„Możemy pisać o trotylu, możemy zadawać trudne pytania, możemy pisać o wszystkim, we wszystkich tytułach, pod jednym warunkiem: że tezy mamy udokumentowane” – mówi Grzegorz Hajdarowowicz z rozmowie z Piotrem Najsztubem. Właściciel Presspubliki opowiada na łamach „Wprost” historię publikacji artykułu Cezarego Gmyza.
Hajdarowicz w rozmowie z Najsztubem relacjonuje całą historię od początku. O tym, że redakcja ma potężnego newsa w garści dowiedział się podczas pobytu w Barcelonie. „Dzwoni naczelny i mówi, bardzo oględnie, jakby obawiając się tego, co mówi, że ma tekst oparty na czterech sprawdzonych źródłach, zweryfikowanych, jest też po rozmowie z prokuratorem generalnym w sprawie najważniejszego śledztwa w kraju i niestety z potwierdzeniem, jakiego nikt się nie spodziewał” – przypomina właściciel Presspubliki. Dodaje, że dopadło go wtedy poczucie odpowiedzialności jako wydawcy, że był w szoku, bo okazało się, że teza, w którą nie bardzo wierzył, okazuje się prawdziwa. „Ta informacja mnie po prosty sparaliżowała. Jako obywatela, bo nie chodziło tylko o odpowiedzialność wydawcy” – mówi Najsztubowi Hajdarowicz.
W dalszej części rozmowy opublikowanej we „Wprost” wydawca „Rzeczpospolitej” tłumaczy, że tekstu Cezarego Gmyza pt. „Trotyl na wraku tupolewa” nie przeczytał przed publikacją. Na zdziwienie Piotra Najsztuba, Hajdarowicz odpowiada: „A myśli pan, że to dobry zwyczaj, żeby wydawca czytał teksty?”. Jak przekonuje, gdy dostał informacje, że teza z artykułu Gmyza jest potwierdzona czterema źródłami, a na dodatek zweryfikowana przez osobę z zewnątrz i przypieczętowana rozmową z prokuratorem generalnym, mógł zatwierdzić tekst. Bo właśnie tego, zdaniem Hajdarowicza, oczekiwał Tomasz Wróblewski. Nie zapytał o nic, nawet o tytuł, bo jak twierdzi – nie jest cenzorem. Miał zaufanie do Wróblewskiego, ówczesnego redaktora naczelnego „Rz”. Rzeczywistość zweryfikowała jednak tę ufność. „Byłem potraktowany przez redakcję w tej sprawie kompletnie bezprzedmiotowo, jako nieistotny element” – przekonuje właściciel Presspubliki.
Kiedy Hajdarowicz przeczytał tekst Gmyza? Wyświetlił go sobie na tablecie w dniu oficjalnej publikacji, 30 października. Efekt był piorunujący. „Nie mogę wstać z łóżka… Czuję się absolutnie oszukany… Czytam tekst – mam w pamięci rozmowę z naczelnym – i widzę, że tytuł jest nieadekwatny do tego, co z nim ustaliłem, że tekst i tytuł są kompletnie rozbieżnymi światami. Tytuł zabijał treść. Gdyby tam był znak zapytania chociażby” – wspomina Hajdarowicz. Zdaniem Najsztuba, dodanie znaku zapytania do nagłówka w artykule Gmyza byłoby prymitywnym zabiegiem, wyglądałoby jak znak umycia rąk w całej sprawie. „A tak mamy poważny dziennik, szanowany, z tytułem, który nie ma potwierdzenia w tekście” – ripostuje wydawca „Rz”.
Gdy mleko się rozlało, redakcja musiała wziąć się w garść. Hajdarowicz wspomina, że zażądał od Cezarego Gmyza, aby uwiarygodnił swoje materiały, przedstawił mocne dowody na poparcie swoich tez. „Usłyszeliśmy, że ich nie ma, ale jest w stanie je bez problemu zdobyć” – mówi właściciel Presspubliki w rozmowie z Piotrem Najsztubem. Zebrane przez Gmyza dowody miały zostać zdeponowane w kancelarii notarialnej, a dostęp do nich miał mieć tylko redaktor naczelny. Ten redaktor naczelny, który jak mówi sam Hajdarowicz – „zrobił go w konia”, w taki a nie inny sposób tytułują artykuł o trotylu na wraku prezydenckiego Tu-154M. W konia zrobiony czuł się jednak i on – naczelny Wróblewski. Twierdził, że oszukał go Gmyz, że to największe oszustwo w jego zawodowym życiu.
Trzeba było to skonfrontować z najważniejszą osobą w całej tej układance. W czasie nagrywanego (dla jasności, żeby wiedzieć, co kto mówił i o co kto pytał) spotkania z władzami Presspubliki, Cezary Gmyz miał opisać całą sytuację swoimi słowami. Co z tego wyszło? „Opowiadał historie, z których jasno wynikało, że nie miał żadnych wiarygodnych źródeł!” – emocjonuje się Hajdarowicz w rozmowie z Najsztubem. „W jego mniemaniu powinniśmy uznać babę, którą na placu sprzedaje kapustę, za źródło informacji na temat broni atomowej w Iranie” – dodaje dla lepszego zobrazowania sytuacji.
Najważniejszym pytaniem w całym zamieszaniu z publikacją „Rzeczpospolitej” jest zdaniem Hajdarowicza, czy dziennik wydawany przez Presspublikę, miał prawo opublikować taki artykuł. I czy dziennikarz śledczy miał dokumenty na stawiane przez siebie tezy. „Z pełną stanowczością odpowiadam: z materiałów, które pan redaktor Cezary Gmyz nam przedstawił, nie wynika nic. Nie miał żadnych wiarygodnych źródeł” – kontynuuje wydawca „Rz”. Zachowanie Gmyza było dla Hajdarowicza i pozostałych członków władz spółki świadectwem totalnej nieodpowiedzialności dziennikarza, dlatego wyjście mogło być tylko jedno – natychmiastowe rozwiązanie umowy o pracę. Także z przełożonymi redaktora Gmyza, odpowiedzialnymi za pracę nad tekstem.
Co dalej z „Rzeczpospolitą”, jak będzie wyglądała dalsza praca jej zespołu redakcyjnego? – pyta Hajdarowicza Najsztub. A ten wyjaśnia, że będzie postępował zgodnie z moralnymi zobowiązaniami, jakie ma w stosunku do swoich czytelników. „My dostarczamy treści i musimy dążyć, żeby były wiarygodne” – przekonuje właściciel Presspubliki. Dodaje też, że nie boi się oskarżeń w stylu: „Komuchy wywaliły Gmyza”. Ma – jak sam mówi – dobry życiorys, nie ma się czego wstydzić, jest dumny ze swoich wyborów życiowych. „A to, że jakiś upośledzony umysłowo człowiek będzie wyrażał tego typu przeświadczenia… Cóż ja mogę na to poradzić!” – stwierdza Hajdarowicz. Ten upośledzony człowiek będzie omotany, nie będzie myślał. Więc jedyne, co wydawca „Rz” będzie mógł mu zaproponować, to aby włączył myślenie.
Więcej w wywiadzie Piotra Najsztuba z Grzegorzem Hajdarowiczem „Kto kogo oszukał” na str. 20-25 najnowszego wydania tygodnika „Wprost”.
Opr. OG
