Trotyl, który miał wysadzić w powietrze rząd, eksplodował pod „Rzeczpospolitą” – stwierdza w nowym wydaniu „Newsweeka” Cezary Łazarewicz. Publicysta pisze, jak doszło do publikacji artykłu Cezarego Gmyza i wyjaśnia, co pogrążyło zwolnionych z redakcji „Rz” pracowników.

Dlaczego „Rzepa” zdecydowała się na publikację artykułu o trotylu na wraku prezydenckiego samolotu, który rozbił się pod Smoleńskiem? Całą sytuację napędził tekst Mariusza Janickiego z łamów „Polityki”, gdzie publicysta napisał, że ani premier Tusk, ani Jarosław Kaczyński nie mają pomysłu, co zrobić, gdyby pojawiły się ślady materiału wybuchowego na wraku tupolewa. Gmyz opowiada w „Newsweeku”, że był to sygnał, iż nie tylko redakcja „Rz” wie o trotylu.

Tomasz Wróblewski, ówczesny redaktor naczelny dziennika, był sceptycznie nastawiony do lansowanych przez Gmyza tez, nie lubił tekstów o Smoleńsku, bo „Rzeczpospolita” to gazeta dla biznesu, a biznes Smoleńsk ma gdzieś. Temat podchwycił jednak Andrzej Talaga, który kazał Gmyzowi dopytać o materiały wybuchowe z wraku Tu-154M. Gmyz znalazł potwierdzenie, że na samolocie znajdowały się trotyl i nitrogliceryna. „Groźba, że ktoś wyprzedzi >>Rzeczpospolitą<<, pierwszy opublikuje newsa i będzie spijał owoce medialnego triumfu, sprawiła, że zwolniono hamulec bezpieczeństwa. Wróblewski zadzwonił do prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta” – tłumaczy Łazarewicz. Jak dalej wyjaśnia, Seremet potwierdził informacje, z którymi przyszedł do niego Wróblewski i poprosił, żeby gazeta wstrzymała się z publikacją tekstu. Redaktor naczelny „Rz” zadzwonił tymczasem do redakcji z hasłem: „Publikujemy”. Z tekstu napisanego przez Gmyza w domu, przy zachowaniu wszystkich środków bezpieczeństwa, Wróblewski wykreślił tylko jedno zdanie: „Wykrycie śladów materiałów wybuchowych sprawia, że hipotezę o zamachu należy ponownie rozpatrzyć”.

Rano, 30 października, rozpętuje się prawdziwa burza. Od 6 dzwonią do Gmyza pierwsi dziennikarze, przed południem udziela wywiadu dla radia Wnet. Pęknięcie następuje po konferencji Prokuratury Wojskowej. Cezary Gmyz był pewien, że śledczy potwierdzą jego tezy. Wróblewski i Talaga, oglądając konferencję, są przestraszeni i przejęci. Kilka minut później na stronie internetowej dziennika pojawia się oświadczenie, że redakcja pomyliła się, pisząc o trotylu. Jeden z pracowników „Rzepy” ocenia w „Newsweeku”: „Z punktu widzenia logiki i naszej wiarygodności, oświadczenie było absurdalne. Sami sobie strzeliliśmy w kolano”. Media zaczęły huczeć o pomyłce „Rz”, a Gmyz poczuł się wystawiony przez redakcję do wiatru. Gdy następnego dnia pojawił się w pracy z wymówieniem, Wróblewski zagroził mu dyscyplinarnym zwolnieniem i zażądał potwierdzenia przedstawionych w jego artykule tez. Gmyz miał przekonać swoich informatorów, by się ujawnili. „Wbrew temu, co dziś twierdzą właściciele spółki, nie było mowy ani o zalakowanych oświadczeniach, ani notariuszach, ani o deponowaniu dokumentów w szafach pancernych” – przekonuje w „Newsweeku” autor artykułu o trotylu na wraku prezydenckiego tupolewa.

Cezary Łazarewicz dokonuje na zakończenie również podsumowania, co pogrążyło pracowników „Rz”, zwolnionych w wyniku „afery trotylowej”. I tak – Wróblewski stracił pracę, bo nie potrafił udokumentować tego, co działo się na zamkniętym spotkaniu z prokuratorem Seremetem; kierownik działu krajowego Mariusz Staniszewski „wyleciał”, bo dopuścił do publikacji tekstu; a Bartosza Marczuka nie wiadomo co pogrążyło, bo w czasie, kiedy powstawał tekst Łazarewicza, był na urlopie. Sam Gmyz pożegnał się natomiast z redakcją, bo jak stwierdził właściciel Presspubliki Grzegorz Hajdarowicz, doprowadził do rozedrgania narodu.

 

Więcej w tekście Cezarego Łazarewicza „Trotylem w >>Rzepę<<” na str. 30-32 najnowszego wydania tygodnika „Newsweek”.

Opr. OG

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl