Dlaczego redakcja „Rzeczpospolitej” przegrała wojnę o trotyl? – pytają we „Wprost” Anna Gielewska i Piotr Śmiłowicz. Szukając odpowiedzi, zaglądają za kulisy afery związanej z artykułem Cezarego Gmyza.
Jak stwierdzają publicyści „Wprost” Cezary Gmyz mógł przez chwilę poczuć się jak bohaterowie jego artykułów – od kilkunastu dni nie wychodzi z radiowych i telewizyjnych studiów. A wszystko przez tekst o trotylu na wraku prezydenckiego tupolewa. Gielewska i Śmiłowicz przypominają, że redaktorzy naczelni „Rzeczpospolitej” – Tomasz Wróblewski i Andrzej Talaga, jego zastępca, po konferencji prokuratora wojskowego, który zdementował informacje doniesione przez „Rz”, byli spokojni. Uważali bowiem, że w publikacji przygotowywanej na kolejny dzień będą w stanie podtrzymać dużą część tez z poprzedniego dnia. „>Rzeczpospolita<< miała argumenty, by próbować się bronić” – czytamy we „Wprost”. Chodzi np. o opinie ekspertów wykrywających materiały wybuchowe, którzy potwierdzili, że na wraku tupolewa mógł się faktycznie znajdować trotyl. Ale kiedy redakcja „Rz” zamieściła na swojej stronie internetowej oświadczenie ze słynnym stwierdzeniem: „Pomyliliśmy się”, powstał totalny chaos i sprawa została całkowicie przegrana.
„Wróblewski, gdy współpracownicy spytają o oświadczenie, robi się czerwony na twarzy i wyjątkowo zdenerwowany. Jego dotychczasowy spokój nagle gdzieś pryska” – piszą Gielewska i Śmiłowicz, cytując pracowników „Rz”. Publicyści przywołują opinie redaktorów „Rzeczpospolitej”, którzy po wybuchu „afery trotylowej” wiedzieli, że w redakcji coś się musiało stać, bo Wróblewski przy zwykłych zwarciach raczej się utwardzał, niż cofał. „Gdyby to była jakaś prosta próba nacisku, on by się jeszcze bardziej nakręcił” – czytamy we „Wprost”.
Tymczasem Wróblewski się nie utwardził, a Hajdarowicz, któremu zależało na podtrzymaniu wiarygodności gazety, wręczył redaktorowi naczelnemu dziennika i trzem innym pracownikom wypowiedzenia. Z „Rz” pożegnali się obok Wróblewskiego również Cezary Gmyz, Mariusz Staniszewski oraz Bartosz Marczuk. „Żadnych konsekwencji nie ponosi Andrzej Talaga, aktywny przy przygotowywaniu tekstu” – zauważają Gielewska i Śmiłowicz. I szukają odpowiedzi, dlaczego Hajdarowicz sięgnął w tej sprawie po zwolnienia (i akurat tych osób). Sugerują, że może chodzić o to, iż wydawca „Rz” przestraszył się konsekwencji finansowych i uległ naciskom rządu. „Korytarze >>Rzepy<< są pełne szeptów o negocjacjach właściciela ze skarbem państwa” – wyjaśniają publicyści „Wprost”.
Więcej w tekście Anny Gielewskiej i Piotra Śmiłowicza „W oku cyklonu” na str. 10-13 najnowszego wydania tygodnika „Wprost”.
Opr. OG
