Rzecz jasna to nie mógł być przypadek, że spotkanie z „Nadredaktorem”  Marcinem Wolskim w Klubie Publicystyki Kulturalnej SDP miało miejsce w prima aprilis, bo akurat była to pierwsza środa miesiąca. Satyryk, niezwykle płodny powieściopisarz, współtwórca (czy raczej główny twórca) radiowych programów satyrycznych „60 minut na godzinę” i „ZSYP” (Zjednoczenie Satyryków y Politykierów) oraz telewizyjnego „Polskiego zoo” nie mógł przecież spotkać się z nami w taką zwykłą pierwszą środę miesiąca, przypadającą trzeciego, piątego lub siódmego. Zwłaszcza że podczas trwającego zaledwie ok. półtorej godziny spotkania zdołał powiedzieć (wcale nie wyłącznie o sobie!) tak wiele, że nie mamy żadnych szans, by to wszystko przekazać w krótkim sprawozdaniu.

Do wszystkich jego licznych ról (poza wymienionymi: poety, krytyka literackiego i recenzenta, aktora estradowego, podróżnika, a także płetwonurka i in.) i stanowisk przybyła ostatnio funkcja prezesa oddziału warszawskiego SDP. Nieoczekiwanie i bardzo szczęśliwie został wybrany na to stanowisko i rozpoczyna pracę wraz z podobnie myślącymi kolegami, wybranymi na członków zarządu o/warszawskiego, m.in. z Joanną Lichocką, Aleksandrem Wierzejskim i Piotrem Jeglińskim. Bardzo szczęśliwie, bo teraz niewątpliwie lepiej niż w poprzednim  okresie będzie się układać współdziałanie o/warszawskiego z zarządem głównym SDP i jego Prezesem. Trzeba pamiętać, że o/warszawski to liczbowo niemal połowa dziennikarzy zrzeszonych w Stowarzyszeniu.

Zapowiedzi nowego prezesa przedstawione na spotkaniu można zsyntetyzować następująco: więcej imprez, więcej młodych i więcej … literatury. W tym trzecim punkcie chodzi o trochę więcej miejsca i uwagi dla  dziennikarzy uprawiających literaturę piękną.

Spotkanie miało charakter swobodnej rozmowy, prowadzonej najpierw przez przew. Klubu, Teresę Kaczorowską, która następnie oddała głos kolegom z sali.                      Odpowiadając na odwieczne pytanie, „jak ty to robisz” (że piszesz tak dużo i tak dobrze) nasz gość przedstawił własną szkołę myślenia na ten temat: długo marzył o pisaniu prozy (która jego zdaniem jest trudniejsza niż wiersze), ale nie „pchał się”, nie obsyłał wydawnictw swoimi płodami. To jest jak dar losu – powiedział. Zasada: „stań w kącie, znajdą cię” i spełniło się.  

Gdy wydał „Noblistę”, w „Gazecie Wyborczej” ukazała się miażdżąca recenzja. Efekt: telefon od wydawcy, kilka dodruków, prawie bestseller. – „ Już więcej tego błędu nie popełnili” – spuentował pisarz. –„Zawsze piszę na zamówienie” –dodał i opowiedział, jak od początku rozwijała się jego kariera literacka.

Naturalnie opowieść naszego gościa przypominała poemat dygresyjny, dlatego też w następnej kolejności (a wcale nie po kolei) dowiadywaliśmy się o tym, jak powstało „Polskie zoo” (bardziej z przypadku niż z zamysłu), że najlepszym prezesem telewizji był Marian Terlecki, a wielu polityków uznało lalki za swoje logo (Tadeusz Mazowiecki miał w domu kolekcje żółwi).

Po rozmowie tzw. weryfikacyjnej (wykorzystał ją w kilku swoich powieściach) wyrzucony z radia, po odpowiedzi na pytanie, co sądzi o stanie wojennym (–„powiedziałem, co myślę”). Po wyrzuceniu z partii Stefana Bratkowskiego (wówczas podziwianego przez Wolskiego) wystąpił z partii. Do radia wrócił w 1989 r. na osobisty telefon Andrzeja Drawicza, wówczas szefa Radiokomitetu. Żałuje, że nie udało mu się dociągnąć do 1000 ZSYP-ów, było 985 odcinków. Audycję zdjęto po 20 latach na wniosek koalicji LPR z lewicą (w TVP).

Marcin Wolski surowo ocenił obecne polskie kabarety, zwracając uwagę na niszczącą rolę szybkich pieniędzy, zwłaszcza dla młodych twórców. Bim-bom, STS – to były kabarety robione z potrzeby serca, nie dla zarobku. Pamięta, że kiedyś za występ dostali…skrzynkę piwa. Wyróżnił jedynie Kabaret Moralnego Niepokoju Roberta Górskiego.

Następnie pisarz, sprowokowany przez Teresę Kaczorowską, dość długo i barwnie ukazywał kulisy swojego warsztatu literackiego i psychologii tej profesji, podkreślając, że potrzebny jest płodozmian (przynajmniej jemu), a więc codzienny wierszyk, po wierszyku recenzja, potem jakiś felieton, wszystko to w pierwsze 4 godziny dnia. Należy stanowczo przecinać marudzenie przed rozpoczęciem pracy (np. prozatorskiej), lecz po prostu siadać i pisać. Najtrudniej, gdy są długie przerwy, bo trzeba całość czytać od nowa, lepiej pisać szybko. Powieść – proszę bardzo – w 3 miesiące, słuchowisko pisze się prędko i skutecznie, gdy poprzednie zatrzymała cenzura (w słusznie minionym okresie). Nie wolno poddawać się wątpliwościom i nie hamletyzować. Ale czasem pisze się książkę 15 lat i wtedy jest trudno. „7.27 do Smoleńska” powstało w trzy miesiące właśnie.  Dalszy ciąg „Smoleńska” to „Dzień zapłaty”. Zamach na Putina w Polsce. – „Gdy Władymir Waładymirowicz przez ponad dwa tygodnie nie ukazywał się w mediach, to pytano, czy to nie moja sprawka.”

Nasz gość zauważył, że są dwa rodzaje pisarstwa: jedno to takie, że jest kościec i ten kościec się wypełnia. Wolski stosuje technikę Kolumba: zna punkt wyjścia, zna punkt dojścia, …ale on się może zmienić.

Niżej podpisany zapytał pisarza, co sądzi o tym, jak zmienili się ludzie, których wspomina z takim podziwem: Jacek Fedorowicz, Stefan Bratkowski…? Wolski: -„Prawdopodobnie nie ma na to żadnego wytłumaczenia. Ja wolę pamiętać Fedorowicza AD 1974, Bratkowskiego AD 1989 itd. – „Bratkowski niedawno do mnie: - „I ty, Marcinku, też przyłączyłeś się do faszystów.”  Jacek Kuroń twierdził, że jak byśmy wdali się w rozliczenia, to rewolucja zjadłaby własne dzieci. Nie miał racji. Pisarz zaprezentował oceny polityczne 89 roku i „grubej kreski” Mazowieckiego (negatywne), tzw. IV RP (per saldo pozytywną).

Stefan Truszczyński przypomniał o wyczynach Wolskiego jako płetwonurka i podróżnika. Pisarz opowiedział o kilku swoich podróżach (odwiedził 30 krajów), m. in. do Ugandy, Nowej Gwinei i na Galapagos.

Następnie w żartobliwym tonie pytano gościa, kim  chciałby zostać, może      ministrem kultury, może prezesem radia? –„Po pierwsze chciałbym pożyć” - odpowiedział .

Dłuższa sekwencja dialogu kolegów z Prezesem o/warszawskiego dotyczyła jeszcze definicji dziennikarza, w dzisiejszych skomplikowanych warunkach, w prasie lokalnej, samorządowej itp. Każdy przypadek, zdaniem Wolskiego, trzeba rozpatrywać indywidualnie. Generalnie jeśli się pisze o problemach społecznych, o zachowaniu ludzi, o ideach itp. to jest to dziennikarstwo, a jeśli powtarza się np. myśli wojewody – to dziennikarstwem nie jest.

Z sali pada pytanie: – „A kim pan by nie chciał być?”

- „Świnią” – odpowiada bez namysłu pisarz.

Teresa Kaczorowska: - „Czy „Agent dołu” (wielekroć wznawiany bestseller Wolskiego) zostanie sfilmowany?”

Wolski: - „Zgłosił się człowiek, który chciałby powieść sfilmować, ale na to potrzeba  ze sto milionów dolarów, jak w Hollywood. A zatem…”

Pisarz opowiedział o spotkaniu z Antonim Krauzem, którego nie znał, którego spotkał w Klubie Ronina, i wtedy reżyser zwrócił się doń z pytaniem, czy nie pomógłby mu przy filmie „Smoleńsk”. W ten sposób został współscenarzystą filmu, obok Krauzego, Tomasza Łysiaka i Macieja Pawlickiego.

Na zakończenie  nasz gość odczytał lub powiedział z pamięci kilka ostatnio napisanych swoich wierszy.

Oprac. Jerzy Biernacki

 

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl