Spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP
Znam Papieża Franciszka
Piąte w tym roku spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP - organizowane tradycyjnie w pierwszą środę miesiąca w Klubie „Cudzysłów" Domu Dziennikarza w Warszawie – będzie miało w maju szeroki, otwarty charakter. Ze względu na wyjątkowość zaproszonego gościa zostało wkomponowane w projekt SDP „Maj na Foksal”. Gościem będzie misjonarz z Argentyny, o. bernardyn ks. dr Herkulan Antoni Wróbel. Temat spotkania: “Znam Papieża Franciszka”.
Spotkanie odbędzie się w środę, 8 maja 2013 r., o godz. 20.00, w Centrum Prasowym Domu Dziennikarza w Warszawie, ul. Foksal 3/5.
Zapraszam serdecznie!
Teresa Kaczorowska, przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP
***
Ojciec ks. dr Herkulan Antoni Wróbel, OFM
Urodził się 8 marca 1934 roku w Wierzchowiskach woj. lubelskie. W 1951 roku wstąpił do nowicjatu oo. bernardynów w Leżajsku. Studia filozoficzno-teologiczne ukończył w Wyższym Seminarium Duchownym oo. bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej i 26 czerwca 1960 roku przyjął święcenia kapłańskie (z rąk ówczesnego biskupa sufragana krakowskiego Karola Wojtyły, późniejszego Papieża Jana Pawła II). W 1964 roku ukończył studia historii kościoła na Wydziale Teologicznym Katolickiego Uniwersytetu w Lublinie. Tytuł licencjata uzyskał w 1991 roku na Papieskim Fakultecie Teologicznym we Wrocławiu, gdzie w 1999 roku , pod kierunkiem ks. prof. dr hab. Józefa Swastka, obronił także pracę doktorską pt. “Historia duszpasterstwa polskiego w Argentynie w latach 1897-1997”.
W 1966 roku wyjechał do Argentyny do pracy duszpasterskiej wśród Polonii. Zamieszkał w klasztorze Ojców Bernardynów w Martin Coronado (Buenos Aires). W latach 1971-1980 pracował wśród Polaków i Argentyńczyków w Rosario. Pomagał w pracy ks. prałatowi Andrzejowi Gawędzkiemu, który od 1947 roku zorganizował opiekę duszpasterską wśród Polaków w Rosario i okolicy. W styczniu 1980 roku wrócił do Martin Coronado i dojeżdżał do polskich ośrodków duszpasterskich w San José i Llavallol. W San José zbudował kościół św. Maksymiliana Kolbego. W latach 1982-1992 był przełożonym w Martin Coronado. Zbudował drugi pawilon Domu Spokojnej Starości w Martin Coronado, wraz z kaplicą i mieszkaniami dla SS. Albertynek. W latach 1996-2006 sprawował bowiązki rektora Polskiej Misji Katolickiej w Argentynie.
Oprócz pracy duszpasterskiej poświęca dużo czasu badaniom na temat duchowieństwa polskiego w Argentynie. Opublikował 275 artykułów, w tym 15 wydawnictw książkowych, bierze także czynny udział w życiu naukowym i społecznym w Argentynie, a także w Polsce.
Za pracę społeczną i kuluralną otrzymał od rządu polskiego “Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski”, “Krzyż Oficerski Orderu Orodzenia Polski” i “Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski”. Należy do kilku organizacji naukowych w Argentynie i w Polsce. Obecnie jest oprzełożonym klasztoru w Martin Coronado (Buenos Aires).
******************************************************************************
IV Spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP
Czwarte w tym roku spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP - organizowane tradycyjnie w pierwszą środę miesiąca w Klubie „Cudzysłów" w Domu Dziennikarza w Warszawie - odbędzie się tuż po Wielkiejnocy, w środę, 3 kwietnia 2013 r., o godz. 16.00. Tym razem wystąpi znany dramaturg i scenarzysta Wojciech Tomczyk. Zapraszam serdecznie i członków i przyjaciół Klubu!
Teresa Kaczorowska, przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP
*** Wojciech Tomczyk, ur. 12 kwietnia 1960 r. w Warszawie, dramaturg, scenarzysta i producent. Dzieciństwo i młodość spędził na warszawskiej Pradze, gdzie ukończył VIII Liceum Ogólnokształcące im. Władysława IV. Absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST oraz Studium Scenariuszowego PWSFTViT. W teatrze debiutował sztuką „Wampir" (inscenizacja teatralna zdobyła Nagrodę Ministra Kultury). Współautor wystawy w Pawilonie Polskim na wystawie światowej EXPO Hanower 2000. Autor wielu scenariuszy do filmów fabularnych, dokumentalnych, seriali oraz sztuk teatralnych. Laureat m.in. Grand Prix festiwalu Dwa Teatry Sopot 2007 (za sztukę „Norymberga") i nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za wybitne osiągnięcia w dziedzinie teatru - 2007. Jego sztuka „Norymberga" została przełożona na angielski, rosyjski, białoruski i estoński; autor otrzymał za nią także Grand Prix za najlepszy tekst dramatyczny na IV Międzynarodowym Festiwalu Teatru Niezależnego - Białoruś 2008/2009.
Ostatnio ten jeden z najlepszych i najbardziej rozchwytywanych polskich scenarzystów i dramaturgów („Inka 46”, „Wampir”, „Norymberga”) zasłynął jako autor sztuki „Bezkrólewie". Jest ona pierwszym „teatralnym półkownikiem" okresu rządów Donalda Tuska. Żaden z polskich teatrów nie ośmielił się dotąd sięgnąć po tę sztukę. Została jedynie opublikowana w miesięczniku „Dialog". Prawdopodobnie nie o Wojciecha Tomczyka tu chodzi, ale o tematykę – „Bezkrólewie" nawiązuje bowiem do katastrofy smoleńskiej… Ale 13 września 2012 udało się zrealizować w Warszawie jej publiczne czytanie - udział wzięli: Ewa Dałkowska, Elżbieta Kwinta, Krzysztof Bień, Konrad Bugaj, Darek Chojnacki oraz Redbad Klijnstra - jednocześnie reżyser - a didaskalia odczytywał autor tekstu.
*****************************************
Klub Publicystyki Kulturalnej
6 marca 2013.
Gościem kolejnego spotkania w Klubie Publicystyki Kulturalnej
Bohdan Urbankowski zaczął od ważnych sprostowań informacji, zawartych w jego haśle osobowym w Wikipedii. Te wyjaśnienia wprowadziły od razu w atmosferę: i lat, o których pisał Autor, i czasów dzisiejszych – naznaczonych ignorancją autorów Wikipedii, nie rozumiejących zasadniczych kwestii politycznych lat
Urbankowski przedstawił najpierw we właściwy sobie żartobliwie - ironiczny sposób okoliczności powstania swego utworu, szkicując tło polityczne, kulturalne, personalne i „towarzyskie” wydarzeń marcowych tak, jak je zapamiętał.
Całe spotkanie miało przebieg wyjątkowy: ponieważ Autor i Gość czytał fragmenty marcowego poematu komentując je ad hoc, typowa relacja ze spotkania byłaby niezwykle trudna. Otrzymacie Państwo zatem notę informacyjną, podającą najważniejsze dane dotyczące przebiegu spotkania, zwłaszcza głównych wątków dyskusji, natomiast zapis całego spotkania, na zasadzie eksperymentu, będzie zamieszczony na naszej podstronie w formie pliku mp3.
Będziemy wdzięczni za uwagi na temat korzystania z takiej formy prezentacji tematyki spotkań KPK
Liczymy na wyrozumiałość i wyczerpujące, szczere opinie.
Wojciech Piotr Kwiatek
Wiceprezes KPK
Kliknij by posłuchać relacji dźwiękowej!
*********************
Spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP
Trzecie w tym roku spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP - organizowane tradycyjnie w pierwszą środę miesiąca w Klubie „Cudzysłów" w Domu Dziennikarza w Warszawie, odbędzie się w środę, 6 marca 2013 r., o godz. 16.00. Tym razem wystąpi Bohdan Urbankowski z Warszawy, z ciekawym tematem: „Młody i stary poeta o Marcu ‘68”.
Zapraszam serdecznie i członków i przyjaciół Klubu!
Teresa Kaczorowska, przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP
*** Bohdan Urbankowski (ur. 19 maja 1943 r. w Warszawie) – poeta i eseista, dramaturg i filozof, dr nauk humanistycznych. W 1945 r. trafił do Bytomia i tam zaczęła się jego twórczość literacka. Już jako uczeń I Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Smolenia zorganizował działający w tej szkole Klub Artystów Anarchistów. Po maturze powrócił do Warszawy. Studia polonistyczne i filozoficzne ukończył na Uniwersytecie Warszawskim. Był twórca i teoretykiem Ruchu Nowego Romantyzmu. Po rozbiciu w 1975 r. Konfederacji Nowego Romantyzmu związał się z nurtem niepodległościowym opozycji, był współredaktorem wielu pism i wydawnictw podziemnych. Stypendysta Instytutu im. Piłsudskiego w Nowym Jorku i Editions Dembinski w Paryżu.
W stanie wojennym był kierownikiem literackim Teatru im. Szaniawskiego w Płocku, a w 1983 r. wstąpił do odtworzonego przez władze Związku Literatów Polskich (tzw. "neo-zlepu"). W latach PRL współpracował też ze środowiskiem propaństwowych katolików PAX, publikując w tygodniku „Wiara i odpowiedzialność”.
Za działalność wydawniczą i literacką w drugim obiegu otrzymał Medal Solidarności „Zasłużony w Walce o Niepodległość Polski i Prawa Człowieka", za patriotyczny charakter twórczości - Medal Polonia Mater Nostra Est, a także Nagrodę im. J. Słowackiego oraz Laur Posła Prawdy i tytuł Księcia Poetów. Od 16 stycznia 2010 r. przewodniczący Rady Programowej Związku Piłsudczyków.
Jest autorem ponad 40 książek – dramatów, esejów i zbiorów poezji. Wśród nich znajdują się monografie Polaków: Adama Mickiewicza, Józefa Piłsudskiego, Karola Wojtyły czy Zbigniewa Herberta. Autor Czerwonej mszy albo uśmiechu Stalina (wyd. drugie jako Czerwona msza, czyli uśmiech Stalina), w której przedstawia życiorysy twórców kultury w okresie powojennym.
********************************
Spotkanie KPK 6 lutego 2013
Zamiast komunikatu z naszego spotkania lutowego, poświęconego „Poprawności politycznej w sztuce, filmie i literaturze dla dzieci w W. Brytanii”, zamieszczamy poniżej trzy artykuły naszej prelegentki, Elżbiety Królikowskiej-Avis, na których w pełni oparła ona swoje niezwykle interesujące i pouczające wystąpienie. Na zakończenie zaś – relacja z dyskusji po prelekcji.
SKANDAL czyli WINDA DO NIEBA
"Od wczoraj świat artystyczny jest w szoku – nominację do prestiżowej nagrody Turner Prize otrzymała artystka, która umie malować!” – ironizował „Daily Mirror” z 3 czerwca 2005 roku. W dodatku artystka, która maluje kwiaty! Ironia jest o tyle uprawniona, że nagroda znana jest ostatnio z promowania autorów kontrowersyjnych. Pośród poprzednich laureatów mamy Chrisa Ofili, który jako jednego z tworzyw do swoich prac użył ... kupy słonia /swoją drogą skąd on to wziął?!/, Damien Hirst, autor instalacji „rekin w formalinie” oraz Tracey Emin, która dwa lata temu na Biennale w Wenecji pokazała kilka obrazów pt.”The Purple of Virgins”, na których widać było fragmenty jej anatomii, nogi oraz waginę. W tymże 2005 roku kontrkandydatami malarki kwiatów Gillian Carnegie do nagrody Turnera był Darren Almond, który zaprezentował przystanek autobusowy, który widział przed wejściem do muzeum w Oświęcimiu, a drugim – Jim Lambie ze swą „rzeźbą”- pociągniętą farbą przenośną szafą, na której wisiała jakaś garderoba. Ale jakie szanse na wygraną z tymi „bojownikami nowoczesności” miała Gilliam Carnegie, która umie malować, trudno powiedzieć. Raczej marne.
Od kilku bowiem dziesięcioleci, a zjawisko to ostatnio się zintensyfikowało, najkrótszą drogą na Parnas, prawdziwą „windą do nieba”, stała się prowokacja i skandal. Wydaje się, że artyści filmowi, literaci, plastycy masowo zachorowali – że użyję tu neologizmu na wzór shopoholizmu czy pracoholizmu - na skandaloholizm. Coraz więcej w przestrzeni sztuki tworów dziwacznych, prowokacyjnych, a zdarza się, że inwazyjnych. I stanowiących dla publiczności nie tyle intelektualne wyzwanie, ile po prostu obrażających ich uczucia, a tym samym zamykających drogę do dialogu. Owszem, sztuka zawsze zawierała elementy zaskoczenia, prowokacji, konfrontacji, wyzwania. Odwaga artystycznych poszukiwań, eksperymentatorstwo i prowokacja są jakby wpisane w naturę sztuki i jej rozwoju. Ale tendencja jaką dziś obserwujemy ma niewiele wspólnego z aktem protestu przeciw dotychczasowym formom artystycznej wypowiedzi czy zaproszeniem do dialogu. Bywa z góry zamierzonym skandalem, który ma na celu wywołać rozgłos i wprowadzić delikwenta w „obieg medialny”. Skąd wzięła się ta tendencja? Jaką rzeczywistość artystyczną i społeczną opisuje? Czy pozostaje jeszcze w obszarze sztuki czy stanowi raczej część owej nowej rzeczywistości, rzeczywistości wirtualnej, kreowanej przez krajowe czy globalne media na użytek tych, którzy tymi mediami zawiadują? .
Wystarczy rozejrzeć się po świecie, aby się upewnić że zjawisko to istnieje, i to na całkiem dużą skalę. Oto znana wystawa z 1988 roku pt. „Ecce Homo” szwedzkiej fotograf Elisabeth Ohlson Wallin, która wywołała wiele rozgłosu i zamieszania. 12 fotogramów, a wśród nich ”Ostatnia wieczerza”, na której widać Chrystusa z komunią w znanym geście, na wysokich obcasach, otoczonego gejami, lesbijkami i transwestytami w ostrym makijażu i wyzywających strojach. Oto Chrystus – gej, umierający na AIDS, na fotogramie „Chrzest” widać Jezusa, także geja, z wyeksponowanymi genitaliami. Szokującą ciekawostką może być fakt, że Ohlson Wallin swoje prace pokazywała głównie w świątyniach, podejrzewam protestanckich, bo zaczęło się od Szwecji, za zgodą i pozwoleniem lokalnych władz kościelnych. Jej wystawa, obrażająca uczucia chrześcijan, wywołała oczywiście wiele kontrowersji – protestowali krytycy sztuki , politycy, wspólnoty wiernych. Opinie były bardzo rozstrzelone, od recenzji liberałów typu „fotogramy można odczytać jako dowód na wieczną aktualność tradycji ewangelicznej” aż po hektolitry farby wylewanej na Ohlson Wallin i jej prace. W mieście Ornskoldswik w Północnej Szwecji ekspozycja doprowadziła do kryzysu w lokalnych władzach, bo kiedy radny miejski Lars Naslund skrytykował wydarzenie, spotkał się z głośnym protestem liberałów, którzy zagrozili rezygnacją ze stanowisk.
Była już żaba, rozpięta na krzyżu, były męskie genitalia na tle krzyża autorstwa Doroty Nieznalskiej, z kolei argentyńskiemu twórcy Leonowi Ferrari zawdzięczamy obraz Chrystusa, ukrzyżowanego na .... amerykańskim myśliwcu. Praca pt..”Chrześcijańska cywilizacja Zachodu” powstała w 1965 roku i miała być protestem autora przeciw wojnie w Wietnamie. Ale wojna wietnamska dawno się skończyła, a wojowniczy dziś już staruszek nadal kontestuje. Oto w Hiszpanii w 2001 roku zaprezentował wystawę, która miała być „wizją artysty na temat Świętej Inkwizycji”, a która wywołała falę gniewnych demonstracji hiszpańskich katolików. Obrazy oblewano olejna farbą, zwiedzających traktowano gazem łzawiącym, słowem – reakcja na skalę oczekiwań autora. Cały skandal bardzo się przysłużył do odświeżenia wizerunku artysty i przypomnienia jego kariery. W 1989 roku Andres Serrano zaprezentował pracę pt. „Piss Christ” /co znaczy „Siuśki Chrystusa” albo też, gra słów, „Olewaj Chrystusa”/, a jego „dzieło” składało się z pojemnika z moczem, w którym zanurzony był plastykowy krzyż. Sprawa trafiła pod obrady Senatu Stanów Zjednoczonych, a więc twórca znowu osiągnął swój cel. Seria procesów sadowych, wytoczonych Dorocie Nieznalskiej za „Pasję” / 2001/, owe męskie genitalia na tle krzyża, uczyniły z autorki pomysłu – średniego lotu plastyczki nie tylko osobę znaną, ale także „międzynarodowy symbol walki z cenzurą”. Czy dlatego, że jej prace są odkrywcze? Inspirujące? Wyznaczają nowe szlaki sztuce? A jakże! To nie jest sztuka, to pomysły z dziedziny PR, które sprawdzają się równie skutecznie na terenie show businessu czy polityki
Zawężając teren poszukiwań do Wielkiej Brytanii. Oto gejowski duet artystyczny Gilbert and George i ich ekspozycja z 2000 roku pod hasłem „Sonofagod – Was Jesus Heterosexual?” / gra słów –„ faggot” to w języku kolokwialnym „pedał”/. Obrazy zaprezentowane na londyńskiej imprezie, z pewnością świetnie obsłużonej przez media, zawierały napisy jak „Jesus Says Forgive... Yourself” i „God Loves Fucking! Enjoy!” i oczywiście wzbudziły protesty tutejszych katolików. W Wielkiej Brytanii znacznie rzadziej atakuje się inne niż chrześcijaństwo monoteistyczne religie, nie mówiąc o całkowitym milczeniu na temat islamu. Judaizm znajduje się już pod specjalnym nadzorem. Po prostu ci performerzy wiedzą jak to się robi! Zanotowałam tylko jeden przypadek ataku na buddyzm i jeden na sikhizm. W 2007 roku Colin Self zaprezentował rzeźbę „Rude Budda” /”Niegrzeczny Budda”/ - siedzącą sylwetkę z fallusem w pełnym wzwodzie. Reakcja przyszła z niespodziewanej strony: bardzo politycznie poprawna policja metropolitalna, obawiając się protestów buddystów, nakazała usunięcie „dzieła sztuki” z ekspozycji, co też „artysta” uczynił. A w 2004 roku w Teatrze Repertuarowym w Birmingham pokazano sztukę pt. ”Hańba”, której akcja, pełna gwałtów i morderstw, częściowo rozgrywała się w sikhijskiej świątyni. Społeczność sikhijska licznie zamieszkująca Midlandy zareagowała na prowokacje gwałtownymi zamieszkami. W Wielkiej Brytanii także miał miejsce przypadek, który – podobnie jak casus patologa Guenthera von Hagensa - spokojnie można zakwalifikować jako wykroczenie kryminalne, profanację zwłok. Oto rzeźbiarz Anthony Boel Kelly, w poszukiwaniu natchnienia zawędrował do szpitala. A po jakimś czasie został aresztowany za wykradanie ciał zmarłych z kostnicy, które potem wykorzystywał do gumowych odlewów. Następnie powlekał je srebrną emalią, i gotowe „dzieła sztuki” – które miały rzucić wyzwanie opinii, że „niezbędnym warunkiem piękna jest zdrowie oraz życie” - czekały już w galerii na wernisaż. kiedy wpadła policja i uniemożliwiła imprezę. Cóż za strata dla miłośników sztuki!
Najbardziej znanymi postaciami tutejszego środowiska artystycznego jest dziś Damien Hirst oraz jego koleżanka „po pędzlu” Tracey Emin. Oboje stali się „ikonami masowej wyobraźni”, a więc postępowej krytyki, mediów oraz tej grupy bywalców, która częściej odwiedza galerie sztuki nowoczesnej na Brook Street niż British Museum czy National Gallery. Oboje też reprezentują grupę performerów, doskonale rozumiejących pożytki, płynące ze skandali. Studia plastyczne Hirst zdecydował się rozpocząć w Leeds College of Art and Design, udało się już za drugim podejściem. Potem był Goldsmiths College of Art. - jeden z tych koledżów bez statusu akademii, które „inspirują” raczej niż uczą zawodu - aby stać się jedną z prominentnych postaci grupy Young British Artists. Pamiętna ekspozycja grupy w 1991 roku zapoczątkowała karierę kilku znanych twórców, w tym Damiena Hirsta. W ramach instalacji? happeningu? wypełnił on galerię setkami żywych egzotycznych motyli, ”pomnażając ” je przez motyle wymalowane na płótnach. Jedną z jego najważniejszych prac okazała się być „The Phisical Impossibility of Death in the Mind of Someone Living” /”Fizyczna niemożliwość zrozumienia śmierci przez kogoś żyjącego”/, nazwana potem przez krytyków sztuki „ ikoną sztuki brytyjskiej lat 90.”, a potocznie „rekinem w formalinie”.
Jednak największym zwrotem w jego karierze było spotkanie z opiniotwórczym marszandem, Charlesem Saatchi. Podobno Saatchi „oszalał”, kiedy ujrzał jego pracę „The Thousand Years”, która składała się ze szklanej gabloty, pełnej robaków oraz much, pasących się na gnijącej głowie krowy. Powalił go bezmiar talentu Hirsta i wziął go pod swoje skrzydła, na czym obaj zarobili miliony. Zadziałał prosty mechanizm: wpływowy marszand wypatruje młody talent, organizuje mu w swojej galerii wystawę, zaprasza znajomych krytyków, którzy piszą entuzjastyczne recenzje, promuje malarza oraz galerię, a potem interes kręci się już sam. Po martwym rekinie w szklanym pojemniku wypełnionym formaliną, przyszła kolej na wypreparowaną owcę, a nastepnie krowę. Pracom towarzyszyły zwykle długie, filozoficzne tytuły, wyjaśniające misję dzieła. Jednej z nich Hirst nadał tytuł:” I Want to Spend the Rest of My Life Everywhere, with Everyone, One to One, Always, Forever, Now” czyli „”Chciałbym spędzić resztę mojego życia wszędzie, z każdym, tylko z nim, zawsze, na zawsze, teraz” Prawda, że teraz już wszystko jasne? Natomiast czaszka z platyny, nabijana diamentami została opatrzona nazwą: ”For the Love of God!” /”Na litość boską!”/, dając bron prześmiewcom, którzy powtarzali :”na litość boską, co następnym razem?” Oczywiście, krytycy sztuki nie szczędzili wybrańcowi Saatchiego pochwał: ”Prace Hirsta egzaminują proces życia i śmierci, ironię, fałsz i pragnienia, które uruchamiamy, walcząc z naszą alienacją i śmiertelnością” – pisał jeden. „Pojemniki zawierają martwe, a czasem pokawałkowane zwierzęta, zawieszone w formalinie jak w samej śmierci” – komentował poetycko inny. Hirst należy dziś do najbogatszych plastyków świata, a stan jego konta bankowego jest najlepszym dowodem na to, że cynizm i hucpa oraz dobre stosunki z mediami, to gotowa recepta na sukces
Drugą „ikoną” brytyjskiego Panteonu stała się inna prominentna postać grupy Young British Artists, Tracey Emin. Jej pierwszą większą pracą, a zarazem pierwszym skandalem, była .”Everyone I Have Slept With 1963-1995” /”Wszyscy, z którymi spałam w okresie od 1963 do1995 roku”/. Namiot, gdzie można było zobaczyć całkiem sporą ilość nazwisk kochanków Emin z inkryminowanego okresu, wyciętych z kartonu i przypiętych do ścian namiotu. Mimo tego prowokacyjnego skądinąd pomysłu Emin wciąż nie była dość znana, rozgłos w mediach przyniosła jej dopiero wizyta w studiu Channel 4. Przybyła na dyskusję kompletnie pijana, obrzuciła mięsem gospodarzy programu, obraziła kilku panelistów i .... następnego dnia już wszyscy wiedzieli kim jest Tracey Emin. Ten incydent wiele artystkę nauczył, w dwa lata później do prestiżowej Turner Prize zaproponowała instalację pt. „Unmade Bed”. Było to rozgrzebane łóżko z nieświeżą pościelą – zapewne jej własne, bo autorka znana jest z „autotematyczności” – w którym walały się zużyte kondomy, pety i puste pudełka po papierosach. Jurorzy ugięli się pod naporem talentu, Emin została laureatką Turner Prize, a jej kariera wystartowała z szybkością rakiety kosmicznej. Oto kilka innych osiągnięć twórczych Tracey Emin. Seria średnio udanych rysunków, zainspirowanych prywatnym życiem księżnej Diany w londyńskiej The Blue Gallery. Jedna z nich nosi tytuł „Love Was On Your Side” – współczesne ikony wiedzą, kogo wspierać i na pewno nie jest to partia konserwatystów ani monarchia! – albo inna, cykl neon works, poświęconych piosenkarzowi George’owi Michaelowi i jego partnerowi Kenny Gossowi. A Kenny - sam miłośnik sztuki i kolekcjoner - zaraz potem zorganizował wystawę owych neonowych dziełek w swojej galerii w Dallas i zatytułował ją ”Hołd dla Tracey Emin” .Wystarczy wspomnieć, że pośród entuzjastów talentu Emin znajduje się Elton John, Jerry Hall i Naomi Campbell, aby wiedzieć, że interes nie może się nie udać. Ostateczne świadectwo prawdy wydała sama Madonna, mówiąc: ”Tracey jest prowokacyjna, ale ma coś do powiedzenia. A ja mogę się pod tym wszystkim podpisać”. Dziś Emin jest członkiem Royal Academy of Arts, jej „Unmade Bed” znajduje się w zasobach Galerii Tate , a w 2008 roku retrospektywa jej prac „20 lat” najpierw została pokazana w Edynburgu, a potem zjeździła Europę.
Odwaga wypowiedzi, prowokacja, przekraczanie tabu wpisane są w naturę rozwoju sztuki, która rozwija się, emancypuje z dotychczasowych kanonów, poszukuje nowych form wyrazu. Wielkim wyzwaniem dla ówczesnych gustów był przecież impresjonizm, wiemy o publicznym zgorszeniu „Szałem” Podkowińskiego, muszlą klozetową – rzeźbą Duchampa, wielu kręciło nosem patrząc na „skubizowaną” głowę ukochanej Picassa, Jacqueline .Jednak i Podkowiński i Picasso wcześniej udowodnili, że są świetnymi malarzami, wiedzą, co to perspektywa i znali proporcje ludzkiego ciała. Po drugie – skandal był skutkiem, być może nawet skutkiem ubocznym ich artystycznych poszukiwań. A nie celem pracy – bo wtedy rodzi się uzasadnione podejrzenie, że mamy do czynienia z hochsztaplerką. A jeśli twórca działa w porozumieniu z marszandem, krytyką i mediami, można mówić o układzie korupcyjnym. A co zrobić z takimi performerami jak Guenther von Hagens, który na wystawie „The Body The Exhibition” pokazał ludzkie odarte ze skory ciała, człowieka zredukowanego do węzłów ścięgien i mięśni? Sztuka to część zdobyczy cywilizacyjnych człowieka, a czymże innym są prace von Hagensa jeśli nie zaprzeczeniem istoty sztuki, odwracaniem się od tego co stanowi o jego dorobku? Sprawa kolejna, to pytanie o granice wolności artysty. Jestem przeciw ograniczaniu wolności artystycznej, ale nie ma zgody na obrażanie uczuć religijnych czy narodowych widza. Bo tu już obowiązuje generalna zasada „granica mojej wolności kończy się tam, gdzie zaczyna naruszanie wolności innego człowieka” .Jego komfortu psychicznego, dobrego samopoczucia, poczucia godności. O tej podstawowej zasadzie współżycia społecznego niektórzy artyści wydają się zapominać. A zdarza się, że „zapominają” z pełna premedytacja. O cynizmie niektórych z nich świadczy fakt, że nie uderzają ba oślep, ale precyzyjnie i koniunkturalnie. Jak w Polsce Nieznalska czy Kozyra, w Wielkiej Brytanii Gilbert, George i inni. „Spróbowalibyście zrobić to samo z muzułmanami” – proponował jeden z wpisów wystawy Elisabeth Ohlson Wallin. Właśnie, jeden duński grafik spróbował i skończyło się to źle i dla niego i dla medialnego wizerunku jego kraju. Spróbował Theo van Gogh w 10-minutowym filmiku „Submission” i przypłacił to życiem. Etc., etc. Co mnie w pracach niektórych współczesnych performerów irytuje? Po pierwsze pustka filozoficznego i intelektualnego przesłania, że zapowiadając wiedeński sznycel podają kotlet z torfu. Po drugie – mętniactwo i pretensjonalność ich wywodu. A po trzecie – wybór drogi do kariery. Kocham sztukę, znam wszystkie większe muzea Europy, a i wiele poza Europą, i jestem stałą bywalczynią ekspozycji w British Museum, National Gallery i Royal Academy of Art. I dlatego nie ma zgody na taki dialog artystów z publicznością, który oparty jest na manipulacji i koniunkturalizmie, arogancji i cynizmie.
Londyn, maj 2009
TROCHĘ DOBRZE, TROCHĘ ŹLE...
Pamiętam niedawne jeszcze czasy, kiedy brytyjską kinematografię dominowały – rodzaj „specjalności zakładu - „heritage films” jak „Pokój z widokiem”, „Powrót do Howards End” czy „Okruchy dnia”. Starannie zrealizowane dramaty kostiumowe, zwykle adaptacje klasyki literackiej Jane Austen, Dickensa czy Forstera. Hymny na cześć brytyjskiego stylu życia, osiągnięć cywilizacyjnych i kulturowych, emanacja poglądów konserwatystów, gdzie to tradycja, patriotyzm, łącznie z koncepcją Imperium jako misji cywilizacyjnej. I tylko od czasu do czasu słychać było echa krytyki Imperium, patrz: „Gandhi”, „Białe kłamstwo” czy „Cztery pióra” oraz thatcheryzmu jak w „Mojej pięknej pralni”. A potem nadszedł rok 1997, w wyborach parlamentarnych zwyciężyła Partia Pracy i wszystko się zmieniło. Także brytyjskie kino.
Jak wiadomo, wszystko zaczyna się od ideologii lub pieniędzy, albo jednego i drugiego. Tak było i tym razem. Pani premier Thatcher miała wiele zalet, ale kino traktowała jako rozrywkę pospolitą i płochą, dofinansowywała wprawdzie Covent Garden, Royal Shakespeare Company, biblioteki i muzea, ale nie było mowy o funduszach dla kinematografii. Lata 80. były zatem dla tutejszego przemysłu filmowego dramatyczne, w londyńskich studiach produkowano 23 do 27 obrazów rocznie, a twórcy emigrowali za Atlantyk w poszukiwaniu chleba. Labour Party Tony Blaira lepiej rozumiała rolę kina w politycznej propagandzie i szybko zadbała o finanse. Nastąpiła reorganizacja całej struktury, powstał Film Council, rodzaj Komitetu Kinematografii, w przemysł wpompowano setki milionów funtów z Loterii Krajowej, a ówczesny minister skarbu Gordon Brown wprowadził Poprawkę 37 z korzystnymi dla realizatorów odpisami podatkowymi. I w ciągu kilku sezonów postawiono brytyjska kinematografię na nogi. I to dobrze. Ale tu należy zadać kolejne pytanie – za jaką cenę?
O ile obrazki z epoki premier Margaret Thatcher sygnalizowały powszechny, niejako oficjalny punkt widzenia Anglików na temat monarchii, Imperium, obu wojen czy rodzącego się społeczeństwa wielorasowego, to, co teraz pojawiło się na dużych ekranach, było emanacją światopoglądu jednej tylko grupy – labourzystowskiej, liberalnej klasy średniej, wciąż oglądającej się na „Kapitał” Marksa, probrukselskiej i antyamerykańskiej. Narodziło się New Labour Party Cinema. Głównie dramaty społeczne z tzw. „nieuprzywilejowanymi”- bezrobotni, alkoholicy i narkomani, legalni i nielegalni emigranci – w roli głównej, rozgrywające się w ponurej scenerii osiedli komunalnych. Heroldami tego nowego nurtu stały się „Trainspotting” Danny Boyle’a, „Orkiestra” Marka Hermana, „Goło i wesoło” Petera Cattaneo oraz „Sekrety i kłamstwa” Mike’a Leigh. Ekrany zaroiły się od typów gross czasu spędzających w pubie, których jedyna aktywnością jest bijanie swoich żon i dzieci, którzy winą za ich nędzną wegetację obarczają kapitalizm, Margaret Thatcher i wszystkich świętych, a w przesłaniach tych filmów czuło się smrodek politycznej poprawności i ...hipokryzji. Wprawdzie owe społeczne dramy oglądane były chętnie przez liberalną krytykę filmową oraz młodych londyńskich wyborców Partii Pracy, ale tzw. szeroka publiczność – najwyraźniej je ignorowała. I w ten sposób to nowe brytyjskie kino oddzieliło się od społeczeństwa i stało się trybuną propagandową wyłącznie labourzystowskiej klasy średniej, „na lewo od Tony Blaira”. I tak jak dobre pomysły i wielkie pieniądze najpierw zreanimowały brytyjską kinematografię, nadmierne upolitycznienie omal jej nie zabiły. Angielska stawka pokazana na ostatnim 52 Londyńskim Festiwalu Filmowym także budziła odczucia co najmniej mieszane.
Wróćmy jednak do wątku głównego. Nowe kino społeczne szybko zyskało labourzystowski szlif i zdominowało całą produkcję filmową. Obok Boyle’a, Hermana i Cattaneo pojawiły się nowe nazwiska – Winterbottom, Shane Meadows, Peter Mullen. - nie mówiąc o weteranach bitew o „nieuprzywilejowanych” jak Mike Leigh i komunista Ken Loach. Nowi bohaterowie filmowi potrzebowali nowych odtwórców, popularność zdobyli wtedy Brenda Blethyn i Kathy Burke, Robert Carlyle i Ray Winstone, których warunki zewnętrzne – „charakterystyczny” – uprawniały do grywania bohaterów tych .”kitchen sink dramas” lat 90. Powstawało coraz więcej i więcej niskobudżetowych „dramatów rozgrywających się nie w salonie, a w kuchni”, w centrum zainteresowania pojawiły się znowu odkurzone hasła „klasa robotnicza” oraz „walka klas”, nauki polityczne zastąpione zostały przez prounijne slogany i antyamerykanizm , a dekalog – wytycznymi politycznej poprawności. Rozpoczął się zmasowany atak na takie „ostoje konserwatyzmu” jak państwo, Kościół, zwłaszcza katolicki, rodzina, szkoła, system penitencjarny i policja . Spójrzmy na „Vera Drake” Leigh, wspierający feministyczne hasła „prawa kobiety do swego brzucha”, antykatolickie manifesty „Liam” Frearsa i „Siostry magdalenki” Mullana, „Lucky Break” Cattaneo, bredzący coś o kryminalistach i ich human rights, a jakoś zapominający o prawach człowieka ich ofiar. Popatrzmy na „Nic doustnie” Oldmana, obrazek z życia rodziny, katowanej przez alkoholika, „któremu należy dać kolejną / setną zresztą/ szansę”, „Mother” Mitchella, hymn na rzecz tzw. ”nowej obyczajowości” i osiągnięć brytyjskiego feminizmu czy „Pewnego razu w Midlandach” Meadowsa, smutną konstatację, że niedojrzali, roszczeniowi młodzi Anglicy, ukształtowani przez państwo opiekuńcze, nie są już w stanie zbudować zdrowego związku. Jednak ilość rzadko przechodziła w jakość, świetnym przykładem może być „Lucky Break” Cattaneo, który choć dokładnie powtarza formułę jego pierwszego filmu „Goło i wesoło” , nie osiąga ani jego poziomu ani atrakcyjności.
Wraz z rosnąca lawinowo liczbą emigrantów z byłego Imperium oraz reszty świata, coraz widoczniejsza stawała się obecność w kinematografii przedstawicieli mniejszości etnicznych. Producent filmów Jamesa Ivory, Ismail Merchant, międzynarodowe dziś gwiazdy, Mira Nair, Gurinder Chadha, Shekhar Kapur swoje reżyserskie kariery rozpoczęły właśnie w Wielkiej Brytanii. Teraz podąża za nimi Asif Kapadia, Meera Syal, Reuf Khaled El Hagara i paru innych twórców o podobnej zawodowej drodze. To co etniczne stawało się coraz piękniejsze, i tak już pozostało. W brytyjskiej produkcji „kolorowej” dostrzec dziś można kilka nurtów. Jeden, reprezentowany przez „Cztery pióra”, „Bawełnianą Mary” czy „Mystic Masseur”, to próby pisania na nowo historii Brytyjskiego Imperium, tym razem przez reprezentantów narodów kiedyś represjonowanych, Indii, Sudanu czy Trynidadu. ”Zakręć jak Beckham” Gurinder Chadhy, „Room For Rent” Khaleda El Hagara i „Anita and Me” Meery Syal, to z kolei komedie obyczajowe, pokazujące jak wygląda dziś w Midlandach życie emigrantów z Indii czy Pakistanu. Ostatnią tendencję stanowią obrazki o najnowszych legalnych i nielegalnych przybyszach, patrz: „The Last Resort” Pawła Pawlikowskiego, „Niewidzialni” Stephena Frearsa czy „Ghosts” Nicka Broomfielda. Można zaobserwować nieproporcjonalną do wielkości kolorowej populacji na Wyspach / 5%/ tendencję wzrostową tego segmentu filmowego rynku. Nic dziwnego, Wielka Brytania, liberalne państwo opiekuńcze, w dodatku wciąż zamożne, to dla emigrantów prawdziwa „kraina szczęśliwości”. Polityczna poprawność wyznacza strategię działania Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, aktywiści human rights i Amnesty International udają, że nie wiedzą jak ogromne kwoty taka polityka pochłania, a w kinach królują filmy, opowiadające o dobrych, uciśnionych Afrykanach i Azjatach, szukających lepszego życia w Europie. Oczywiście nikt nie wspomina o brytyjskiej służbie zdrowia i systemie edukacji, cierpiących na zadyszkę z powodu nadmiernej ilości przybyszów czy o całych kwartałach brytyjskich miast, gdzie panuje prawo szariatu i gdzie zrodził się islamski terroryzm. Obowiązuje jedna tylko opcja ideologiczna, labourzystowska, przez co filmy o emigrantach pokazują świat w jeden tylko, tendencyjny sposób.
Co gorsza, coraz wyraźniej było widać, że inwestując w produkcję, zapomniano o innych segmentach kinematografii, dystrybucji oraz sieci kin. Właściciele kin nie chcieli kupować małych, bliźniaczo do siebie podobnych dramatów społecznych o bezrobotnych alkoholikach - „ofiarach kapitalizmu” i ich nieszczęsnych rodzinach. Doszło do tego, że dwie trzecie ogromnej już produkcji, około 150 pozycji rocznie, nie docierała na kinowe ekrany. Nie tylko amerykańskich sieci multipleksów, ale nawet do tutejszych kin studyjnych. I tak jest do dziś. Od 18 lat obserwuję Londyński Festiwal Filmowy i widzę jak wiele milionów funtów z kasy Komitetu Kinematografii wyrzuconych zostało w błoto Na skutek braku całościowej polityki programowej kinematografii, ale przede wszystkim jej nadmiernej ideologizacji. Sytuację ratują koprodukcje jak ostatniego roku „Slumdog. Milioner z ulicy”, angielskie komedie typu „Dean Spanley” czy „Nowe zasady”, obyczajówki w rodzaju „Genua. Włoskie lato” albo filmowa poezja jak „O mieście i czasie”. Dziś już powszechnie wiadomo, że labourzystowski stempel politycznej poprawności na brytyjskiej fabule, to „pocałunek śmierci”. Ale zmiana polityki nastąpi dopiero wtedy, kiedy w kasie Film Council pokaże się dno.
Londyn, kwiecień 2009.
KSIĄŻECZKI NA DOBRANOC
Jako „dziecko epoki Gutenberga”, które na imieniny i pod choinkę dostawało wyłącznie książki, zaproszona na urodziny córki sąsiadki, Sue, pogalopowałam do księgarni. Księgarnia „Waterstones”, cztery piętra, połowę drugiego zajmuje literatura dla dzieci i młodzieży. Zaczynam przeglądać zawartość segmentu dla nastolatków i...włos się jeży! Ani śladu klasyki - żadnych „Ań z Zielonego Wzgórza”, „W 80 dni dookoła świata”, „Wyspy skarbów” czy „Opowieści z Narnii”- wszystko to zostało przetransportowane do sekcji „dzieci od 9 do 12 lat”. Za to cała masa nowych rodzajów? gatunków? powieści dla nastolatków, które pojawiły się na rynku wydawniczym w ciągu ostatnich lat. I które można potraktować jako jeszcze jeden dowód na istnienie teenage mass culture. Otóż w ciągu ostatnich kilkunastu lat, pojawiło się nowe pokolenie „daj, daj, daj”, zmaterializowane, roszczeniowe, nastawione na konsumpcję, które dziś jest ważnym klientem wielu sektorów rynku. To dla tych dzieciaków produkuje się nowe rodzaje kina akcji, wszystkie te „terminatory”, „predatory” i „piły mechaniczne”, generuje komputerowo fantasies, wymyśla „komedie szkolne”, z ich powodu infantylizuje się telewizję, otwiera kolejne punkty McDonalda, dla nich projektowana jest dzisiejsza moda i pełną parą pracuje przemysł kosmetyczny. Właśnie z myślą o tym nowym odbiorcy powstał także cały nowy segment rynku wydawniczego.
Oto „My Secret Diary. Dating, dancing, dreams and dilemmas” Jacqueline Wilson, która doradza 12-13-latkom jak ubierać się i malować sexy, jak zachować na randce, być zabawną na czacie. Oto cała seria Louise Rennison „Dancing In My Muddy Pants” z podtytułem „będziesz się śmiała aż ci majtki spadną!”, wiele dzienników, pamiętników i zapisków dziewcząt, których główne „dylematy” stanowią chłopcy, ciuchy oraz seks. Ofertę uzupełniają powieści typu „The Secret Countess” Evy Ibbotson, opowiadającej o białej Rosjance, która po ucieczce rodziny z Rosji znalazła się jako służąca w domu arystokratycznej rodziny Westerholmes i oczywiście zakochała w młodym spadkobiercy tytułu i fortuny. Tandeciarska „Barbara Cartland dla nastolatek”. Widać ogromną ilość powieści o wampirach jak „Feast of Fools”, czwarta część serii o mieście Morganville, gdzie siejąc popłoch grasują wampiry. Obok – „Necropolis” znanego w tej konkurencji Anthony Horovitza z podtytułem „Witajcie w mieście zmarłych”. I jeszcze „The Skulduggery Pleasant. The Faceless Ones” z podtytułem, który mówi wszystko: ”Jeśli jesteście w panice, to macie rację!” Tyle z frontu nowinek literackich dla nastolatków o zombi, wampirach, stworach bez twarzy i przybyszach z odległego kosmosu i pobliskich cmentarzy. Nietrudno także dostrzec, że sporo książek dla młodzieży nosi wyraźny stempel politycznej poprawności. Niektóre z nich do złudzenia przypominają nasze niegdysiejsze lektury - „Dzieci musztardowego raju”, ”Wyprawa do Arteku” i „Witia Malejew w szkole i w domu” – nawet z tym samym ideologicznym drogowskazem, na lewo marsz. „Ruby Red” Linzi Glass to historia białej dziewczynki imieniem Ruby, mieszkającej w bogatej dzielnicy Johannesburga, która „nie może zapomnieć niebieskich oczu czarnego chłopca z Soweto”. A w dziale poezji – „Unheard Voices”, zbiór wierszy o niewolnictwie w wersji dla młodych czytelników. Cóż, kształtowanie światłego, liberalnego obywatela zaczyna się w starych demokracjach od przedszkola, szkoła średnia to już poziom dla zaawansowanych.
Na nastoletnim rynku wydawniczym dostrzec można jeszcze jedną grupę lektur, nowa generacja powieści obyczajowych, które już wzbudziły niepokój rodziców, nauczycieli oraz mediów. Bowiem sięgają one do tematów, które dotąd znaleźć było można tylko w literaturze dla dorosłych, a i to traktowane z dużą dozą ostrożności w eksplikowaniu tematu. Bo alkoholizm i przewlekła depresja matki, rozwód rodziców, aborcja, niemowlę na śmietniku, seks uczennicy z nauczycielem, seksualne molestowanie małolaty przez przybranego ojca, samobójstwo rodziców – to w literaturze dla młodzieży tematy raczej nowe. Bohaterką „Before I Die” jest 16-letnia Tess, umierająca na raka. Komentarz wydawcy na skrzydełku książki brzmi: ”Każdy musi umrzeć. I wszyscy o tym wiemy. Mając przed sobą tylko kilka miesięcy życia, Tess wiedziała o tym lepiej niż większość z nas”. I dalej: ”To książka, która uświadomi ci jaką jesteś szczęściarą choćby dlatego, że po prostu żyjesz”. Dla mnie najbardziej szokującą okazała się powieść „Dustbin Baby” wspomnianej już poprzednio Jacqueline Wilson. Oto dziewczynka imieniem April opowiada historię swojego tragicznego dzieciństwa, które rozpoczęło się od porzucenia jej przez matkę tuż po urodzeniu na śmietniku. Tułając się po jakichś rodzinach zastępczych doświadczyła wszystkiego, czego nie powinno było doświadczyć dziecko – samobójstwo przybranych rodziców, molestowanie seksualnego przez opiekuna, życie w młodzieżowym gangu, a „szczęśliwym zakończeniem” jej historii ma być odnalezienie chłopca z pizzerii, który lata temu natknął się na April - niemowlę na śmietniku. Brrr!
Dłuższe myszkowanie po półkach pokazuje, że głównym dostawcą atrakcji, prawdziwą misjonarką w dziele „wprowadzania na karty lektur dla młodzieży prawdziwego życia”, jest właśnie Jacqueline Wilson. I to ona okazuje się także autorką innego bestsellera, „The Illustrated Mum”. Tym razem Marigold, alkoholiczka w głębokiej depresji, po kilku próbach samobójczych, ostatecznie porzuca swoje dzieci. Tak więc jej córeczki Dolphin i Star muszą same zadbać o siebie i historia opowiada jak dzień za dniem walczą o przetrwanie. Inna próbka talentu tej samej autorki, to powieść „Love Lessons”. Tu z kolei śledzimy losy 14-letniej Prue King, która na życzenie swego konserwatywnego ojca, pobiera nauki w domu. Ale ojciec dostaje ataku serca i ląduje w szpitalu, a Prue – w szkole. I tu zaczyna się prawdziwa idylla: dziewczynka nawiązuje bliski kontakt z nauczycielem, a potem, zatrudniona przez niego jako opiekunka do dzieci, nawet bardzo bliski kontakt. I nareszcie znajduje trochę miłości i zrozumienia .Nie wiem skąd pani Wilson bierze tematy do swoich powieści, ale wygląda na to, że głównie z kronik policyjnych i sądowych, które przecież pokazują nie standard, lecz anomalia, życiowy margines. I tu rodzi się pytanie – jeśli książki dla nastolatków zawierają jakieś przesłanie, a zawierają, jakie treści winny przekazywać młodemu czytelnikowi? Jak żyć uczciwie, ciekawie i pożytecznie w standardowych warunkach w jakich wychowuje się ogromna większość nastolatków? Czy też – jak radzić sobie w sytuacjach skrajnych czyli być dla dziecka „podręcznikiem przetrwania”? A może do „podręczników przetrwania” winni zaglądać dorośli, rodzice, nauczyciele, politycy i autorzy książek właśnie po to, aby potrafili strzec dzieci przed sytuacjami skrajnymi? O nie, na to nie ma zgody, bo co na to powie PP, biblia liberała?
Bowiem w społeczeństwie liberalnym i permisywnym odpowiedzialność została zdjęta z barków rodziców - którzy mają przecież prawo do wolności oraz samorealizacji – i ciężar został przerzucony na szkołę, szkoły na społeczeństwo, społeczeństwo na sądy, policję i system penitencjarny. A ofiarą tych eksperymentów społecznych okazało się jak zwykle „najsłabsze ogniwo” tego łańcucha, dziecko. Oczywiście, dopóki nie dorośnie i nie będzie mogło sobie pozwolić na nieodpowiedzialność. A wracając do literatury młodzieżowej - od kilku lat w Wielkiej Brytanii toczy się publiczna debata pod hasłem „Dzieci obrabowane z dzieciństwa”, gdzie apeluje się do reżyserów filmowych, szefów wielkich korporacji telewizyjnych, portali internetowych, mediów, także autorów książek, aby byli ostrożniejsi w procesie wprowadzania małolatów w świat dorosłych. Jeszcze kilkanaście lat temu dzieciństwo było starannie chronione przez rodziców, szkołę, społeczeństwo, dziś przedwcześnie dojrzałe dzieci, muszą dawać sobie radę same. Otrzymują coraz większą porcję wolności – materializacja, nastoletni alkoholizm, wzrastająca liczba ciąż dziewczynek, dzieci mordujące dzieci – ale także mylne lub sprzeczne sygnały jak się w tym chaosie odnaleźć. I są do tego zupełnie nieprzygotowane. A powiastki takie jak te Jacqueline Wilson wprowadzają w ten nastoletni świat jeszcze więcej zamieszania. Skradzione dzieciństwo? Tak. Nadmierna ideologizacja literatury? Niewątpliwie. Jeszcze jedna sfera naszego życia, gdzie głupstwo nowoczesności usiłuje zniszczyć sprawdzone przez setki lat wzorce. Dla mojej generacji - zapewne ostatniej - lektury z dzieciństwa są jasnym, mocnym punktem odniesienia do którego wraca się po optymizm i wsparcie. Jaką pomoc i wsparcie we wspomnieniach lektur z dzieciństwa znajdą kiedyś dzisiejsze nastolatki?
Londyn, kwiecień 2009
Dyskusja
Jako pierwszy głos zabrał Wojciech Piotr Kwiatek, który uzupełnił w kilku miejscach wypowiedź Prelegentki. Wskazał, że kino brytyjskie, o którym Elżbieta Królikowska–Avis mówiła na początku wystąpienia, to kino roszczeń społecznych, kierowanych pod adresem władzy, kino o silnym zabarwieniu lewicowym. Kwiatek stwierdził, że mamy tu do czynienia ze swego rodzaju rozpasaniem roszczeniowym, bo los tych bohaterów, w porównaniu np. z codziennym losem ludzi o podobnym statusie społecznym w Polsce, jest losem idyllicznym. Druga uwaga odniosła się do innego nurtu w brytyjskim kinie, reprezentowanego np. przez Kenneta Branagha, autora m.in. znakomitych ekranizacji szekspirowskich, w których wciąż wydobywa się angielskie odwieczne virtues (cnoty). Referentka stwierdziła na to, że Branagh mocno się ostatnio skomercjalizował, kręcąc filmy kryminalne wg powieści Henninga Mankella o przygodach komisarza Wallandera. Kwiatek replikował, że to nie są banalne „kryminałki”, że powieści Mankella mówią o dzisiejszej Szwecji więcej, niż uczone rozprawy i analizy, że twórca postaci Kurta Wallandera ujawnia szwedzkie „jądra ciemności”, o których świat i Europa mało wiedzą, bo władza i media skrzętnie to ukrywają. Królikowska – Avis zgodziła się wskazując, że szwedzkie społeczeństwo poddane jest właśnie tresurze political correctness i „głośno milczy” np. o rosnącej w Szwecji fali uchodźców z całego świata, zwłaszcza islamskiego, i o destrukcji społecznej, jaką to ze sobą niesie. To milczenie w końcu eksploduje falami patologii co się zowie zbrodniczych – dodała referentka.
Jerzy Biernacki, podkreślając ważność wystąpienia Prelegentki i jej rygor intelektualny, co umożliwiło przyswojenie podawanych treści i informacji, wskazał, że nawet w samej Wielkiej Brytanii pojawiają się już od 2 – 3 dekad utwory ośmieszające postawy politycznie poprawne i wszystko, co się z nimi łączy (sztuka, a właściwie anty-sztuka). Mówca powołał się np. na powieści i filmy z serii „Bridget Jones” oraz serię „dzienników” Adriana Mole’a pióra Sue Townsend czy nowe edycje powieści Jane Austin i ich ekranizacje, które, nawiązując do tradycji XIX-wiecznej prozy z Wysp, starają się przywrócić należyty porządek rzeczy. Referentka dorzuciła do tego następne przykłady wskazując, że uwaga J. Biernackiego znajduje uzasadnienie w artystycznej rzeczywistości Albionu AD 2000 i następnych. Stwierdziła, że połowa brytyjskich mediów ma na szczęście nastawienie konserwatywne, co daje nadzieję, że permisywizm i politicall correctness prędzej czy później przegrają.
Jako następny pojawił się wątek finansowania sztuki politycznie poprawnej. Padło pytanie: kto tę sztukę finansuje? Prelegentka wyjaśniła, że zwykle dotąd np. film spod znaku Labour Cinema finansowało państwo. Dziś – pojawia się sponsoring prywatny, ale oczywiście w tej sytuacji nie bezinteresowny. Obowiązuje zasada „ręka rękę myje”. Uważam, że to są typowe działania o charakterze korupcyjnym – powiedziała Elżbieta Królikowska – Avis.
Jacek Wegner: Nie należy przejmować się tymi zjawiskami. Każda kultura wytwarza anty-kulturę. To są ścieki, które spłyną. Atak anty-kultury na kulturę chrześcijańską świadczy tylko o wielkości kultury chrześcijańskiej. Za kilkanaście lat tego śmiecia, tego ścieku nie będzie. Prekursorem tego, co się dziś dzieje w Polsce, był Jerzy Urban. I proszę bardzo – co z tego zostało?
Wypowiedź J. Wegnera spowodowała reakcje burzliwe. Wskazano, że „urbanizacji” nie można lekceważyć, bo Urban skalał cały kraj.
Wątek podjął Janusz Pichlak. Mówił, że Wielka Brytania jest w tym momencie bardziej „postępowa”, ale Polska jest na najlepszej drodze, by „nie odstawać”. Skoro jest coś takiego, jak „inżynieria społeczna”, to znaczy, że są i inżynierowie – mówił. – Oni albo realizują własne „pomysły”, albo wykonują czyjeś zlecenia. Ci zleceniodawcy to zwykle wielki kapitał, który myśli wyłącznie o tym, by swe kapitały jeszcze pomnożyć. Z doświadczeń radnego m. st. Warszawy pamiętam zjawisko tzw. tropizmu ludzi kultury – oni odwracali się zawsze tam, gdzie były pieniądze.
Mówca zacytował fragment pewnej angielskiej pracy, w której opisane były poglądy Antonio Gramsciego. Uważał on, że system starych wartości można pokonać, wypowiadając mu wojnę kulturową. Poglądy głównej warstwy społecznej na moralność zastąpione zostałyby poglądami społecznego marginesu. Dokonać się to miało przez przejęcie wszystkich instytucji społecznych – uniwersytetów, kościoła, mediów, sektora prawnego, policji, grup wolontaryjnych oraz dopilnowania, by cała intelektualna elita śpiewała hymny z tego samego „Psałterza Rewolucji”. W Wielkiej Brytanii cele te zostały osiągnięte z najwyższą dokładnością.
J. Pichlak kończył uwagą na tematy polskie. Co do wydawnictw - co najmniej od 20 lat mamy na naszym rynku pisemka niemieckie „polskojęzyczne” dla dziewcząt, w których najważniejsze tematy to seks i inicjacja seksualna. W dziedzinie sztuki – mówca przypomniał znane skandale, poczynając od Zachęty i „instalacji Cattelana”, poprzez działania Nieznalskiej. Co do filmu – film uprawia „tresurę poprawnościową”. Przykładem – Pokłosie Pasikowskiego, operujące dydaktyką wstydu i poczucia winy. Tu wychodzi inspirująca rola konkretnych kręgów narodowościowych, etnicznych etc.
Referentka doceniła wagę tej wypowiedzi wskazując, że b
