, miejsce spotkania? Każdy czytelnik dostaje towar na swoją miarę – ale czy to jest jeszcze dziennikarstwo?

Dziś sprzedają się jedynie media tożsamościowe, zanika dziennikarstwo NIEZAANGAŻOWANE, BEZSTRONNE. Kto jest temu winien? Z jednej strony odbiorcy – odpowiada Legutko. Ale czy jest w mediach przekaz wolny od politycznych emocji, czy odbiorcy mediów mają inny wybór – zastanawia się autor artykułu.

Problem nie dotyczy publicystyki, bo według Legutki nie istnieje „publicysta bezstronny”. Ale problem powstaje tam, gdzie jest selekcja faktów, ich kontekst, kąt naświetlenia. Ktoś przecież porządkuje cały ten medialny zgiełk i ukierunkowuje zainteresowanie odbiorców. Zdaniem autora dziennikarstwo zostało obecnie zastąpione przez inżynierię społeczną. „Dziś każdy news musi czemuś służyć, w kogoś uderzać lub przed kimś bronić”. Każde medium realizuje swoją „misję”, której podporządkowuje treść.  I to się sprzedaje. Dziennikarze angażują się w relacjonowanie wojny plemiennej w Polsce, ale być może większość ludzi nie ma ochoty siedzieć w okopach. W takim przypadku media jednak nie odpowiadałyby na zapotrzebowanie społeczne. Legutko bierze w nawias tę hipotezę i zastanawia się nad inną: że mamy do czynienia z pewną formą uzależnienia. Czytelnicy, widzowie, słuchacze, łakną adrenaliny.

Taki model dziennikarstwa „misyjnego” może się wkrótce wypalić – przewiduje autor. W ciągłym starciu słowa tracą znaczenie, dewaluują się. „Wojna lemingów z moherami” jednych fascynuje i pochłania, ale dla coraz większej rzeszy to już tylko medialny matrix.” Realny świat zniknął z pola widzenia dziennikarzy, brakuje języka opisu rzeczywistości, trzeba powrócić do opisu świata, inaczej mówiąc – jak sądzę – do źródeł dziennikarstwa. Bo pozytywny plan, o który apeluje autor, to stan naturalny, w którym dziennikarstwo dąży do pokazania prawdy, „bo tylko prawda jest ciekawa”.  Pytanie tylko, „cóż to jest prawda?” W „Mistrzu i Małgorzacie” Piłat zadaje to pytanie a Jeszua Ha Nocri odpowiada mu: „Prawdą jest przede wszystkim to, że boli Cię głowa […]”. Nie twierdzę, że prawdy nie ma. W wielu przypadkach jest łatwa do ustalenia, w wielu przypadkach niemożliwa. Czasami brakuje dystansu do sprawy, czasami, odwrotnie - ten dystans jest potrzebny. Możliwe, że za pół roku poznamy odpowiedź na pytania o trotyl na ubraniach ofiar katastrofy tupolewa. Byś może poznamy odpowiedź wcześniej, ale być może odpowiedź nie zadowoli jednej ze stron i wtedy prawda będzie kłamstwem, bo w świecie matrixu opisywanego przez Legutkę szermowanie prawdą i kłamstwem jest sposobem walki politycznej i sposobem narracji „misyjnej”. Doświadczenie podpowiada mi, że narracje nie dotyczą newsów lecz konstrukcji informacyjno – publicystycznych, w których newsy wymieszane są z kontekstami, komentarzami i konstrukcjami społecznymi. Słowem, z tworzeniem mitów. A walka z mitem jest trudna, wręcz niemożliwa. Zatem, gdy Legutko pisze, że „prawda leży tam, gdzie leży”, to ja pytam: „a gdzie leży?”

Restytucja prawdy w ogóle, prawdy filozoficznej, prawdy o rzeczywistości jest skomplikowanym procesem społeczno-komunikacyjnym, którego dziennikarze stanowią tylko jeden z wielu elementów. Legutko wraca do źródłowego pytania o prawdę w dziennikarstwie. Ma rację, ale bez restytucji pojęcia obiektywizmu nie będzie to możliwe, a wydaje się, że dziś szczególnie to pojęcie przeżywa kryzys.

Właśnie w takim duchu wypowiada się Marek Magierowski. Tyle, że dla niego obiektywne dziennikarstwo to mit. Jego zdaniem dziennikarstwo „suchej informacji” – jak je nazywa – dawno straciło rację bytu. Dziś ktoś, kto chciałby założyć skrajnie neutralny dziennik, ważący racje i niemający własnej opinii, poniósłby klęskę biznesową. Bo te newsy byłyby nudne, a dziś Internet i inne media kipią emocjami, konfliktami, plotkami, itp.

Magierowski twierdzi, że obiektywizm nie jest cechą wrodzoną dziennikarstwa. I to jest prawda, ale moim zdaniem prawdą jest również to, że jest jednym z mitów (filarów) założycielskich nowoczesnego dziennikarstwa i jednym ze składników paradygmatu newsa. Powoływanie się na to, że esej Zoli odnoszący się do afery Dreyfusa nie był „suchą informacją”,  czy też na to, że W.R. Hearst spreparował newsy w celu podgrzewania atmosfery w konflikcie wojny hiszpańsko-amerykańskim o Kubę wcale nie potwierdza tezy, że news nie może być obiektywny, lecz jedynie taką, że newsem manipuluje się w celu osiągnięcia korzyści politycznych, czego dowodów w naszym kraju mamy aż nadto, i to nawet z ostatnich dni.

Autor miesza subiektywizm informacji z subiektywizmem publicystyki, sprowadzając je do wspólnego mianownika, kiedy twierdzi, że czytelnicy łakną przecież takiego obrazu rzeczywistości, który sprzyja ich poglądom. Owszem, mogę się zgodzić z tezą, że zwolennikowi PiS daje ukojenie tekst Tomasza Sakiewicza, a zwolennikowi Platformy tekst Tomasza Lisa. Ale – moim zdaniem – nie powinno to oznaczać zgody na rezygnację z dążenia do obiektywnej prezentacji racji i bezstronności w przedstawianiu informacji.

Magierowski twierdzi, że „coraz większe polityczne zaangażowanie dziennikarzy wcale nie musi być zagrożeniem dla demokracji – oczywiście dopóty, dopóki nie uciekają się oni do kłamstw i manipulacji”. Taka teza jest moim zdaniem szkodliwa, bo dziennikarz ma inną rolę do spełnienia: ma patrzeć na ręce politykom, a szczególnie tym u władzy, a nie organizować marsze, publiczne protesty, czy zakładać partie polityczne lub redagować gazety wyraźnie podporządkowane i zarządzane przez konkretną partię. W przeciwnym razie staje się – jak to nazwała Krystyna Mokrosińska – oficerem politycznym. To nijak się nie ma do etosu tej profesji wypracowanej w USA, ale oczywiście ma wiele wspólnego ze stylem dziennikarstwa francuskiego, na które powołuje się Marek Magierowski, którego przedstawiciele – przypomnę – brali pieniądze na pisanie artykułów z kasy ministra skarbu. I kiedy dziś koledzy z SDP buntują się przeciwko próbie wprowadzenia do statutu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zakazu działania na zlecenie polityków, to może budzić tylko najwyższe zdumienie i pytanie o etykę i etos naszego zawodu. Mimo wszystko, mam nadzieję, Magierowskiemu nie o to chodziło, kiedy pisał swój artykuł z tezą dewaluującą tzw. obiektywizm dziennikarski, który – oczywiście – w wersji absolutnej nie jest możliwy. Ale, wydaje się, że o tym to już wie każdy student dziennikarstwa (pisałem na ten temat http://www.sdp.pl/obiektywizm-dla-studentow-analiza-marek-palczewski).

Analiza już tych trzech artykułów wskazuje, że jest o czym rozmawiać. A są w najnowszym numerze „Nowych Mediów” jeszcze  m.in. teksty o tygodnikach, które nie są informacyjnym fast foodem (Michała Kobosko), o przyszłości gazet papierowych (Jana Cieńskiego), o tym , czy  media przestały być czwartą władzą (Piotra Gabryela) oraz o misji telewizji publicznej (Juliusza Brauna).

Drugi numer NM przynosi pozytywne zaskoczenie: jest w nim dużo artykułów inspirujących, kontrowersyjnych, wywołujących sprzeciw, zapraszających do dyskusji. Jedyną ich wadą (oczywiście nie wszystkich) jest to, że niektóre są zbyt krótkie; zapowiadają więcej niż mogą pomieścić na swoich stronach, ledwo postawią tezę, a brakuje miejsca na jej ilustracje i dowód. Być może wyjściem z tego zamkniętego koła (więcej dobrych autorów – mniej stron pojedynczego tekstu) byłoby jednak ograniczenie liczby autorów na korzyść długości tekstów, bo nie zawsze nadmiar wypowiedzi służy poprawieniu ich jakości.

 

 

4 listopada 2012

Marek Palczewski

Autor jest pracownikiem Katedry Dziennikarstwa Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie

 

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl