Polska mogłaby rywalizować z Wielką Brytanią o tytuł pierwszego kraju, który wprowadził wolność słowa – stwierdza w „Dużym Formacie” (GW) Wojciech Orliński. Mogłaby, ale…
Ale w Polsce od zawsze panuje bajzlokracja. Wolność słowa wprowadzono u nas podobno już w 1347 roku w statutach wiślickich. Ale logiki Arystotelesa nie ma co szukać w historii naszej prasy. Z jednej strony wydawca w XVII wieku potrzebował możnego protektora, żeby nie obawiać się więzienia. Z drugiej – opozycyjny dziennikarz, który podczepił się pod odpowiednio wpływową frakcję, nie musiał się martwić o cenzurę.
Bajzlokracja przetrwała do dzisiaj, obowiązujące prawo prasowe ustalono w 1984 roku i ciągle mowa w nim o Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. „Nikt jej jednak nie chce ruszyć z podobnych powodów, dla których w 1694 roku woleli tej sprawy nie tykać Brytyjczycy” – tłumaczy Orliński. Efekt? Polska prasa cieszy się wielką swobodą – nie obowiązują jej kary takie, jak w mediach elektronicznych. „Ale jednocześnie dotykają ją dziwne ograniczenia, takie jak wymóg autoryzacji czy ściganie za obrazę władzy” – czytamy w „Dużym Formacie”. Orliński przekonuje jednak, że lepsza bajzlokracja niż zamordyzm i wyraża obawę, że będziemy jeszcze z rozrzewnieniem wspominać komunistyczną ustawę prasową, „jak już zaczną nam dokręcać śrubę w ramach walki z mową nienawiści” – stwierdza publicysta.
Więcej w tekście Wojciecha Orlińskiego „Paszkwile na schodach” na str. 16 „Dużego Formatu” 47/1005), stałego dodatku do czwartkowych wydań „Gazety Wyborczej””.
Opr. OG
